Rozpocznę tą moją osobistą recenzję od ważnej informacji: przed „Lufcikiem” nie czytałam ani jednej książki autorstwa pana Grzegorza Kasdepke. Widzę, że pisarz ma spory dorobek (ponad 100 tytułów! – jak podaje w nocie bio znany portal o książkach i czytaniu), ale jakoś nie było nam dotąd po drodze. Aż do czasu kiedy wypatrzyłam w internecie w zapowiedziach wydawniczych niebieską okładkę z wyrysowanymi charakterystycznymi obiektami miasta Gdynia. A trzeba wam wiedzieć, że to jedno z moich ukochanym miejsc na naszym wybrzeżu, a historia Gdyni – jej dzieje od malutkiej kaszubskiej wsi do wspaniałego miasta z potencjałem (od lat w finale rankingu polskich miast gdzie najlepiej się żyje) – to mój konik, bzik – jakkolwiek by to nie nazwać. 

W domowej biblioteczce książek o historii tego miasta mam naprawdę sporo. Od wydawanych jeszcze w dawnych czasach PRL-u po najnowsze – sygnowane już logiem 100-lecia. I nigdy nie mam dość. Jak zatem mogłam odmówić sobie zgłębienia treści opowieści z tym jakby nie było młodym miastem w tle?

Książka Grzegorza Kasdepkę ma zresztą patronat Agencji Rozwoju Miasta Gdyni, a przepięknie wprowadza do niej przedmowa pani prezydent i wiceprezydent Gdyni. Mnie już sam ten wstęp spowodował ciarki na całej skórze. Bo zawarły w nim kwintesencję tego czym jest Gdynia i jej mieszkańcy. Wydana we wrześniu nowość Wydawnictwa Literatura (premiera miała miejsce dokładnie 28 września) jest już również opatrzona świeżutką informacją, która w drugiej połowie tego roku ucieszyła wszystkich zakochanych w tym mieście – o tym że gdyński modernizm został wpisany na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. I jest to w pełni zasłużone. Kto raz widział te wspaniałe arterie ulic i domy niczym statki temu z pewnością ta architektura zapadła w serce i do Gdyni powraca.

Od pierwszych stron lektury czuje się, że to o czym pisze Autor (lokalizacje, obiekty, klimat, otwarcie na świat) są mu znane. Na drugim planie przewija się cała gama tego co w Gdyni najważniejsze dla jego mieszkańców i przyjezdnych – taki swoisty sprytnie ukryty przewodnik miejsc koniecznych do zobaczenia. Pośród całego kalejdoskopu ciekawych postaci mamy też pana Zenobiusza przewodnika po Gdyni i gdyńskim moderniźmie. Dzięki jego pasji przybliżamy sobie istotne historie z tego miasta z marzeń i morza. Bowiem ludzie w Gdyni nie boją się marzyć, mieć śmiałe wizje i wcielać je w życie.

Na okładce widzimy pewną bardzo ciekawą grupę osób i  niedużego psa. To nasi główni bohaterowie, którzy wpadają w niezłe zawirowania czasowo-miejscowe (i to dosłownie, bowiem ich zegarki czasami poważnie szaleją). Akcja zaskakuje z rozdziału na rozdział. Jest trochę jak u Hitschcocka. Zapomnijcie o regułach klasycznej powieści przygodowej!  Zapomnijcie o sztampowych zwrotach akcji! To byłyby mizerne niespodzianki. Grzegorz Kasdepkę wrzuca nas na głęboką wodę. A wody przecież w Gdyni pod dostatkiem i w porcie i w zatoce.

Absolutnie nie chcę nikomu psuć radości czytania i wyjawiania elementów zaskoczenia więc postaram się za dużo nie zdradzić z treści, ale już po pierwszych kilku rozdziałach powiem wam, że czasami czułam się nieźle wystraszona. Jakbym czytała najlepszy horror (gatunek literacki, który też uwielbiam). Nie, nie chodzi o jakieś potwory czy krwawe sceny, ale ten rodzaj budowania napięcia a wraz z nim strachu u czytelnika, bo zaczynamy pomału łączyć pewne fakty i wtedy robi się mrocznie, wręcz przerażająco i zadajemy sobie pytanie w stylu: „A co jeśli to i tamto to znaczy właśnie TO?”  Oj i już jako czytelnik zacieramy ręce i chcemy brnąć w tą gdyńską opowieść dalej i dalej.  Pędzimy do finału przekładając kartki stronic. Mamy w „Lufciku” wątki kryminalne, tajemnice z historii Gdyni, jej rozwoju jako miasta i portu na świat – a jak próbuje nam pokazać Autor i na wszechświat – co skrupulatnie próbuje wykorzystać pani prezydent w przyszłej promocji miasta. Ale pada też zdanie, że może Gdynia to nie okno, ale lufcik na świat? Jest w tym też coś na rzeczy.

Obok postaci współczesnych przybliżamy sobie sylwetkę inżyniera Tadeusza Wendy, który marzenia przekuł w rzeczywistość i w latach 20-tych XX wieku ruszyła budowa nowoczesnego portu. Odkąd Polska po I Wojnie światowej odzyskała dostęp do morza priorytetem się stało, aby rozwijać również gospodarkę morską i eksplorować morza i oceany. Do Gdyni przybywali ludzie z najodleglejszych krańcy Polski by ją współtworzyć i albo żyć w nędzy przy jej budowie albo zacząć wszystko od nowa i mniej lub bardziej legalnie się wzbogacić. Czasami nawet bardzo.

Ale żeby nie było „Lufcik” nie jest klasyczną powieścią przygodową. Zapomnijcie, że są jakieś zasady, jeśli nawet były to Autor je tu przełamuje na wielu płaszczyznach. To połączenie dobrej powieści awanturniczej z kryminałem i kosmiczną science fiction. Każdy kto czytał kiedyś „Krainę Chichów” Jonatana Carrolla – bodaj jego najbardziej znane dzieło, które wywindowało go na szczyt popularności pamięta jak się czuł gdy w bardzo dobrze napisanej powieści, którą się połyka nagle przemówił pies rasy bulterier. Cios  i szok jakby się dostało nagle po głowie i zwrot który zmienia wszystko! A nasz psi bohater – o słodkim imieniu Cukier – nagle też przemawia. A to co mówi – to aż ciary przechodzą! 

Podobnie, gdy mamy do czynienia z dziwnymi postaciami poruszającymi się miękkim krokiem, z naciągniętą skórą a czasami jakby rozmywającymi się w rzeczywistości i widzianymi jako zespół nieostrych pikseli. Okazuje się, że gdyńska zagadka z przeszłości i dzieje Gdyni są mocno powiązane z kosmosem, wszechświatem, obcymi cywilizacjami, nowoczesnymi technologiami i masowym nalotem Obcych ras. Bo jest ich tak naprawdę sporo. 

Grzegorz Kasdepke sprytnie i zręcznie wplata w swą książkę miejską legendę funkcjonującą od lat 50-tych XX wieku  o katastofie i upadku do gdyńskiego basenu portowego latającego spodka a potem widzianych na plaży w Gdyni postaciach Obcych, którzy to przeżyli. Dokładnie miało to miejsce w styczniu 1959 roku i warto poszukać przy okazji informacji w internecie. Kto zgłębia gdyńskie tematy ten zetknął się z tą historią i w prasie, i w książkach czy dokumentach filmowych.

Myślę, że „Lufcik” ma wszystkie te cechy, którą mogą przyciągnąć do książki młodego czytelnika. Zagadka goni zagadkę, młodzi bohaterowie są mniej więcej w ich wieku (powieść idealnie nadaje się dla dzieciaków w wieku 10-12 lat), mogą się z nimi zidentyfikować, wspólnie przeżywać ich rozterki a to z czym stykają się na co dzień nie jest inne od zwykłego życia bohaterów. Do tego realizm miesza się z fantastyką, mają miejsce tajemnicze zjawiska jak choćby ucieczka dźwigów portowych. 

Do tego w książce mamy tablice z tajemniczym alfabetem i dziwnym szyfrem, który pojawia się np. na początku rozdziału lub w innym miejscu i  możemy sami pobawić się w detektywów i odszyfrowywać ukryte treści. Zabawa świetna nawet dla dorosłego czytelnika. Wiem bo próbowałam z ołówkiem w ręku.

Poza podstawowym tekstem będącym główną opowieścią mamy niebieskie ramki  Galaktycznymi wiadomościami i  doniesienia Polskich Sił Obrony Kosmicznej. To wszystko buduje napięcie i dodaje smaczku. A wszystko przez działania i wytyczne Galaktycznej Komisji do spraw Bezstresowego Usuwania Zakażonych Cywilizacji.

Nie mogłabym pominąć innego wielkiego atutu tej książki. Zawiera ona liczne i cudowne ilustracje Joanny Rusinek. Kolejny raz spotykam się w czytanej książce z jej ilustracjami i jestem zachwycona. Wspaniale oddaje ona bohaterów oraz gdyńskie obiekty. Ogląda się to z przyjemnością. I ta prosta konwencja ciemnej kreski i niebieskich detali. Iście morskie!

Jako dorosły czytelnik zaprawiony w boju i kochający wiele gatunków oraz ich mieszanie i eksperymentowanie z uśmiechem na ustach przywitałam „Lufcik” choć  parę razy mnie ta książka naprawdę wystraszyła co jest tylko plusem. Któż nie lubi się bać czegoś z czym nie musi się w realu mierzyć? Bo w książce czy w filmie to łatwiej współprzeżywać ale w rzeczywistości – zapewniam – nie chcielibyście stykać się z tymi zjawiskami co jej bohaterowie. Na pewno nie było by wam do śmiechu.

Jak mogłabym podsumować tą gdyńsko-kosmiczną przygodę? Dziękuję Autorowi, że tak świetnie powplatał w tą opowieść wątki gdyńskie, mam nadzieję że młodzi ludzie, którzy nie znają tego miasta zechcą je odwiedzić, może skorzystają nawet z oferty przewodnickiej i przejdą się po modernistycznym centrum. Warto wynotowywać sobie podczas lektury miejsca i potem skonfrontować się z nimi w rzeczywistości. To takie fajne spacerować najpierw gdzieś na kartach książek, a potem odbywać jakby ten sam spacer na prawdziwych ulicach. A z czym zetkniemy się gdzieś w tle tej historii, jakie obiekty biorą w niej udział? Kto zna Gdynię tylko uśmiechnie się pod nosem bowiem bohaterami drugiego i trzeciego planu są: Festiwal Opener, torpedownia Babie Doły, Lotnisko Kosakowo, gdyński Bankowiec, Muzeum Miasta, Muzeum Marynarki Wojennej, kolejka na kamienną Górę, deptak wzdłuż plaży miejskiej, Skwer Kosciuszki, ORP Błyskawica i wiele wiele innych. Odkładając przeczytaną właśnie książkę pozostaję w zachwycie i czytelniczym ukontentowaniu. 

Reasumując: Latarnica poleca!

Podstawowe dane książki:

Tytuł: „Lufcik”

Autor: Grzegorz Kasdepke

Ilustracje: Joanna Rusinek

Seria: To lubię!

Wydawca: Wydawnictwo Literatura, Łódź 2026

Objętość:  288 strony

Wydanie: I

Kategoria wieku: +9 –  +12

Oprawa: twarda

Format: 150 x 210  mm

Poniżej okładka front i tył oraz przednia i tylna wyklejka książki z wypowiedziami Autora oraz pań Prezyent i Wizeprezydent Gdyni:

Poniżej kilka wybranych rokładowek książki z pięknymi ilustracjami Joanny Rusinek:

Poniżej sesja książkowa z moją kocią modelką Myszą:

Fot. Latarnica / październik 2026

_______________________

Dziękuję Wydawnictwu Literatura  za możliwość zapoznania się z tą piękną książką i egzemplarz recenzencki. Więcej książek wydawnictwa znajdziecie na wydawnictwoliteratura.pl

Privacy Preference Center