Na taką książkę czekałam. Wydawnictwo, które wypełni lukę pomiędzy wspaniałą relację z przebiegu ścieżki zawodowej amerykańskiego weterynarza Philippa Schotta (Weterynarz z przypadku), a realiami z rodzimego podwórka lekarza weterynarii Łukasza Łebka (Co gryzie weterynarza). Tym razem otrzymujemy opowieść z pierwszej ręki o studiach i doświadczeniach w pracy od szkockiego lekarza zwierząt Garetha Steela. Przeskakuję więc do realiów tego zawodu na Wyspach Brytyjskich i w Irlandii, bowiem właśnie tam Autor szlifował tajniki tego trudnego zawodu.

A realia anglosaskie są zupełnie inne. Nie ma porównania z tym co funkcjonuje choćby w Polsce. Przede wszystkim głęboko rozwinięty jest system tzw. polis ubezpieczeniowych na zwierzęta co na starcie chroni przed błyskawicznym bankructwem. Bowiem ceny usług brytyjskich mogą statystycznego polskiego opiekuna zwierząt zwalić z nóg. Z tego co sama widziałam, u nas polisy dopiero raczkują i mało osób jest do nich przekonanych. W którym kierunku to pójdzie czas pokaże. Ale już widzimy i czujemy po portfelu, że korzystanie z klinik weterynaryjnych może błyskawicznie podnieść nam ciśnienie.

Wymowny jest oryginalny tytuł „Weterynarza na dyżurze” - „Never work with animals”. Choć to taki zabieg przewrotny, bowiem Autor nie wyobraża sobie siebie w innym zawodzie. Obecnie Steel ma już za sobą ponad 20 lat doświadczenia. Ale początki miał trudne i mogły go zniechęcać. Nawet najlepsza nota na studiach nie zapewni praktyki w terenie z konkretnymi przypadkami. A te od pierwszego zlecenia (pacjentem był byk) nie napawały optymizmem.

Od samego wstępu wiemy, z jaką książką będziemy mieć do czynienia. I nie mam tu na myśli, że tytuł sugeruje wspomnienia weterynarza. Wiemy, że mimo radości czy smutku jakie wnosi ten zawód, opowieść Steela będzie okraszona brytyjskim poczuciem humoru. A to gwarantuje przyjemność czytania i lżejszy emocjonalnie odbiór historii tragicznych, które rozładuje sposób snucia opowieści i czasami wręcz czarny humor. Dzięki temu Czytelnik (zapewne wrażliwy na los zwierząt) nie rozpadnie się na kawałki i zamiast zapłakać nad losem ciężko chorego czy uśpionego psa albo kota zachichocze pod nosem.

Ale od razu też naprostuje, że Autor nie podchodzi lekko i ironicznie do powagi wielu opisywanych przypadków. Sam zresztą w codziennej pracy stosuje metodę, że lepiej odciążyć zawiesistą atmosferę i tragizm sytuacji zabawnym komentarzem niż pozwolić zapaść się w dojmującym smutku i niemocy. Opowieść Steela nie jest bajaniem niedouczonego wesołka, a rzetelną historią o tym z czym mierzy się młody, a potem już coraz bardziej doświadczony lekarz weterynarii.

Gareth Steel pracował w zawodzie jako wiejski weterynarz, lekarz w prywatnej klinice, weterynarz na placówce dyżurującej 24 h na dobę, specjalista od zwierząt gospodarskich i małych zwierząt towarzyszących. Odkrywając arkana pracy weterynarza pokazuje, że to ogromnie ciężki zawód zajmujący czas nie tylko w godzinach pracy, bo w jego przypadku nigdy takich nie było. Kiedy oficjalnie kończył dniówki zaczynały się telefony z nagłymi przypadkami, a on sam przechodził w tryb weterynarza pod telefonem dostępnego na zawołanie. Oczywiście wiązało się to z notorycznym zmęczeniem, brakiem snu, niedojadaniem i krążeniem po bezdrożach Wielkiej Brytanii i Irlandii w celu dotarcia do często trudno oznakowanych i niemal niedostępnych gospodarstw. 

I tu dochodzimy do momentu, wspólnego dla wszystkich książek pisanych przez weterynarzy, które było mi już dane przeczytać. Praca w tym zawodzie to przecinające się dwa tory, po których na co dzień podąża lekarz. Jeden to praca z pacjentami. Drugi to ich opiekunowie czy właściciele gospodarstw. O ile w przypadku pacjentów weterynarz po prostu zgodnie ze swoją wiedzą działa to kontakty z ludźmi często stwarzają ogromne problemy. Zaczynając od podważania wysokości opłat za usługi a kończąc na narzucaniu swojej wizji terapii czy chęci uśpienia zwierzaka, który bez problemu nadaje się do szybkiej diagnozy i całkowitego wyleczenia. Po drodze lekarz zwierząt zmierzy się z całym spektrum uwag i zachowań włącznie z utrudnianiem pracy, naruszaniem nietykalności, grożeniem itp. Ludzie (Klienci) są zdecydowanie w tym zawodzie słabszym ogniwem.

Fot. freepik.com [3x]

Ogromnym atutem wspomnień z zawodowych wyzwań jest również edukacyjna rola tej książki. Z jednej strony opisując konkretne przypadki schorzeń i wypadków zwierząt (często tytułem rozdziału jest imię delikwenta) mamy dokładnie przedstawione co się wydarzyło, że wymagało interwencji lekarskiej oraz jakie środki zastosowano bądź jak przebiegały zabiegi chirurgiczne. Jest to bardzo interesujące i czasami – w przypadku zwierząt typu kot, pies, królik – może nam coś zasugerować w postępowaniu z naszymi pupilami, może skłonić do potrzebnej refleksji lub rozmowy z naszym weterynarzem.

Pacjentami Garetha Steela były przeróżne stworzenia małe i duże (niesamowite są rozdziały o poranionych łabędziach, domowym uciekinierze króliku, który utknął w małej przestrzeni, operacji kury nie mogącej znieść jajka, rodzinie z patyczakiem). Mam ogromny szacunek do tzw. weterynarzy wiejskich, bowiem praca z chorymi końmi, krowami, bykami czy owcami to ciężki kawałek chleba i wymaga doskonałej kondycji fizycznej. Opatrywanie i badania poszkodowanych odbywają się często w naturalnym środowisku – stajni, łące, błotnej kałuży czy wręcz na bagnach. Bywa, że pada deszcz czy śnieg, a podstawowym oświetleniem do działań jest latarka czołówka. Po takich doświadczeniach gabinet w klinice jawi się jako iście królewskie warunki.

Książka jest aktualna, bo oryginał wydano w 2022 roku więc opowieść Steela zahacza też o czasy utrudnionej obsługi weterynaryjnej za pandemii COVID-u. Możemy porównać to sobie z tym czego sami jako opiekunowie zwierząt doświadczaliśmy przez ostatnie lata. Bardzo ważne są też treści przemycane w poszczególnych rozdziałach na temat kondycji współczesnego świata pod kątem ekologii, hodowli zwierząt na pożywienie (zasadności spożywania mięsa, diety wege itp.), bezzasadności hodowli określonych ras psów – tylko ku zaspokojeniu próżności ludzi – które już trwale zmutowane są stałymi pacjentami klinik od chwili narodzin, postępu nauki w farmakologii, technice wspomagającej szybką diagnostykę, nowoczesnym chowie zwierząt. Jak podkreśla Autor – to co się sprawdzało 20-30 lat temu nie znaczy, że teraz jest dobre i akceptowalne bo czasy, instrumenty i okoliczności uległy zmianie. 

Identyfikuję się również z Autorem w kwestii adopcji zwierząt towarzyszących. Póki schroniska pękają w szwach lepiej zdecydować się na danie domu psu czy kotu z takiej placówki niż wspieranie hodowli – które jak wszędzie – często niestety są bardziej tzw. pseudohodowlami, gdzie jedynym wyznacznikiem działań jest zysk za każde narodzone stworzenie. W rozdziale temu poświęconym Steel pisze:

[...] A zanim zwrócisz się do jakiegokolwiek hodowcy, proszę weź pod uwagę jedno z wielu wspaniałych zwierząt znajdujących się w schroniskach, które zasługują na kochający dom tak samo jak każdy inny potencjalny pupil. [...] Jeśli zastanawiasz się na zakupem zwierzaka z ras brachycefalicznych dogłębnie przeanalizuj sprawę. Nawet najbardziej egoistyczni z nas dostrzegą, że do wysokiej ceny na metce trzeba doliczyć ogromne rachunki związane z opieką weterynaryjną.

W całej tej opowieści przeplatanej ze zdarzeń pięknych i o budującym zakończeniu z tymi, gdzie nawet lekarz ponosi porażkę, bo często z winy opiekuna nie może już nic zrobić, mamy obraz bardzo obarczającej odpowiedzialnością pracy, w której wciąż tra walka na linii śmierć-życie. Mam ogromny szacunek do przedstawicieli tego zawodu. Tym bardziej, że własnymi metodami muszą komunikować się z pacjentami, którzy nie powiedzą o tym jak się czują ani słowa.

Znaczący dla lepszego poznania specyfiki tego zawodu jest przedostatni rozdział traktujący ogólnie o pracy lekarskiej, którą sobie Autor wybrał. Pisze o kosztach tych mierzalnych i niemierzalnych, o zarobkach weterynarzy (realia Wysp Brytyjskich) w zestawieniu z lekarzami ludzkimi czy prawnikami. Wspomina też o wysokim koszcie emocjonalnym i braku czasu na zwykłe życie prywatne. Kto jeszcze nie wie, dodam że weterynarze to grupa zawodowa najbardziej narażona na samobójstwa. W końcu ich codzienny dzień to prawdziwy rollercoaster emocji - w jednej chwili odbierają poród i widzą cud narodzin by za chwilę przejść do gabinetu i dokonać eutanazji. To nie pozostawia obojętnym nawet największych twardzieli.

A żeby książka nie kończyła się tak bardzo smutno mamy na finał podnoszącą na duchu opowieść o labradorze Billy - niemal wskrzeszonym z martwych. Bo i takie zdarzenia dzieją się za drzwiami klinik, które odwiedzamy z domowymi pupilami.

Weterynarz na dyżurze” nie zawiedzie Czytelnika chcącego zajrzeć za kulisy tego zawodu. Nie zawiedzie też zwykłego zwierzoluba, który nie raz odwiedzał gabinet weterynaryjny. Nie ma na kartach tej książki wybielania prawdy i mydlenia oczu. Autor jest  szczery do bólu, ale przez to wierzymy w każdy prezentowany przypadek. Do tego Gareth Steel jest wspaniałym mówcą na temat swojej pracy i refleksji z nią związanych. Z pewnością po książkę sięgną najczęściej opiekunowie małych zwierząt domowych licząc na liczne przykłady z życia wzięte z ich pupilami w roli w głównej. To od razu uspokoję i potwierdzę, że przypadków z psami i kotami jest całkiem sporo. Jeśli lubicie literaturę faktu o zwierzętach to ta lektura jest stworzona dla was.

Podsumowując: Latarnica poleca!

Podstawowe dane książki:
Tytuł: Weterynarz na dyżurze. Szczery do bólu dziennik lekarza zwierząt
Tytuł oryginalny: Never work with animals.The unfiltered truth of life a vet
Autor: Gareth Steel
Tłumaczenie: Maja Zawierzeniec
Wydawca: Społeczny Instytut Wydawniczy ZNAK
Objętość: 378 strony
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Wydanie: I, Kraków 2023

Książka jest również dostępna jako ebook.

Poniżej własne kompozycje – inspirowane lekturą i wspólnym czytaniem tej książki z kotką Myszą

Fot. Latarnica / styczeń 2023

I po kolejnej zbiórce

Tradycyjnie w Sylwester o północy zmienia się nie tylko data i rok, ale kończymy kolejną zbiórkę świąteczną dla podopiecznych poznańskiego Schroniska dla Zwierząt. Tak się składa, że oba moje koty: Error, którego pożegnałam w 2020 roku  i  Mysza (obecna kocica miłościwie nam panująca w domu) były adoptowane z tej placówki. Już za Errora zaczęłam lata temu organizować pierwsze zbiórki okolicznościowe oraz świąteczne i tak już zostało do dziś, stając się około świąteczną tradycją.

Galopująca inflacja dala się we znaki w tym roku wszystkim schroniskom, przytuliskom, fundacjom i domom tymczasowym. Nie naciskałam z intensywnością próśb o datki i dary rzeczowe. Po prostu ją ogłosiłam jak zawsze na Facebooku i czekałam na te osoby, które mimo trudnym czasom, zdecydują się podzielić dobrem z naszymi futrzastymi przyjaciółmi.

Właśnie skończył się 2022 rok zamknęliśmy świąteczne dzieło pomocy, ale jak wszyscy doskonale wiedzą u nas zbiórka trwa już tak na spokojnie przez okrągły rok i zawsze można wspomóc schronisko.

Przy tej okazji, gdy wszystkie dary już przekazane, gdy szaleństwo koordynacji zakupów, wysyłek, pilnowania informacji o dostarczaniu paczek przez firmy kurierskie za nami chciałabym jeszcze raz podziękować WSZYSTKIM, którzy przyczynili się, że święta w kociarni w roku 2022 nie były takie złe, że sporo było smacznych zawartości misek i zabawy.

Kochani Przyjaciele i sympatycy Myszy na facebooku - to dzięki WAM to się dzieje i ten łańcuch pomocy trwa. Z całego serca w imieniu podopiecznych schroniska w Poznaniu bardzo bardzo wam dziękuję!

Poniżej pamiątkowe kartki rozsyłane elektronicznie do Darczyńców i upamiętniające wsparcie kotów w roku 2022. Jesteście niezastąpieni!!!

 

 

Opracowanie grafiki na rok 2022 - Latarnica

Fot. główna wpisu - budynek schroniska (ze strony facebookowe tej instytucji)

 

 

 


Ostatni dzwonek prezentowy

To już ostatni moment na wybranie jakiegoś sympatycznego prezentu książkowego dla bliskich faromaniaków lub zwierzolubów. Czysto subiektywnie (bierzcie to pod uwagę i w razie czego szukajcie informacji w sieci i czytajcie opinie tych, którzy już je poczytali) podrzucę dziś wam dwie galeriei wydawnictw świeżutkich i ciut starszych, ale wciąż bez problemu dostępnych w internetowych księgarniach, sklepach czy na portalach aukcyjnych.

Patrząc na ważność tematyki tego bloga na początek propozycje latarniane bądź morskie (fakty i literatura obyczajowa z latarniami w tle):

A teraz coś dla zwierzolubów z naciskiem na miłośników kotów:

Mam nadzieję, że w tych zestawach znajdziecie jakąś prezentową inspirację. Korzystajcie z podpowiedzi. To doskonałe publikacje, które dostarczają rozrywkę, rzetelną wiedzą albo opowiadają niezwykłe prawdziwe historie.

Fot. główna wpisu - Markus Spiske/ pexels.com


Latarnica poleca [vol. 45]

Jakże trudno pisać cokolwiek o tej książce nie ujawniając zbyt wiele z jej treści. A każde zdradzenie wydarzeń, które pojawią się na kartach tej opowieści zepsułoby jej odbiór i liczne elementy zaskoczenia. Spróbuję zatem jak najogólniej, dorzucając czasami coś konkretniejszego, co szczególnie przykuło moją uwagę.

Polski wydawca reklamując tą książkę obok okładki "Thomasiny" zestawiał inną powieść Paula Gallico pt. "O chłopcu, który był kotem". Te dwie książki łączy osoba autora oraz fakt, że bohaterka jest potomkinią Jenny - kotki, pojawiającej się w "O chłopcu...". To tyle jeśli idzie o relacje wiążące te dwie historie. Więc niech nikt się nie martwi, jeśli wcześniej nie miał styczności z tą pierwszą. Śmiało może to zignorować lub nadrobić lekturę już po przeczytaniu "Thomasiny".

Paul Gallico to amerykański pisarz urodzony jeszcze w XIX wieku - a konkretnie w Nowym Jorku w 1897 roku. Powieści o kotach powstały w latach 50-tych XX wieku. I mimo, że pisane były kilkadziesiąt lat temu przygody bohaterów nadal wciągają od pierwszych stron i tylko nieliczne sformułowania czy wygłaszane ustami bohaterów poglądy dają odczuć, że nie jest to książka współczesna. Mnie przy czytaniu zupełnie to nie przeszkadzało.

Prawdopodobnie to ogromna zasługa bardzo dobrej tłumaczki pani Anny Bańkowskiej - której prace translatorskie ogromnie cenię oraz wykazuję się pełnym zrozumieniem wobec faktu, że kocha koty. Sama popełniła kiedyś książkę pt. "My mamy kota na punkcie kota" z najlepszymi fragmentami światowej kociej literatury - prozą, wierszami i tekstami piosenek. Rzecz obowiązkowa i znana miłośnikom mruczków. W mojej biblioteczce też ma swoje zaszczytne miejsce.

Gallico akcję swojej powieści osadził w historycznym hrabstwie Szkocji - Argyll. Tam poznajemy bohaterów - mieszkańców malutkiej nadmorskiej miejscowości o nazwie Inveranoch (dodam od razu, że fikcyjnej). Są przybyszami z wielkiego miasta Glasgow. Jednak życiowe okoliczności sprawiają, że zmieniają otoczenie by zacząć wszystko od nowa.

Bohaterem książki jest Andrew MacDhui - wdowiec z kilkuletnią córeczką Mary. Pogrążony w rozpaczy po śmierci ukochanej żony całą swoją miłość i opiekuńczość przelewa na swoją małą dziewczynkę. Andrew to ciekawa postać. Od samego początku czujemy, że jest bohaterem negatywnym. Bo jakże to tak, aby weterynarz - kiedyś miejski, a teraz wiejski - nie znosił swojej pracy, pacjentów i jeszcze bardziej opiekunów zwierząt. Z całej gamy możliwości najlepiej jeszcze toleruje zwierzęta gospodarskie, ale już kontakty międzyludzkie to jego pięta Achillesa. Zdecydowanie nie radzi sobie z empatią i samym spojrzeniem oraz oschłym podejściem zraża do siebie mieszkańców w podlegającej mu zawodowo okolicy.

Problem tkwi w tym, że nie zrealizował swojego życiowego marzenia bycia ludzkim lekarzem tylko niejako przymuszony tradycją rodziną kontynuował zawód swojego ojca. Zawód leczniczy, ale jednak ze zdecydowanie innymi pacjentami. Ilekroć na nich patrzy dotkliwie odczuwa ból zaprzepaszczonej w przeszłości szansy.

Żeby dolać oliwy do ognia w tym pełnym skaz portrecie, Andrew musi tolerować w swym domu obecność rudej kotki Thomasiny - oblubienicy jego córki Mary Ruadh. Sam najchętniej pozbyłby się zwierzaka z domu, ale dziewczynka po stracie matki ogromnie związała się z koteczką, którą traktuje jak przyjaciółkę, członka rodziny i powierniczkę jej wszystkich sekretów. Do tego Mary nie rozstaje się z kotką dosłownie - nosi ją przewieszoną przez ramię, sadza przy stole podczas posiłków, a wieczorami nie położy się i nie zaśnie póki Thomasina nie będzie obok. Mary bardzo kocha swojego tatę i wierzy, że on może dokonać wszystko i daje jej to poczucie bezpieczeństwa. Doskonale się też orientuje w pracy jaką wykonuje.

Częstym gościem kliniki jest miejscowy pastor ze swoim chorowitym i przekarmianym smakołykami psem. To właśnie on nakłonił weterynarza do przyjazdu do Inveranoch celem objęcia wolnej posady wiejskiego weterynarza z własną praktyką dla małych zwierząt domowych. Przepięknie ścierają się te dwa światy na kartach powieści. Pastor osoba pogodna, uduchowiona, silnej wiary i argumentacji religijnej często sięgająca do działań sił wyższych kontra sfrustrowany pracą weterynarz ateista, którego wiara i pogoda ducha odfrunęły wraz ze śmiercią małżonki. Ich dialogi i starcia sił są naprawdę świetnie napisane.

Ale życie bywa przewrotne i stawia nieraz przed nami po jednej burzy kolejny sztorm. Podczas tradycyjnego spaceru Mary z Thomasiną kotka doznaje urazu, co skutkuje niesprawnością tylnych łap i niemożnością poruszania się. Mary wie, że tylko tata zaradzi niedomaganiu i wszystko się dzięki jego interwencji jakoś ułoży. Trafia z wystraszonym zwierzakiem do przepełnionej poczekalni i potem do gabinetu.

Ojciec w ferworze zadań traktuje kotkę jak jednego z wielu pacjentów i po pobieżnej ocenie uznaje uśpienie zwierzaka za najlepsze wyjście. Krótko i stanowczo oznajmia o tym córce i wbrew jej krzykom i protestom poddaje Thomasinę eutanazji. Fakt wypadku, nieodwołalna decyzja ojca i jej wykonanie powodują, że Mary zapada na tajemniczą chorobę i z dnia na dzień staje się cieniem dawnej siebie. Dla weterynarza to kolejny cios i niezrozumienie więzi, która połączyła córkę z kotką. Na dodatek każdy dzień przynosi tylko pogorszenie stanu córeczki.

Nie będę ukrywać, że ta książka od samego początku nie jest lekką lekturą o przyjaźni dziewczynki z kotem. Mamy tam ludzkie dramaty i przeróżne typy charakterów, które ścierają się ze sobą i nie potrafią znaleźć nici porozumienia.

W zasadzie ja podczas tej lektury miałam takie odczucie, że książka Paula Gallico to lektura skierowana wyłącznie do dorosłych. Mnogość życiowych problemów, straty, odejścia, niezrozumienie, alienacja, przemoc, samotność - to doświadczenia tej rodziny i jej najbliższego kręgu znajomych. Mary w nowym miejscu nie ma za bardzo towarzystwa. Dotąd wystarczała jej kotka, której teraz zabrakło. Na tym etapie opowieści wydawało mi się, że nic z tego supła złych zdarzeń i emocji nie da się już rozwiązać.

Ale wtedy na scenę wchodzą nowe postacie i nowe wątki. Poznamy kilku kolegów ze szkoły Mary (to oni zorganizuję niezwykły pogrzeb Thomasiny i prawdziwy grób z dość kontrowersyjnym opisem zmarłej), miasteczko odwiedzą wędrowni Cyganie koczujący na obrzeżach i mający mini cyrk z tresowanymi zwierzakami oraz dowiemy się o ognistowłosej dziewczynie Lori zamieszkującej dom w lesie - która ma niezwykły dar ratowania i leczenia dzikich zwierząt. To u niej pojawi się pod opieką kotka, która wierzy że jest bogiem niczym koty boginie czczone w starożytnym Egipcie. I korzystając z tego przekonania zechce dokonać zemsty na niesympatycznym weterynarzu.

Ale jak to życiu bywa w tej wybuchowej dawce przeciwieństw, odmiennych poglądów, charakterów, wierzeń i celów życiowych mogą się spotkać najwięksi antagoniści. I nie na darmo mówi się, że kto się czubi ten się lubi, że przeciwieństwa się przyciągają. Oczywiście po drodze przeżyjemy jeszcze naprawdę mnóstwo smutnych i bolesnych zdarzeń z życia bohaterów. I mimo ciężaru emocjonalnego coś kazało mi jako czytelnikowi nie odkładać książki na bok, a wręcz gnać do przodu, by poznać zakończenie.

Powieść Gallico czyta się wyśmienicie, nie ma słabych punktów i przystopowania akcji - z każdą kartą przybywa nowych dramatycznych zdarzeń. Autor porusza też kwestie traktowania zwierząt - zarówno tych dzikich jak i domowych. To nie był popularny temat w latach kiedy książka powstawała. Mnie ta historia Thomasiny zupełnie zaskoczyła. Nie spodziewałam się tak wielowątkowej i mocno szarpiącej za serce opowieści.

Myślę, że każdy miłośnik zwierząt, a szczególnie kotów będzie poruszony i skłoniony do refleksji nad tym do jakiego momentu doszliśmy dziś w kwestii opieki nad zwierzętami, co jako ludzie możemy zrobić dla naszych braci mniejszych, jakimi ustawami możemy je chronić. Naszym celem powinno się stać polepszanie świata ludzi i szeroko rozumianej natury aby przetrwał i szedł ku dobremu, a nie zgubie. Książka Paula Gallico mocno mną potrząsnęła i wierzę, że współczesny czytelnik nie pozostanie obojętny po dotarciu do ostatniej strony. Dla mnie "Thomasina" to mocna pozycja literacka, którą zdecydowanie będę polecać i może się stać interesującym i wartościowym prezentem na zbliżające się święta.

I nie mogłabym pominąć na koniec warstwy graficznej - okładka jest przecudowna (projekt i ilustracja Marianna Sztyma) z uroczą ognistowłosą Lori i jej pacjentem borsukiem (ach jaka to dramatyczna scena współpracy szkolonego, ale szorstkiego Andrew z empatyczną dziewczyną) oraz weterynarzem Andrew i Mary z Thomasiną u jej stóp. Wzrok mile łechce też urocza rysunkowa wyklejka w kolorze pomarańczowym (główni bohaterowie to osoby rudowłose, podobnie jak tytułowa kotka szczyci się rudym futrem). Podsumowując: Latarnica poleca!

Podstawowe dane książki:

Tytuł: Thomasina. O kotce, która myślała że jest bogiem
Tytuł oryginalny: Thomasina
Autor: Paul Gallico
Tłumaczenie: Anna Bańkowska
Wydawca: Wydawnictwo KROPKA
Objętość: 414 strony
Oprawa: twarda 
Wydanie: I, Warszawa 2022

Poniżej okładka – front i tył

Poniżej przykładowe trzy rozkładówki - piękna wyklejka oraz strona przedtytułowa i rozdziałowa

Poniżej własne kompozycje – inspirowane lekturą i wspólnym czytaniem tej książki z kotką Myszą

Dziękuję Wydawnictwu KROPKA za egzemplarz recenzencki.

Poniżej dzień, w którym przybyła paczka z książką - modelka kotka Mysza

Jako ciekawostkę chciałabym na koniec dodać, że w internecie trafiłam na informację, że w 1963 roku książka została zekranizowana przez wytwórnię Walta Disneya jako "The Three Lives of Thomasina".

Poniżej plakat tej produkcji filmowej i tytułowa bohaterka. Kadry z filmu z catsonfilm.net

Poniżej link do trailera tej produkcji:

https://www.imdb.com/video/vi568050457/?ref_=tt_pv_vi_aiv_1


Latarnica poleca [vol. 43]

Z ogromną przyjemnością dwa tygodnie z rzędu spędziłam z tzw. "kocimi lekturami". Tak się złożyło, że kocia tematyka utworzyła stosik książek i wieczoram zasiadałam w fotelu, by otulić się nie tylko mruczeniem mojej kotki Myszy - nieodłącznej towarzyszki czytania - ale i tematyką pełną futrzastych bohaterów.

Z bijącym sercem wyczekiwałam na przybycie przesyłki od Wydawnictwa Mando z egzemplarzem "Kociej kawiarni". Bo jakaż lektura może być idealniejsza na jesienne listopadowe wieczorny nad tą, w której pachnie kawa, mruczy kot, a na dodatek przebywamy w pięknej Barcelonie.

Zastanawiałam się jaki potencjał może mieć historia rozgrywająca się w kociej kawiarni. A z drugiej strony dostrzegałam też oczywistą prawdę - jak może nie przemawiać powieść, w której będą koty i ludzie. Bo jak wiadomo, każdy pojedynczy kot to już osobna księga do opisania, a 7 kotów z książki Anny Sólyom to cała złożona historia pełna mruczącej mądrości.

Miałam ogromne oczekiwania wobec tej prozy. Potrzebowałam dobrej opowieści, która odsunie mnie po dniu pracy wystarczająco daleko od codzienności, bym całkiem przenosiła się do innego świata. Jak zwykle dopełniłam swojego rytuału czytelniczego - poza fotelem i punktowym oświetleniem na książkę był koc, kawa i kot. Idealne by zacząć "Kocią kawiarnię" prawda? Więc otworzyłam okładkę. Na lewym skrzydle zobaczyłam sympatyczną twarz Autorki i przeczytałam te kilka znaczących słów: "pisarka, terapeutka, absolwentka filozofii". Wszystko stało się jasne. To nie będzie zwykłe czytadło. Znajdę tutaj coś więcej i bardzo tego więcej pragnęłam.

Pierwszy był element zaskoczenia: historia Nagore wciągnęła mnie od samego początku. I to jak! Planowałam podzielić lekturę na kilka wieczorów, ale nie udało się. Gdyby nie wczesna pora wstawania do pracy połknęłabym całość na raz, a tak zajęło mi to dwa - idealnie spędzone - wieczory. Powieść składa się z 23 krótkich rozdziałów. Łatwo między nimi na chwilę przerwy (na dolanie jesiennej aromatycznej herbaty lub korzennej kawy) i zadumania nad właśnie przeczytanym fragmentem.

Bohaterką "Kociej kawiarni" jest Nagore, którą poznajemy w chwili tzw. życiowego dołka. Wszystko się jej zawaliło. Rozpadł się związek, biznes - który budowała z partnerem za granicą tym samym przestał istnieć, powróciła do kraju, nie ma pracy, nie ma stałych dochodów, wynajmuje mieszkanie w nietaniej Barcelonie. Jak przetrwać i nie popadać w depresję oraz coraz większe długi? Sytuacja wydaje się patowa i coraz bliższa ku najprostszemu rozwiązaniu - powrotowi do domu rodzinnego z podkulonym ogonem. Tego Nagore pragnie się ustrzec. Nie chce pokazać rodzicom życiowej porażki na wielu frontach.

Z pomocą przychodzi jej przyjaciółka, która ofiarowuje pomoc w postaci pracy w Barcelonie. To oznaczałoby koniec choć części problemów. Ale... Jest mały problem. Ta praca nie będzie mieć nic wspólnego z tym co dotychczas robiła, nie wykorzystuje też jej wykształcenia artystycznego i co najgorsze zmusi ją do skonfrontowani się ze swoim wielkim lękiem.

Na ten moment jedyne miejsce, gdzie mogłaby od razu podjąć pracę to posada współprowadzącej lokal kociej kawiarni. W czym leży problem? W życiu Nagore to akurat kwestia bardzo trudna i zdawałoby się nie do przeskoczenia. Cierpi ona bowiem ailurofobię czyli lęk przed kotami. Niezły start, prawda?

Postawiona przez życie pod ścianą decyduje się iść na rozmowę i tak poznajemy drugą bohaterkę tej powieści - japonkę Yumi. Yumi zdecydowała się przewalić swoje życie do góry nogami i przeprowadziła się do Hiszpanii by otworzyć tak popularne w jej ojczystym kraju Neko Cafe. Mamy więc dwie bardzo interesujące postaci, z dwóch zupełnie różnych kultur. A pomiędzy nimi na scenę wkracza 7 kocich bohaterów - podopiecznych kawiarni, koty o różnej historii i po wielu przejściach przeznaczone docelowo do adopcji.

Mogłabym tu dalej snuć tą opowieść, bo kiedy do niej powracam teraz myślami czuję tą samą przyjemność i ekscytację jak wtedy gdy ją dopiero karta po karcie odkrywałam, ale nie o to chodzi by streszczać całą książkę. Mamy więc Nagore i Yumi, siódemkę kocich terapeutów i mistrzów zen oraz kilka postaci, które dopiero się w tej opowieści pojawią i na zawsze wpłyną na dalsze losy obu pań.

Powieść Anny Sólyem ma idealnie dobrane motto, które znajdziemy przed 1 rozdziałem: Zdarzyło mi się mieszkać z mistrzami buddyzmu zen, a każdy z nich był kotem - Eckhart Tolle. To prawda. Koty potrafią nas wiele nauczyć i czasami wystarczy przyjrzeć się wnikliwie jak celebrują każdy dzień, co jest im bliskie, a co ważne by dostrzec, że są idealnymi terapeutami i uczą ludzi jak żyć pełnią życia nie marnując ani chwili na to co nieistotne.

Nagore zatrudnia się w kawiarni. Staje tam twarzą w twarz ze swoi lękiem, ale i z coraz wiekszą fascynacją patrzy na koty. Musi je bowiem karmić, czyścić im kuwety, jeździć z nimi do weterynarza. Jej niekoci dotąd świat staje się bardzo kotami wypełniony. Czy da radę długo tak wytrwać?

Relacja Yumi i Nagore to przepięknie oddane spotkanie różnych kultur ale i ludzi, dla których dotąd istniały zupełnie inne priorytety życiowe. Te dwa światy połączą koty. One stają się mostem porozumienia i nowej ścieżki do dalszego etapu życia. Bohaterka nagle musi przejść przez ten most by zacząć stąpać ścieżką po zerwanym związku, po powrocie do kraju, po poznaniu, że koty nie są takie straszne...

Życie Nagore wkracza w nowy etap, gdy w Neko Cafe pojawia się Marc (odtąd stały klient kawiarni) oraz nowy kot Sort - podrzutek. Po drodze poznajemy coraz bliżej wszystkich mruczących podopiecznych kawiarni (a ich imiona to: Cappucino, Sort, Chan,Smokey, Figaro, Likier i Shere Khan) i widzimy jak ważne życiowe nauki dają one Nagore. I tu dochodzimy do istotnej kwestii jeśli chodzi o tą książkę.

"Kocia kawiarnia" jest - poza doskonałą powieścią z bardzo sympatycznymi postaciami - jednak trochę terapią i wykładem z filozofii życia. Patrząc w ten sposób na tą książkę to czuć wyraźnie wykształcenie i pracę zawodową autorki jako terapeutki. Pięknie przemyciła w historię Nagore, Yumi i Marca oraz siedmiu kotów to, co może być bazą pod nowe, pełne i wartościowe życie. W kolejnych rozdziałach poznajemy jaką życiową naukę odkrywa Nagore od kolejnego podopiecznego Neko Cafe. Wystarczy tylko zacząć dostrzegać to co jest naprawdę ważne. A mistrzami w pokazywaniu tego są koty. Te doskonałe istoty o wielkiej wrażliwości mogą nas niejednej mądrości nauczyć. Kto ma w domu kota zapewne nie raz się o tym przekonał. To proste nauki zamknięte w takich prawdach jak:

[...] Koty są ekspertami od drzemek. W ten sposób radzą sobie z traumami. [...]

Zwalczanie stresu poprzez sen. [...]

Pierwsza zasada kociej filozofii - bądź szczerze autentyczna. [...]

Zachowaj czujność, a odkryjesz wokół nowe możliwości.*

  • wszystkie cytaty z "Kociej kawiarni"

Niby oczywiste, ale jak trudno to dostrzec w codzienności pełnej pośpiechu. Książka Sólyem to opowieść o stracie, ale i o zysku. O tym co nas w życiu tłamsi, ale też o tym co może podnosić i sprawiać, że pofruniemy. Wydawca reklamując tą opowieść pisze, że ta historia otula lepiej niż ciepły kot. I jest w tym prawda. Ogrzałam się tą lekturą, podniosła mnie ona na duchu, dała dużo przemyśleń i ciepłych refleksji, pozwoliła też skonfrontować swoje życie z mądrościami przekazywanymi przez siedem kawiarnianych kotów. Czytelnik znajdzie tu też oczywiście opowieść o miłości, ale także o przemijaniu i wartości podejmowania ryzyka poprzez wkraczanie na nieznane ścieżki.

Podsumowując: Latarnica poleca!

Podstawowe dane książki:
Tytuł: Kocia kawiarnia
Tytuł oryginalny: Neko Cafe
Autor: Anna Sólyom
Tłumaczenie z hiszpańskiego: Joanna Ostrowska
Wydawca: Wydawnictwo Mando
Objętość: 192 strony
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Wydanie: I, Warszawa 2022

Poniżej okładka – front i tył oraz grafika na wewnętrznych skrzydełkach

Poniżej własne kompozycje – inspirowane lekturą i wspólnym czytaniem tej książki z kotką Myszą

Fot. Latarnica / listopad 2022


Latarnica poleca [vol. 42]

Jak tylko usiadłam do lektury tej książki miałam z nią kłopot. Kłopot nie w nazwaniu tego czy mi się podoba czy też nie, ale w klasyfikacji czym jest właściwie ta opowieść. Czy powieścią, poradnikiem, wspomnieniami, autobiografią, małą historią sztuki z kotami w tle, a może tylko historią dopisaną na potrzeby pięknych ilustracji.

Bo istotnie autorka przeplata swoją spójną i chronologiczną osobistą opowieść wstawkami będącymi poradami dla kociarzy, informacjami z zakresu kociego behawioryzmu czy przeglądem pewnej dziedziny wiedzy np. historii malarstwa pod kątem obecności w niej kotów.

Ale może zacznę od początku. Okładka "Historii pewnego kota" Laury Agusti wyświetliła mi się na portalu społecznościowym i od razu przyciągnęła wzrok. Książek o kotach jest w tej chwili tak dużo, że trudno mnie w tej dziedzinie zaskoczyć czy zapaść od razu w pamięć. Ale w tym przypadku tak się stało. Projekt okładki jest tak inny i odbiegający od tego co jest dostępne, a na dodatek trafił w styl i estetykę ilustrowania, którą bardzo lubię, że od razu się nią zainteresowałam i chciałam wiedzieć więcej.

Nazwisko autorki nic mi nie mówiło. Nawet nie miałam pojęcia z jakiego kręgu kulturowego jest i jakim językiem na co dzień się posługuje. Byłam zaskoczona, że książka jest tłumaczeniem z języka hiszpańskiego, bo takie translacje nie dominują kociej tematyki. Zapowiadała się ciekawa przygoda z kotem z roli głównej. Tytułowy "pewien kot" jest - co potwierdzi każdy opiekun kota - nie byle jakim kotem, bo takich w ogóle nie ma. Każdy mruczek to osobny wszechświat zjawisk, zachowań, preferencji więc wiedziałam, że i tym razem poznam ciekawą istotę na czterech łapkach.

Laura Agusti dzieli się z czytelnikiem swoją życiową "przygodą" z kotami i zwierzętami. Mimo, że mamy tutaj bohatera, którym jest kot rasy syjamskiej Hej, to poza etapem życia autorki, który dzieliła z TYM kotem poznajemy wątki autobiograficzne sięgające do najwcześniejszego dzieciństwa i relacji z młodszą siostrą Mariną - także ogromnym zwierzolubem. Przez pierwsze stronice poznajemy rodzinne miasteczko, członków rodziny i zwierzęta, które na trwałe zapadły w pamięć Laury i z pewnością miały wpływ na jej późniejsze życie u boku psów i kotów.

Autorka chowała się ze zwierzętami i ich stała obecność na co dzień była dla niej tak powszechna jak oddychanie. Wejście w dorosłość, liceum plastyczne oraz studia na uczelni artystycznej poza rodzinnym miasteczkiem spowodowały, że zmuszona była przez lata wynajmować mieszkania, a ich najem wiązał się z zakazem posiadania jakichkolwiek zwierząt. Był to jedyny czas, kiedy nie dzieliła życia z naszymi czworonożnymi przyjaciółmi.

Po studiach, mając 23 lata i nowy start w Barcelonie w jej życiu pojawił się kot Hej - tytułowy "pewien kot". Był to jeden z tych kotów, który miał ogromnie bliską relację z opiekunem - jedynym opiekunem - a nie bardzo lubi ludzi i vice versa - goście domu Laury nie mieli ochoty bratać się z humorzastym i agresywnym wobec nich Hejem.

I w tym miejscu opowieści zaczęła się moja bardzo silna identyfikacja z bohaterką oraz pełne zrozumienie tego o czym pisze. Sama mam za sobą 11 lat dzielenia życia z trudnym, adoptowanym ze schroniska kocurem Errorem (imię to już moja zasługa) i wiedziałam z czym się borykała i jak jednocześnie mocno zacieśniała się ich wzajemna więź. Laura pisze o swoim dorosłym życiu w kontekście dzielenia go z kotem przepięknie i bardzo życiowo. Myślę, że większość kociarzy zrozumie i odnajdzie w sobie to wszystko o czym opowiada. Poza tym kto z nas nie jest przekonany że ich kot zasługuje na swoją opowieść i książkę nim?

Jak wspominałam wcześniej główny wątek opowieści Agusti przerywany jest poradami, informacjami o kotach jako gatunku czy krótkimi wzmiankami o kotach w historii sztuki. To dobre "wstawki" pozwalające na chwilę odetchnąć od historii zmierzającej do tego co nieuchronnie czyli upływu czasu, starzenia się zwierzaka, nadejścia chorób i trudnego momentu rozstania.

Nie przypuszczałam, że tak mocno przeżyję tą część, która opowiada o seniorze Heju. Sama ponad dwa lata temu rozstałam się po 11 latach z Errorem i czytając książkę Agusti wszystko z całą mocą do mnie powróciło: tamte emocje, często bezsilność, smutek, rozpacz i łzy. Z drugiej strony pisze o kociej starości, niedomaganiach i swoich względem tego odczuciach tak prawdziwie, szczerze i trafnie, że czułam się, jakby wskoczyła na chwilę do mojej głowy i podejrzała moją historię wraz z całym wachlarzem uczuć.

Oczywiście jej kot był zupełnie inny, inne były schorzenia, które go dopadły pod koniec życia, inny kraj, kultura. Ale moment przechodzenia przez starość zwierzaka, przez towarzyszenie mu w ostatnich miesiącach życia jest poza krajami czy kontynentami. Jeśli kochamy koty to pożegnanie będzie zawsze po części końcem naszego świata i to jak potem się zachowany, jak będziemy przechodzić proces żałoby jest sprawą indywidualną.

Laura Agusti w tych "przerywnikach" pisze też o żałobie jako pewnym procesie, analizuje go pod kątem psychologicznym, wymienia etapy żałoby, które są czymś normalnym i dla każdego człowieka trwają różnie. Czytając tą historię wróciłam do własnych wspomnień, jakże wiele z tego o czym pisze było również moim udzialem. Jakże trafne choć bolesne były niektóre zdania.

Ale życie toczy się dalej. To nasze, ludzkie - o wiele dłuższe od zwierząt nam towarzyszących - możemy albo wypełnić nowym istnieniem albo pozostać na etapie wspomnień i bólu. Nie będę dopowiadać finału tej historii. To znajdzie czytelnik na jej kartach końcowych. W każdym razie nie jest to książka, która pozostawia nas obojętnym wobec tego przekazu jaki chciała nam ofiarować autorka. Jej historia to relacja Laury i Heja, ale takich opowieści są tysiące czy nawet miliony. I zawsze są pełne radości i miłości, ale również zawsze przyjdzie pora na ból i rozpacz.

Nie można w kontekście "Historii pewnego kota" ominąć warstwy wizualnej - czyli ilustracji i szaty graficznej. Od razu widać, że mamy do czynienia z artystką i absolwentką szkół artystycznych. Jak sami obejrzycie poniżej - jest czym cieszyć wzrok. Ilustracje są przepiękne, oszczędne w barwach, ale skupione na detalach. Ja wybrałam do pokazania strony z kotem, ale na kartach tej książki spotkacie przepiękne rysunki ptaków, psów, jeży, owadów, królików, roślin czy hiszpańskiej architektury małych południowych miasteczek. Pod względem graficznym dzieło wspaniałe i czuć, że pisarka włożyła w nie całe serce i dobrze zna zwierzęta.

Myślę, że najlepszym podsumowaniem tej recenzji będzie po sięgnięcie do znanego zdania wypowiedzianego kiedyś przez pisarza Ernesta Hemingwaya. I każdy kociarz ma gdzieś wpisane w swój "system" relacji z tymi zwierzętami prawdę, która za tymi słowami idzie. A zdanie to brzmi: Posiadanie jednego kota prowadzi do posiadania następnego.

Mamy ostatni kwartał tego roku, nadchodzą święta. Myślę, że "Historia pewnego kota" może być jednym z najlepszych prezentów dla kociarza czy w ogóle miłośnika zwierząt. To świetny podarunek także dla kogoś kto kocha czytać, kocha książki i lubi by były one doskonałe również wizualnie. Doczytałam w notce o pisarce, że wydała w 2018 roku również książkę "Tylko koty jej w głowie". Mam nadzieję, że polski czytelnik będzie miał również okazję się z nią zapoznać.

Podsumowując: Latarnica poleca!

Podstawowe dane książki:
Tytuł: Historia pewnego kota
Tytuł oryginalny: Historia de un tato
Autor: Laura Agusti
Ilustracje: Laura Agusti
Tłumaczenie: Urszula Żebrowska-Kacprzak
Wydawca: Wydawnictwo Albatros
Objętość: 158 stron
Oprawa: twarda
Wydanie: I, Warszawa 2022

Książka dostępna jest w internecie w wersji papierowej, ebook i audiobook.

Poniżej okładka - front i tył:

Poniżej przykładowe wybrane rozkładówki:

Poniżej własne kompozycje - inspirowane lekturą i wspólnym czytaniem tej książki z kotką Myszą

Fot. Latarnica / październik 2022


Zdjęcie na niedzielę - 21 sierpnia 2022

Rzadko w niedzielnym cyklu pojawia się temat koci. Ale dziś będzie to temat łączony - morsko-koci. Morza wprawdzie na zdjęciu nie ma, ale sam kot jest mieszkańcem Kuźnicy na półwyspie helskim. A do morza - od miejsca gdzie go uchwyciła było naprawdę blisko.

Bury tubylec jest wyjątkowo płochliwym osobnikiem nie ufającym człowiekowi, lecz po paru podejściach i próbach udało mi się zrobić mu to zdjęcie nie wywołując jego panicznej ucieczki.

Jak to dobrze że cyfrowe aparaty mają obiektywy pozwalające mocno przybliżyć kota, w rzeczywistości nie podchodząc do niego naprawdę tak blisko był czuł dyskomfort. Sam kot zachował się jak w słynnej dziecięcej piosence: Wlazł kotek na płotek...

Ode mnie dostał robocze imię Żbiczek i bardzo mi się wizualnie podoba. Ma specyficzny pyszczek, nie pozwalający pomylić go z innym kotem. Fotografia powstała w czerwcu dwa lata temu.

Fot. Latarnica / Kuźnica 2020


Zdjęcie na niedzielę - 31 lipca 2022

Na ostatnią niedzielę lipca obrazek portowo-koci. Łączy dwa elementy, które kocham. Kuźnica jest jednym z niewielu miejsc nadmorskich, gdzie wykonałam mnóstwo zdjęć kotów, bo one tam po prostu są stałym elementem pejzażu. I nie ma nic piękniejszego niż taki tygrys w otoczeniu atrybutów rybackiej wsi.

Fotografia powstała w letni czerwcowy wieczór w porcie nad zatoką pucką.

Fot. Latarnica / Kuźnica czerwiec 2021


Wakacje 2021 [4]

Dziś kontynuujemy spacer po Helu. Warto idąc prosto od stacji pkt zakręcić uliczką w bok i dojść do Domu Morświna. A stamtąd ruszyć ku bulwarowi i fokarium aż do portu.

Najlepszym zwieńczeniem lub początkiem pobytu w Helu jest odwiedzenie dobrej miejscowej knajpki -takiej z elementami marynistycznymi. Wiele z tych na deptaku ul. Wiejskiej oferuje niesamowity wystrój nawiązujący do morskich tradycji tej miejscowości. Ja polecam Maszopy, Cpt. Morgana, Checz, Admirała Nelsona czy Kuttera. Na kawę idealnie nadaje się Cafe Classic naprzeciwko Cpt. Morgana. Pomóc Wam może w tym ten ranking: https://www.blueapart.pl/blog/41/gdzie-zjesc-na-helu

Fot. Latarnica / czerwiec 2021


Kocie lato 2020 [12]

Kończę dziś ostatecznie koci wakacyjny cykl dotyczący mruczków z Kuźnicy spotkanych w czerwcu 2020 roku. W tym odcinku tzw koty bezimienne czyli takie, które spotkałam raz, góra dwa razy i nie nawiązałam z nimi relacji. Po prostu udało mi się pstryknąć zdjęcie.

Trzy wydają mi się prawdopodobne do zidentyfikowania, ale głowy nie dam, że to one. Kota śpiącego na kartonach w kąciku straganu warzywnego poznałam lepiej następnego roku. I w relacjach z wakacji 2021 pojawi się więcej fotek.

Kotek czarny śpiący przy kole auta zawsze był przeze widywany na tej samej posesji i zawsze gdzieś przy samochodach.

Biało-czarny kawaler na kamykach ujawnił się na posesji przy dużym sklepie spożywczym. Przedostatnie zdjęcie - kot w czerwonej obróżce - to prawdopodobnie Behemot z mariny.

Rok 2020 był przemiłym kocim latem. Zapamiętam go na zawsze z racji ostatniego spotkania z Chochraczem, którego zawsze będę traktować jakby był po części moim kotem. Skradł mi serce i ma w nim swoje stałe, szczególne miejsce.

Fot. Latarnica / czerwiec 2020


Kocie lato 2020 [11]

Koci cykl z wakacji 2020 roku otworzyła galeria z kotem Tadeuszem z Kuźnicy i wręcz wypada, aby kończyć te relacje również z fotogenicznym Tadkiem. Rok 2020 rozpoczął miły zwyczaj tzw. kawek/herbatek u Tadeusza czyli ciotka przekupuje kotusia darami a on raczy lub nie... jej towarzyszyć. Każdy chyba zrozumie, że taki szanowany kot ma co robić latem w Kuźnicy lepszego niż siedzenie z jakimś człowiekiem.

Czasami miałam zaszczyt (jak pokazują dwa ostatnie zdjęcia) fotografować jednocześnie Tadeusza i Kajtka. Koty lubiły razem biegać po plaży.

Fot. Latarnica / czerwiec 2020


Kocie lato 2020 [10]

Dzisiejszy odcinek w całości poświęcam Kajtkowi z Centrum Sportu w Kuźnicy. To był mój pierwszy rok z tym kotkiem.

Skradł mi serce od razu swoją energią, pozytywnym podejściem do ludzi oraz faktem, że od razu poprawia humor. Wystarczyło na niego popatrzeć. A jeśli jeszcze w tym samym czasie biegał z nim Tadeusz po plaży nad zatoką to uczta była podwójna.

Fot. Latarnica / czerwiec 2020


Latarnica poleca [vol. 38]

Ta książka to raczej nowelka czy miniatura niż powieść, ale na tych 160 stronach (tyle ma wydanie polskie) jest takie nasycenie treści i emocji, że wystarczy za kilka tomów. I nie potrzeba ani strony więcej. Dlatego i moja recenzja nie będzie za długa.

Do literatury japońskiej podchodzę ostrożnie. Jest specyficzna i albo trafia w punkt i mnie zachwyca albo męczy. Nie będę ukrywać, że przyciągnęła mnie piękna okładka z kotem i tytuł z kotami - tak intrygujący, że postanowiłam się dowiedzieć... No właśnie nie byłam pewna czy uzyskam w książce odpowiedź na postawione w tytule pytanie, ale zaryzykowałam.

Ta książka nie odkrywa Ameryki, podobnych pomysłów było już w literaturze i filmie wiele. Ot historia stara jak świat - zawarcie paktu z diabłem - on zyskuje jedno - bohater co innego ukrywa dla siebie. Ale czy handlowanie z samym panem ciemności ma kiedykolwiek dobre zakończenie dla człowieka? Czy można przechytrzyć ustalenia i złamać zasady, a przetrwać?

Bohater Kawamury na samym początku tej historii dowiaduje się, że ma nieuleczalnego raka mózgu. Niewiele mu zostało. Wiadomość spada na niego jak grom z jasnego nieba. Można powiedzieć, że odtąd każda minuta życia na wagę złota. Czy warto ten kończący się czas stracić na byle co czy może to czas rozliczeń, pojednań, napraw...

Niespodziewanie odwiedza go diabeł pod postacią siebie samego tylko trochę w innym wydaniu i proponuje układ. Propozycja trudna do odrzucenia. W zamian za darowane kolejne dni życia (nożna to ciągnąć w nieskończoność) ma wybierać coś, co zniknie z historii świata. Jest tylko jeden warunek - musi mu na tej rzeczy zależeć. Pierwszą ofiarą staną się telefony komórkowe...

Akcja książki zamyka się w symbolicznym tygodniu - niczym proces biblijnego stworzenia świata. Przez kolejne rozdziały nazwane dniem tygodnia poznajemy przeszłość bohatera i skomplikowane relacje rodzinne. Jest co naprawiać, naprostowywać, poprawiać... Ale czy to czas na to? Diabeł wymyśla coraz ciekawsze rzeczy, które z pełną konsekwencją swej nieobecności znikają ze świata. Czy pojawi się coś co zatrzyma ten proces? Czy będzie tak ważne dla ludzkości, że bohater uzna iż jego śmierć jest tutaj jedynym wyborem? A może umowa podlega negocjacji?

Nie napiszę wam nic więcej. Powiem jedno - czyta się to doskonale i strasznie wciąga. Postacie są świetnie napisane a zamysł historii podany w takim opakowaniu że sprawy istotne do przemyślenia przez każdego z nas autentycznie zaczynają nam wiercić dziurę w brzuchu i samoczynnie przechodzimy autoterapię porównując reakcje bohatera do własnych odczuć i refleksji.

Mógłby ktoś rzecz - ot tania psychologia i zabawa gatunkami. I pewnie tak jest. Ale nie czujemy się wciśnięci na siłę do gabinetu psychoanalityka. Każdy dzień i nowa znikająca rzecz ze świata budziła we mnie mnóstwo emocji i rozważań co by było gdyby.

Powieść Kawamury bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Nie wiem czy książka nie trafi do mojego osobistego rankingu książek 2022 roku. Czas to pokaże. Na razie byłaby w ścisłej czołówce. Żałuję że nie ma nigdzie dostępnej ekranizacji. To co widzę w zwiastunie bardzo mi się podoba choć aktor od głównej roli wydaje mi się o za młody w stosunku do książkowego pierwowzoru.

W tym roku miałam okazję przeczytać również inną powieść japońskiego autora pt Kot, który spadł z nieba – Takashi Hiraide (wydana w tej samej serii z żurawiem) i ona również (choć totalnie inna) pozostawiła doskonałe wspomnienie. Hm... może w końcu dojrzałam do literatury japońskiej. A wracając do "A gdyby tak..." to nie dopowiem wam nic na nakreśloną w tytule wizję. wiem tylko jedno: Zdecydowanie Latarnica poleca!

Podstawowe dane książki:

Tytuł: A gdyby tak ze świata zniknęły koty
Tytuł oryginalny: Sekai kara Neko ga Kieta nara
Autor: Genki Kawamura
Wydawca: Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, BO.wiem
Seria: z żurawiem
Objętość: 160 stron
Oprawa: miękka
Wydanie: 2021 (polska), 2018 (Japonia)

Na podstawie powieści Kawamury powstał w 2016 roku film. Reżyserem jego jest Akira Nagai, trwa 103 minuty i jest produkcją japońską. Kręcony był w Tokio i Buenos Aires. Zdjęcia trwały 1,5 miesiąca.

Poniżej okładka książki i plakat filmowy

Poniżej link do trailera kinowego:

https://www.youtube.com/watch?v=DF9s5Rjb_5M


Kocie lato 2020 [9]

Ten odcinek Kociego lata - dotyczący urlopu w 2020 roku - jest dla mnie najbardziej bolesny. To wtedy po raz ostatni spotkałam ukochanego Czochracza, który był przez parę lat nierozerwalnym elementem mojego urlopu w Kuźnicy. Poczułam z nim/ z nią (do dziś nie wiem jakiej był płci) szczególną więź. Jakby to był mój - choć tylko sezonowo - kot.

I choć nasza relacja zaczęła się od szorstkiej, był bardzo nieufny i łatwo od przymilania zabierał się do bicia - po kilka latach to była już inna więź. Pokażą to nasze dwa ostatnie zdjęcia. Prosiłam go wtedy (cichutko szepcząc to do uszka) by na mnie czekał i jak co roku przywitał w czerwcu 2021 roku. Niestety - uprzedzę już teraz - lato 2021 było "bezczochraczowe". Bardzo mi tego kota brakowało. W zasadzie serce rozpadło mi się na kawałki. Nie wiem co się z nim stało i nikt na miejscu nie kojarzył tego kota. Bo kto by zwrócił uwagę na zwykłego burasa. On/ona nie był zwykły. Był kochanym Chochraczkiem. Kotem po przejściach ale jak się do niego cierpliwie i spokojnie podeszło - zyski z tej znajomości dla obu stron były ogromne.

Ale dziś migawki z naszego ostatniego wspólnego lata.

Poniżej nasze ostatnie spotkanie o poranku 27 czerwca 2020 roku. Fot. Tomasz Lerczak [2x]

Fot. Latarnica / czerwiec 2020


Kocie lato 2020 [8]

Dziś wracamy do Kuźnicy i miejscowych kotów. Oba znane i prezentowane już w wpisach z 2020 czy 2019 roku.

Krawacik, choć chyba powinnam pisać Krawacikowa, bo to koteczka mieszkająca w szopce na narzędzia rybackie przy ścieżce wzdłuż zatoki. Ma przepiękne złote oczy, niestety z roku na rok jest w coraz gorszej kondycji. Widać to choćby po futrze.

Jeden z grupy Porciaków - biało-czarnych kotów krążących od pasa domów w pierwszym rzędzie nad zatoką (głównie okolica sklepiku z wędzonymi rybkami) a terenem portu, gdzie przybijają kutry po połowach.

Fot. Latarnica / czerwiec 2020


Kocie lato 2020 [7]

Dziś powrócę jeszcze do niezakończonego cyklu prezentującego koty spotkane podczas wakacji na Półwyspie Helskim dwa lata temu. Oto Farbka z Wydm. IMię farbka, bo przypomina kotkę z poznańskiego schroniska, która była bardzo podobna. A dlaczego Wydmy? Bo kot /kotka (nie wiem jaka płeć) pojawił się nagle w porcie w Jastarni właśnie na piaszczystym paśmie wydm.

Fot. Latarnica / Jastarnia czerwiec 2020


Podsumowanie zbiórki dla schroniska

Jak co roku 1 stycznia zakończyłam zbiórkę darów dla podopiecznych Schroniska dla zwierząt w Poznaniu. W tym roku mimo trochę innych zasad (moje problemy z kręgosłupem wymusiły wszystkie dostawy bezpośrednio do schroniska) nie zawiedliście.

Z podarunkami stawili się licznie dawni przyjaciele mojego kocura Errora, który zainicjował lata temu te zbiórki, a teraz są to przyjaciele kotki Myszy. POjawiły się też nowe osoby, które nigdy dotąd w zbiorkach nie uczestniczyły.

Dzięki wam w okresie 15 listopada - 31 grudnia do nowej siedziby schroniska trafiło kilkanaście dużych paczek z darami rzeczowymi (zabawki, ręczniki, koce, pościele, preparaty zdrowotne, karma mokra, karma sucha, przysmaki).

Tym skromnym wpisem chciałabym jeszcze tutaj (post podsumowujący i dziękczynny pojawił się na początku stycznia na facebooku, gdzie zbiórka była prowadzona) podziękować WAM wszystkim za zaangażowanie, otwarcie finansowe mimo trudnych czasów, empatię dla zwierząt i serca wielkie do udzielania pomocy. Nic nie byłoby bez WAS. W imieniu swoim, Myszki i schroniska dziękuję.

Poniżej pamiątkowy portret zbiorowy darczyńców ludzkich i zwierzęcych. Najczęściej wspomagają nas domy ze zwierzakami, nierzadko z czworonogami adoptowanymi ze schroniska. Jak co roku dary były nie tylko z Poznania ale i całej Polski a także z zagranicy.

Jesteście NAJLEPSI! Dziękujemy że możemy na was liczyć, a koty mają w schronisku święta i z początkiem nowego dni ciut inne - rozrywkowe, ciepłe i smaczne.

Fot. Latarnica


Jej drugie święta...

To były jej drugie święta. I 17 wspólnych miesięcy od adopcji ze schroniska. Koty po przejściach... O nieznanej przeszłości i bagażu doświadczeń. Wciąż trochę dzika, wciąż czasami nieufna i wystraszona, nadal mająca koszmary senne... Tak, koty są bardzo wrażliwe.

Tradycyjnie - jeszcze z czasów kocura Errora - w tym okresie pokazuję jak minęły kolejne kocie święta. Ta kotka, podobnie jak Error nic sobie nie robi z choinki. Za to lampki darzy ogromną miłością za ich ciepło. Staramy się by czuła się bezpieczna i syta, dbamy o jej zdrowie. Tyle możemy od siebie dać. Mimo że 4 lata życia przeżyła na ulicy w mrozy na chwilę tylko wygląda z okna i wącha powietrze. Nie chce na to zimno wracać. ceni kocyki i kołderki oraz kolana i ludzkie głaszczące dłonie. Mysza to zupełnie inny kot niż Error. On urodzony w domu i znający dom, ona znająca ulicę i rok w schroniskowej klatce.

Poniżej migawki z drugiej połowy grudnia. Kocie święta... Zapewnione ciepło, spokój, pełna miska, czysta kuweta i głaskanie do woli. Ile kot potrzebuje. Kto się jeszcze zastanawia zachęcam - adoptujecie zwierzaki ze schronisk, fundacji, przytulisk.


Zdjęcie na niedzielę - 5 grudnia 2021

Dlaczego by w pierwszą niedzielę grudnia nie połączyć tematyki kociej i morskiej? Dawno takiego zdjęcia nie było. Oto dziś na zdjęciu "tygrys" spotkany na wydmach przy porcie w Jastarni. Kot przechadzał się z gracją i spokojnie, nie stronił od ludzi i chętnie skorzystał z podanej przekąski.

Fot. Latarnica / czerwiec 2020


Druga Myszowata zbiórka dla schroniska

Podobnie jak co roku (od 2014) i podobnie jak rok temu - gdy Mysza Errorka po raz pierwszy włączyła się do świątecznej pomocy na rzecz poznańskiego schroniska - zaraz po Święcie Niepodległości ruszyliśmy z tegoroczną zbiórką darów dla podopiecznych kociarni.

Podobnie jak rok temu z racji covideowych oraz drugiej zupełnie nieplanowanej - mojego posypania się zdrowotnego (kręgosłup) - nie mam możliwości noszenia paczek ani ich odbierania w domu. Z racji tego z lekkim strachem ogłosiliśmy na Facebooku (Głowna platforma zbiorki i informacji bieżących) na profilu Myszy NOWE ZASADY, bojąc się czy to ruszy, ale jak zawsze przyjęliście nasz pomysł ciepło i otwieracie serca i portfele.

Oto podstawowa informacja:

Kochani, nadchodzą już drugie święta z Myszą. Bardzo długo biłam się w tym roku z myślami. Ze względu na mój stan zdrowia i w krótkim odcinku czasu dwie poważne awarie z kręgosłupem - o mały krok byliśmy od odwołania zbiórki. Jednak serce mi krwawiło, bo jak to tak aby nie pomóc kotom ze schroniska w potrzebie? Chodziłam z tą smutną myślą o rezygnacji i szukałam rozwiązań. Odpada wszystko to co wiąże się z podnoszeniem paczek, przestawianiem, sortowaniem. Ale czy to stanowi trzon tej akcji pomocy? Nie! Celem jest aby koty w poznańskim schronisku miały dobre jedzonko, zabawki, preparaty na zdrowie, legowiska, kocyki.W tym roku mamy wyjątkową sytuację toteż muszę ogłosić NOWE zasady. Tak krótko co ulega zmianie:

1/ punktem zbiórki przestaje być nasza siedziba czyli mieszkanie2/ Mysza nie sprawdza zawartości każdej paczki przez co nie powstaje klasyczna galeria darów, możemy pokazywać faktury, zamówienia itp.Tak wiemy, to bardzo przyjemny zwyczaj - także dla nas ale wiązał się z ogromnym wysiłkiem fizycznym. Także takim, że paczki trzeba było znosić do piwnicy, bo nie mamy ich gdzie składować przed wywozem, a Mysza szaleje gdy czuje te smacznie pachnące kartony. Paczki trzeba było potem wydostać z piwnicy i dostarczyć kurierowi do auta. NIestety ich waga często wynosiła kilkanaście, a bywało i nawet kilkadziesiąt kilogramów.Ale to nadal nasza (tym razem druga) Myszowata zbiórka (wcześniej „obłędna” Errorkowata). Tradycja musi mieć ciągłość. Istnieje kilka sposobów wsparcia Kotow z Schroniska:1/ zakup podarunków w jednym ze sklepów internetowych i podanie TUTAJ ZMIANA - adresu do wysyłki - nowej siedziby schroniska. Podamy ją na priv jak zgłosicie że szykujecie pakę.

2/ zakup podarunków i zapakowanie ich i wysłanie na (ZMIANA) nowy adres schroniska - podamy ją na priv jak zgłosicie że szykujecie pakę.

3/ przelanie datku na zakup produktów a my sami zajmiemy się ich wybraniem i zakupem, zbieramy kilka wpłat razem aby złapać promocje i rabaty oraz darmową wysyłkę kurierską - adres dostawy będzie (ZMIANA) nowa siedziba schroniska

4/ robicie w domu przegląd starych ręczników, poszewek pościeli, kocyków i kocy przesyłacie lub zawozicie (to dotyczy Poznaniaków) na (ZMIANA) adres nowej siedziby schroniska.Dane do przelewu podajemy w wiadomości prywatnej więc prosimy odzywać się tutaj na myszowatym profilu na priv.

Dary możemy W TYM ROKU pokazać na naszym profilu w specjalnej galerii - w postaci faktur lub zdjęć faktor lub plików zdjęciowych od was. KONIECZNIE nas informujcie (na priv Myszy), że coś pofrunie do schroniska (poróbcie zdjęcia) abyśmy odznaczyli was jako uczestników zbiórki!NIE ULEGA ZMIANIE:Każdy Darczyńca (ludzki czy zwierzęcy - to wy nam podajecie) zostaje umieszczony w specjalnej galerii darczyńców w pamiątkowej grafice zbiórkowej przygotowywanej indywidualnie co roku. Dziś ją zdradzamy poniżej. Wasze portrety znajdą się w podziękowaniu na paczkach. Tylko koniecznie musicie nam dać znać że daliście kotom wsparcie - jeśli paczka do schroniska pójdzie bezpośrednio od was.

Czas trwania akcji: 15 listopada - 31 grudnia 2021 więc ostatnie dary mogą trafić do schroniska już w Nowym Roku.Zatem: 3… 2… 1… START! Bo dobrze jest pomagać! Wierzymy że te drobne zmiany nie będą jednak przeszkodą w robieniu przedświątecznego dobra dla zwierzaków.

PS. Prosimy o udostępnianie tej zbiórki! Kotki ze schroniska czekają na smaczne i wesołe święta.

Poniżej tegoroczne motywy graficzne zbiórki.

Fot. Głowna wpisu z prezentami -  George Dolgikh @ Giftpundits.com z Pexels