Latarnia z kalendarza - kwiecień 2026

Latarnią miesiąca kwietnia są Faro Punta Abona - obekt stary (nieczynny) i nowy - leżące na południowo-wschodnim wybrzeżu Teneryfy na Wyspach Kanaryjskich.

Poniżej karta z tego miesiąca:

Poniżej kilka informacji na temat tych obiektów:

LATARNIA STARA - niska

– zbudowana w 1902  roku
– latarnia nieczynna od 1976 roku
– wysokość budynku 6 m - jednopiętrowy na którym usytuowano laternę z optyką
– budynek miała przejąć szkoła gastrnomii ale tak się nie stało, odrestaurowano go w roku 2018

LATARNIA NOWA - wysoka wieża w pasy:
– zbudowana w 1976 roku
– obiekt aktywny
– wysokoś  wieży 39 m
– wysokość światła 54 m n.p.m.
– malowana na biało z poziomymi czerwonymi pasami
– ta latarnia morska jest wyższą wersją nowszej latarni morskiej Faro de Fuencaliente na Isla de la Palma
– znajduje się na południowo-wschodnim wybrzeżu Teneryfy
– wieża zamknięta

Poniżej stara latarnia, fot, Jose Mesa 2009 rok, flickr.com oraz stara i nowa latarnia - 2x wikipedia.org

Poniżej widok sateliatrny i street view - ze starą i nową latarnią Punta Abona - Google Maps


Latarnica poleca [80]

Nie będę ukrywać, odkąd w 2022 roku tuż po premierze przeczytałam „Zapiski wrednego kota” Wojciecha Cesarza i Katarzyny Terechowicz - lekturę w ramach ukochanego cyklu o grzecznym psie – wiedziałam, że będę bardzo, ale to bardzo wyczekiwać kontynuacji. Malamut Winter to super bohater, ale odkąd serię przejął wredny kot Marian (dziki tygrys zgarnięty z Bieszczad) to dla mnie jako kociary zrobiło się już obłędnie. I tak po 4 latach wiosną tego roku Marian powraca w wielkim stylu w 7 już tomie pt. „Śledztwo wrednego kota”. 

Przygody i codzienność tej prozwierzęcej rodziny (4 dwunogów + 5 zwierzaków: dwa psy, dwa koty, jeden chomik) jest według mnie jedną z najlepszych wielotomowych opowieści na rynku o koegzystencji człowieka ze zwierzętami domowymi, towarzyszącymi nam na co dzień. Wspólna próba życia – a często nawet przeżycia – napisana jest lekko i z takim humorem, że nie uwierzę iż jakiś Czytelnik i zwierzolub nie zakocha się w tych perypetiach od pierwszego rozdziału pierwszego tomu.

Obecnie do moich rąk trafiło najnowsze wydawnictwo, które jest niejako bezpośrednim pociągnięciem historii z tomu 6, gdzie kochany obrońca domowego ogniska malamut Winter schodzi ciut na dalszy plan, a królem historii (ba! wiadomo, gatunek zobowiązuje) zostaje kot Marian przywieziony swego czasu z wakacji w górach. Polecam siegnąć do wcześniejszych tomów by zapoznać się z jego historię i tym jak wziął ludzi na litość i spojrzenie biednego kotka. Klasyczne techniki manipulacji, z których koty mają doktoraty i profesury w chwili swoich narodzin.

W „Śledztwie wrednego kota” powracamy do znanego już domu i jego mieszkańców. Kogóż  mamy do obserwacji? Gatunek ludzki reprezentuje 4-osobowa rodzina: Henryk, Hanka oraz dwójka potomstwa – nastolatki Julka i Alek. Pod jednym dachem żyją z nimi alaskan malamut Winter, Rudy – nieduży beczułkowaty piesek, gabarytowo 1/3 malamuta, Bagira (Bagi) – kocica, która nieustannie denerwuje kocura, chomik Popcorn – galopujący w swym kołowrotku oraz mistrz i narrator tego tomu – kot Marian (Marianek, Maniuś, Maniutek). Tymczasowo w historii pojawia się gadająca papuga Dżongo (bardzo zabawny epizod), zostawiona pod opieką dwunogów na czas pobytu jej opiekunki na kontynencie australijskim. Niezła ekipa prawda? Z tego mogą wyniknąć tylko kłopoty i wielka komedia omyłek.

Marian – jak widać po obu tytułach tomów, w których przejął władzę i stał się narratorem historii – jest wrednym kotem. To oczywiście klasyczny, powszechnie funkcjonujący stereotyp i często występujący przymiotnik, kiedy ktoś próbuje opisać tak powszechny w polskich domach gatunek Felis catus. Co gorsza, mimo tak niedobrej opinii koty w czasach współczesnych stały się najpopularniejszymi zwierzętami domowymi. I każdy kociarz i opiekun wie, że nie są one wredne ani złośliwe z założenia i natury. Tak to tylko bywa odczytywane po ludzku, bez znajomości kociego behawioru. Nic bardziej mylącego! Popatrzmy na Mariana. Zgarnięty z terenu dzikiej przyrody jest leniwym, rozpieszczonym kanapowcem, dla którego sensem życia jest pełna miska (i to nie byle czego!) oraz nieograniczona swoboda – czyli nieustanne otwierane i zamykane na komendę drzwi tarasowe czy sterowana pilotem brama garażowa. Bowiem co podjazd do domu to inna nawierzchnia niż taras czy ogród, a to wszystko ma ogromne znaczenie dla dobrego samopoczucia pana kota.

Marian w tej historii postanawia trochę bardziej zaktywizować swój żywot i przyjrzeć się wielu aspektom życia rodzinnego – wliczając do rodziny także zasoby zwierzęce – a tym samym prowadzi wiele śledztw, które wymagają rozwiązania i dotarcia do źródeł domowych konfliktów, tajemnic, dziwnych ludzkich zachowań, które dla kota są absurdalne. Mamy tu kilkadziesiąt krótkich rozdziałów, w których Marian niczym koci Sherlock Holmes węszy co też stoi u podnóża pewnych zjawisk i w każdych okolicznościach potrafi dopatrzeć się zagadki do rozwiązania. Ale nie myślcie, że taki z niego nietypowy kocur – robotny, że ho ho i nadaktywny. Marian między stawianiem sobie kolejnych egzystencjonalnych pytań potrzebuje dużo czasu na drzemki w ulubionym fotelu na tarasie (akurat jego zamiłowanie do mebli zawsze pokrywa się z fotelami czy kanapami wybieranymi przez Henryka), pilnowanie pustej miski i regularnych pór karmienia, stałych arii głodowych i miauczenia dla samego wydawania z siebie tych jakże rozpraszających ludzi tonów. A nocą musi oczywiście strzec bezpieczeństwa śpiących. Czasami to wymaga poskakania po człowieku. Ale nikt tego nie doceni! Jest przekonany o swojej wielkiej życiowej roli strażnika rodziny i nawet czuje się w obowiązku strzeżenia malamuta Wintera. 

Marian widzi świat po kociemu (to oczywiście jedyna słuszna wizja rzeczywistości) i często przez to jego interesy i próby naprawy sytuacji nie idą w parze z punktem widzenia Henryka czy Hanki. Doprowadza to do wielu spięć i konfliktów, w których winnym zawsze będzie kot lub koty (Bagirka chętnie włącza się w domowe psoty i intrygi), ale zazwyczaj wszystko uchodzi jej na sucho. Za to Marian bywa oskarżany o wszystko! Ale kiedy Duzi mają problemy to aż nadto często pragną wtedy przytulać swoje domowe stado. Dla Mariana nie ma nic gorszego niż namolne dotykanie jego futra czy – o zgrozo - podnoszenie znienacka i branie na ręce. Wtedy bój się człowieku wyroku łapek sprawiedliwości wyposażonych w śmiercionośne pazury.

Autorzy genialnie, lekkim stylem i z ogromną porcją humoru oddają nasze relacje z domowymi pupilami. Ludzka rodzina nakreślona jest trafnie i pokazuje tą dwutorowość podejścia do „wychowania” zwierząt. Gdy jeden człowiek krytykuje czy karci drugi natychmiast bierze w obronę poszkodowanego – z góry uznając winę swojego partnera. Bo przecież nie może potworem okazać się piesek czy kotek. To prędzej mąż, żona czy dziecko mają problem i są prowodyrami konfliktów.

W 7 tomie cyklu mamy m.in. poza czasowym pobytem z bohaterami w ich domu kolorowej gadającej papugi akcję z dzikimi ptakami, wiewiórkami, zamknięciem Mariana w szopce z artykułami budowalnymi na posesji sąsiada, w domu dochodzi do testu nowych drzwi z klapką dla kotów, kurier przywozi drogą mającą dać szczęście kotom interaktywną mysz, nadchodzą święta i do salonu zostaje wstawione ogromne drzewko bożonarodzeniowe, w okolicy wprowadzają się nowi sąsiedzi z kotem Baltazarem i wiele innych codziennych zmagań typowych dla rodzin ze zwierzakami. Cudowną historią wywołującą salwy śmiechu jest profesjonalna rodzinna sesja fotograficzna w ogrodzie, efekty której miały zawisnąć w ramce w salonie. A jak wyszło sami przeczytajcie.

Nasz bohater Marian ma cięty język, ostre riposty, nie owija nic w bawełnę i nieustannie jest oburzony, że ani Henryk ani Hanka nie doceniają jego ogromu pracy i nieustannej ochrony domowego miru. Ludzie są dla niego zagadką, bo wszystko widzą na opak, a tak w ogóle to życie z nimi jest nieustanną próbą dręczenia i prześladowania biednego kota. Podobnie jak w „Zapiskach wrednego kota” niemal każdy rozdział kończy się podsumowaniem i oceną opisanej sytuacji przez Mariana. W prosty sposób przyznaje punkty za pożądane reakcje i krótko i w punkt osądza strony konfliktu. Bo każdy dzień to ścieranie się światów ludzko-zwierzęcych i psio-kocich albo i kocio-kocich (przecież Bagirka to wstyd dla kociego rodu a on musi bytować z nią pod jednym dachem!). Chomik Popkorn ma akurat tutaj najmniej do powiedzenia i jest izolowany od tego całego towarzystwa z futrem.

Na koniec muszę podkreślić jeszcze mój zachwyt ilustracjami pani Joanny Rusinek – który towarzyszy mi podczas lektury całej serii od 2011 roku. Jej kreska i sposób ukazywania bohaterów jest idealnym dopełnieniem. Piękne okładki to również jej autorstwo. Maniuś i Bagi są cudownie nakreśleni  a ich mimika i spojrzenia wywołują u mnie uśmiech i rozbawienie. Książki Wojciecha Cesarza i Katarzyny Terechowicz są adresowane do grupy wiekowej 8-12 lat, ale uważam że każdy dorosły czytelnik również doceni ich zabawność oraz trafność i będzie miał ogrom przyjemności z ich czytania. Książka poza wersją drukowaną dostępna jest również jako e-book i audiobook - czytany i interpretowany przez Jana Marczewskiego.

Reasumując: Latarnica poleca!

Podstawowe dane książki

Tytuł: „Śledztwo wrednego kota"

Autor: Wojciech Cesarz, Katarzyna Terechowicz

Ilustracje: Joanna Rusinek

Seria: To lubię!

Wydawca: Wydawnictwo Literatura, Łódź 2026

Objętość:  192 strony

Wydanie: I

Kategoria wieku: +9 -  +12

Oprawa: twarda

Format: 150 x 210  mm

Poniżej okładka front i tył:

Poniżej piękna wyklejka przednia i tylna,  strona tytułowa i  spis treści:

 

Poniżej wybrane rozkładówki książki:

Poniżej dwa tytuły z 7-tomowej już serii - w których narratorem jest kot Marian:

Poniżej sesja z moją modelką Myszką - charakterna jak Bagirka i Marian razem wzięci:

Fot. Latarnica / kwiecień 2026


Dziękuję Wydawnictwu Literatura  za możliwość zapoznania się z tą piękną książką i egzemplarz recenzencki. Więcej książek wydawnictwa znajdziecie na wydawnictwoliteratura.pl


Drugi dzień wiosny w Darłówku

Latarnia w Darłówku sama w sobie jest bardzo ładna i inna niż nasze pozostałe latarnie. Położona w samym porcie przy falochronie jak latarnia ustecka czy w Kołobrzegu, ale port w Darłówku stracił urok i czar małej miejscwosci odkąd zaczęto w nim budować duże apartamentowce. Już nigdy nie będzie to takie miejsce jak dawniej.

Fot. Lidia Czuper / 22 marca 2026


Zdjęcie na niedzielę - 4 kwietnia 2026

Czasami prosty pomysł na forografię robi najlepszy efekt. Mnie to zdjęcie jakoś tak urzekło, piękna pogoda do zrobienia zdjęcia i zamiast oyginalnej budowli latarni - która majaczy w tle rozmyta - mamy na pierwszym planie jej figurkę w skali postawioną na falochronie. Jest w tym kadrze coś innego, chce się patrzeć i robi się ciepło na sercu.

Fot. Lidia Czuper / marzec 2026


Krokusy pod latarnią... WIOSNA cz. 2

Tym razem wiosna przy kołobrzeskiej latarni w słoneczny marcowy dzień. Do tego lazurowe niebo i wszytsko od razu wygląda wspanialej i tak dodaje dobrej energii. Potrzeba nam długich dni i dużo dużo światła.

Fot. Lidia Czuper / 21 marca 2026


Wakacje 2022 [19]

Ostatni wpis z wakacyjnego cyklu sprzez 4 lat wrzucilam w grudniu, a potem było tak wiele innego materiału do publikacji, że zupełnie zaniedbałam te relacje. A przecież czekają zdjęcia z wakacji 2023, 2024 i 2025 roku... Czasu tak mało, blog też nie jest z gumy. Zatem dziś w wakacyjnej wędrowce zajrzyjmy po raz kolejny do Juraty i Kossakowki. Tak, zazwyczaj przy każdym pobycie na półwyspie helskim staram się choć raz odwiedzić to miejsce i wypić kawkę. Zawsze powaracają wtedy wpamięci lektury licznych książek wspomnienoowych pani Magdaleny Samozwaniec o jej rodzinie i domu letniskowym (a jednocześnie pracowni jej ojca)  w Juracie.

Poniżej słynne jurackie molo i okolica:

Poniżej aktualny wygląd stacji i wizualizacja zmian oraz jurackie koteczki:

Poniżej kawiarnia / pracownia "Kossakówka"

Fot. Latarmica / czerwiec 2022

 


Latarnica poleca [79]

Jeśli zaczniemy myśleć o tej książce wnikliwie odczytując jej przewrotny tytuł to od razu będziemy wiedzieć, że ta historia przyniesie nam opowieść o relacji starej jak świat, a co najmniej relacji znanej od starożytności - kiedy to czczono tam koty jak bogów - gdzie nie człowieka ma swojego kota ale to kot ma człowieka. I na wiadomych zasadach - jako służbę dostosowującą się reguł gry. A reguły ustala i „pisze” swym zachowaniem właśnie domowy KOT. W tym konkretnym przypadku to kot miał swojego Dziadka. Owszem, jest i Babcia, ale to Dziadek jest przedstawicielem tej bystrzejszej odnogi ludzkości bowiem w moc ujął co chce od niego kot i jak ma mu służyć aby wszystko szło gładko i prosto bez większych konfliktów. Bo uwierzcie - kto nie ma kota to może nie wie - ale zatargów z naszymi mruczkami zaprawdę nie chcemy mieć, a tym bardziej wchodzić z nimi na ścieżkę wojenną, gdy dzielimy wspólnie dom i życie. Z góry ta walka będzie skazana na porażkę. A jaka dokuczliwa…

Regina Golińska-Barancewicz (prywatnie opiekunka kotów Nikity i Diega - prototyp bohatera tej historii) w „Dziadku naszego kota” wciąga nas w pasjonującą historię opieki nad kotem - rzez tzw czynnik zewnętrzny, niezaznajomiony dokładnie z obiektem opieki - czyli klasyczna sytuacja, którą przeżyło (oby bez uszczerbku na duszy i ciele) wiele polskich rodzin, gdy dziadkowie wyjeżdżają podreperować zdrowie nad morze a w tym czasie opiekę nad pupilem przejmują dorosłe dzieci i wnuki. Taki schemat działań mamy i tutaj co oczywiście się bardzo chwali, że rodzina chce w tym czasie podjąć trud dogodzenia kotu, dla którego nieobecność najbliższych to duży stres i smutek. Jak wiadomo koty to zwierzęta ponad wszystko ceniące rytuały i stały plan dnia. Taki naprawdę stały, bez odchyleń. Kiedy tego nagle braknie czują się bardzo zagubione, nieszczęśliwe i mogą nawet podupaść na zdrowiu. Nikt by tego nie chciał. Zatem córka Dziadka z dziećmi deklaruje, że na czas nieobecności rodziców zajmą się domowym jedynakiem, aby nie byłemu smutno i źle.

Wszystko wydaje się być na dobrej drodze, ale… nie mamy do czynienia z potulnym, zastraszonym tygryskiem. Nie jest to też kot o długim stażu w tej rodzinie. Jak dowiadujemy się w początkowym rozdziale Kot (bo takie imię jest używane, gdy mowa o naszym, bohaterze) to przedstawiciel rasy ragdoll - o sporych, puchatych gabarytach, długowłosy - co jak się okaże stwarza w pewnych okolicznościach niemałe problemy - ale jak mówi charakterystyka rasy: ufne, łagodne, towarzyszące człowiekowi na każdym kroku. Hm… czy rozpoznaję w tych cechach Kota? Nie do końca, bowiem Dziadkom trafił się naprawdę charakterny egzemplarz. Królowie, faraonowie czy cesarzowie przy nim to mało wymagający władcy.

Nowi czasowi opiekunowie (choć to nie jest adekwatne słowo, bo bedą musieli harować jak najniżej stojąca w hierarchii służba czy niewolnicy) chyba nie do końca zdają sobie sprawę na co się piszą. Dziadkowie wyjeżdżają nad Bałtyk, a dla ułatwienia sprawy i szybkiego dotarcia się w pierwsze trudne dni Dziadek zostawia w kuchni 15-stronicową „instrukcję obsługi” pana Kota, co by jak najmniej jemu było źle, a im jak najlżej. Czyżby?

Powieść zaczyna się od letnich wakacji. Wtedy rodzina w komplecie spędza miło czas, wyjeżdża rownież na wakacje nad morze syn nawet zaliczy fajny letni obóz. Mamy tam Mamę, tatę, syna i córkę. Oraz w szybki tempie do stanu liczebnego rodziny dochodzi kanarek i chomik. Miała być świnka morska ale Mama obawiała się czy ptaszek nie przypłaci tego życiem. Na kota czy psa absolutnie nie wyrażali zgody. Ale kotek jest u dziadków. Więc jak to fajnie będzie choć czasowo tam zamieszkać i się nim zająć. Plan był sympatyczny i bajkowy. Wyjeżdżała Mama z dwójką dzieci. Co mogło pójść nie tak. Wręcz idylla.

Czar pryska, gdy zaczynają czytać sobie na głos nakazy i zakazy, których mają się trzymać podczas wspólnego mieszkania z Kotem, przy okazji zapoznają się z zasadami karmienia, czyszczenia kuwety, czasu rozrywki, higieny i snu. Tak, nawet higieny i niech was nie zmyli wiedza że koty same dbają o swoją czystość. Kot ma z tym jeden malutki, ale bardzo doskwierający ludziom problem.

Praktyka pokazała, że przez rok Kot nie do końca dogadywał się z Babcią i nie był zachwycony tym jak się nim opiekuje, ale gdy raz wydarzyła się okazja i Babcia wyjechała na krótko to w tym czasie nastąpiła niesamowita zmiana  i doszło do uraldu. Paktu czy jak to inaczej nazwać i odtąd dziadek i Kot byli największymi przyjaciółmi i tylko dziadek wiedział co Kotu do szczęścia potrzeba i tak odtąd postępował. Dla Kota to był idealny układ. Dziadek służył tak jak Kot zagrał - nieważne jak wymyślne były jego wymagania. Nie chcę za bardzo nawet na przykładach podawać co życzył sobie kot, bo zepsuję całą przyjemność czytania i to lektury przy której gwarantuję, ze będziecie wybuchać salwami śmiechu. A kto ma w domu kota czy koty to wszystko przełoży sobie na swoje relacje i ∂oświadczenia. I na pewno się w tym odnajdzie i poczuje jak u siebie. Bo jak mocno byśmy publicznie nie chcieli się do tego przyznać - prawda jest jedna - służymy kotom uniżenie i bez zająknięcia. Nie wszystkie - ale spore grono przedstawicieli kotowatych maksymalne nami manipuluje.mają z tego doktorat a nawet profesurę.

Mama z dzieciakami wpadła z deszczu pod rynnę. Nie mogła uwierzyć co mają psy tym kocie robić. Pierwsze dni i noce to była katorga, orka i mordęga. Wrażliwsze dzieci martwiąc się o stan Kota i to że dziadek by się tym martwił naprowadzały mamę na prostą i błagały by trzymała się zasad. Ona jednak uważała, ze dziadek dał się całkowicie zamknąć pod koci pantofel a raczej kocią łapę i zwariował robiąc te wszystkie rzeczy.  Ale jak praktyka pokazała, nawet przy ludzkim buncie Kot sobie doskonale radzi i zna techniki takie które szybko nauczą ludzi, że nie warto z nim zadzierać.

Najciekawsze jest to jak przez kolejne rozdziały będziemy świadkami przemiany. Początkowa katorga usługiwania Kotu według spisanych zasad przeradza się nie tylko w sprawne działanie co daje szczęśliwego kota w domu ale i zaczyna pobudzać do usprawnienia jeszcze tych relacji, polepszenia bytu kota i czynienia wielkich zakupów. Finałem historii będzie 15 punktów spisanych  prze mamę dla dziadka powracającego do domu znad morza. Genialne  trafne i takie życiowe w kontekście całej tej historii.

Bardzo podobają mi się imina jakie nadali Kotu bohaterowie. Narratorem opowieści jest syn. Kot dla babci był zawsze Łobuzem (szybko wychodzi na jaw dlaczego), dla Mamy Kitku, dla syna Share Khan (tygrys z „Księgi dżungli”) a dla jego młodszej siostry Ulki to po prostu - i to się wypowiadała na jednym wydechu - PuszystyOgonekNiebieskieOczkoOstryPazurek. NIe zdziwicie się gdy to imię zmieni się minimalnie po przygodzie z kuwetą i niezbędną akcją kąpielową na PuszystyOgonekNiebieskieOczkoBardzoOstryPazurek. Kto próbował myć / kąpać/ czyścić kota ten wszystko wie.

O samej strukturze książki muszę powiedzieć dwa słowa. Mamy tu tylko 10 rozdziałów ale czytając je zmienia się momentami czcionka i sposób narracji. Generalnie o czasie pobytu w domu dziadków opowiada ich wnuk. Jest to wciągające i czyta się jednym tchem ale gdy przechodzimy do fragmentów gdy do głosu dochodzi Kot i jego sposób widzenia świata i relacji z ludźmi to jest to prawdziwy pisarski majstersztyk Autorki. Śmiałam się non stop. Książka poprawi humor w najczarniejszy dzień, jest opowieścią dla całej wielopokoleniowej rodziny, mogłaby być czytana na głos wspólnie i komentowana, a jeśli odbywa się to w zakonnym domu to gwarantuje salwy śmiechu.

Bardzo podobają mi się też ilustracje z Kotem Huberta Grabczaka. Świetnie oddał mimikę kocią i pełną paletę jego odczuć w stosunku do niezsubordynowanych ludzi. Kot mówi o nich: „śmieszne dwunożne istoty”, „zastępczy człowiek”, „mój osobisty człowiek”. Tylko o dziadku mówił” „Mój ukochany Człowiek”. Książeczka pokazuje też znane zjawisko, że nawet najtwardsi przeciwnicy kotów albo tacy, którzy uważają że są w stanie kocha wychować i dostosować pod swoje reguły życiowe prędzej czy później poniosą sromotną porażkę, a jeszcze jest bardzo prawdopodobne że staną się takimi samymi ślepymim wyznawcami kotów jako gatunków jak cala reszta ludzkości.

Autorka genialnie to wszystko wplata w rozwój wydarzeń, stopniuje napięcie, humor, a my jako czytelnicy dajemy się całkowicie wciągnąć w tą przygodę. Jako kociara jestem zachwycona i polecę ten tytuł każdemu miłośnikowi mruczków. Może ktoś bez kota uzna wymagania Kota za dziwactwa i fanaberie, ale dla mnie to wszystko było tak klarowne i oczywiste.

Reasumując: Latarnica poleca!

Podstawowe dane książki

Tytuł: „Dziadek naszego kota"

Autor: Regina Golińska-Barancewicz

Ilustracje: Hubert Grajczak

Seria: To lubię!

Wydawca: Wydawnictwo Literatura, Łódź 2026

Objętość:  112 strony

Wydanie: I

Kategoria wieku: przedszkolny/wczesnoszkolny (+9, +12))

Oprawa: twarda

Format: 150 x 210  mm

Poniżej okładka front i tył:

Poniżej piękna wyklejka i spis treści:

Poniżej wybrane rozkładówki książki, w tym moja ulubiona historia z nocnym krojeniem rybki  dla Kota :)

Poniżej sesja z moją modelką Myszą - adopciakiem ze schroniska:

Fot. Latarnica / marzec 2026


Dziękuję Wydawnictwu Literatura  za możliwość zapoznania się z tą piękną książką i egzemplarz recenzencki. Więcej książek wydawnictwa znajdziecie na wydawnictwoliteratura.pl


Zdjęcie na niedzielę - 29 marca 2026

Na ostatnią niedzielę marca przeękne nocne ujęcie latarni w Świnoujściu. Przez różnego rodzaju źródła światła i ich kolory to co się dzieje na wodzie jest wspaniałą grą barw i dodaje temu kadrowi uroku.

Fot. Wojciech Kurdek / 8 marca 2026


Krokusy pod latarnią... WIOSNA!

KIedy u podnóża latarni w Kołobrzegu kwitną krokusy, a wieżę spowija mgiełka i przez chmury przebija nieśimało słońce wiadomo, że wiosna już na wybrzeżu zagościła. Dziś kilkanaście kadrów z wczesnowiosennego Kołobrzegu, bowiem zdjęcia powstały w dzień astronomicznej wiosny.

Fot. Lidia Czuper / 20 marca 2026


Latarnia z kalendarza - marzec 2026

W marcu na karcie kalendarza pojawia się wizernek latarni z Nowej Szkocji - Peggy's Cove Light. Poniżej karta kalendarza:

Poniżej dwa widoki lotnicze z marinas.com

W 2021 roku przy latarni zbudowano platformy widokowe: (fot. Google)

 

Poniżej 6 ujęć latarni i detali z wikipedia.org:

Latarnia ta była już wykorzystwyana w kalendarzu z 2019 i 2023 roku (w obu latach w miesiącu kwietniu). Więcej Informacji znajdziecie o niej w archiwalnych wpisach:

https://latarnica.pl/2019/04/22/latarnia-z-kalendarza-kwiecien-2019/

Oraz tutaj z 2023 roku:

https://latarnica.pl/2023/04/10/latarnia-kwietnia-2023/

Poniżej street view i widok satelitarny z Google Maps:

 


Latarnica poleca [78]

A gdyby tak wywrócić nasze życie do góry nogami? Nie, nie moje czy twoje, ale tak globalnie całej ludzkości. A dlaczego robić taką rewolucję? Bo blisko nas żyje gatunek tzw. zwierzęcia towarzyszącego, który jako jedyny wie o co w tym życiu i relacjach chodzi. Kogo mam na myśli? Kota domowego (Felis catus) oczywiście! Nie wierzycie? Zatem zapraszam was do sięgnięcia po książkę Joanny Szczerbaty pt. „Panie kocie, jak żyć?” Kluczowa jest tu dalsza część opisowa tytułu to znaczy „Przewodnik po równowadze, odpoczynku i codziennych przyjemnościach”. I chyba od razu wszystko staje się jasne. Kiedy słyszę te trzy słowa klucz: równowaga, odpoczynek i przyjemność to w ostatniej kolejności kojarzyłabym je z człowiekiem. Niestety. Za to momentalnie widzę tą przekochaną puchatą kulę perfekcji natury w każdym calu – czyli kota.

Jestem w tej szczęśliwej grupie odbiorców tego poradnika, której z pewnością łatwiej przyjdzie przyswoić podejmowane w nim treści, bowiem mam w domu na co dzień wzorzec właściwych zachowań czyli dzielę swoje życie z kotem. To już mój drugi kot więc wszystko jest ciut łatwiejsze, choć i tak często zaskakuje i pozostawia mnie w milczącej zadumie. W tej samej grupie jest również Autorka, bo mieszka z nią Biały i Czarny – dwa cudowne mruczki, które zdominowały jej media społecznościowe. Ale wiadomo nie od dziś, koty rządzą i światem i internetem. Nikt tego nie przeskoczy i nie zmieni.

Książek typu „bądź i żyj jak kot” – przeczytałam już kilka, bo i tematyka nie jest na rynku obca, ani po raz pierwszy poruszana. Ale poradnik Joanny Szczerbaty wyróżnia się wśród innych pomysłem na strukturę książki, lekkością podanego tematu (mimo, że często porusza sprawy trudne), prostym, zrozumiałym językiem co trafia od razu z przekazem i daje węcz porządnego kopa do pracy nad sobą samym. Osobno podkreślić trzeba, że w najważniejsze aspekty naszego życia wprowadza nas fantastyczny koci narrator - prezentując swój osobniczy punkt widzenia (ten jak wiadomo WZORCOWY, niedościgniony całej ludzkości). O my istoty marne i niedoskonałe! Co my wiemy? Wszystko to mrzonki i fałsz. Ale nie popadajmy w pesymizm - jest dla nas ratunek i są nim koty.

Kto ma kota ten wie – jesteśmy nieustannie obserwowani przez domowego tygrysa. Chciałabym napisać, że tylko od chwili, gdy się obudzimy. Ale nic bardziej mylnego. Ileż to razy zostaniemy wyrwani z głębokiego snu, bo instynktownie czujemy, że ktoś się w nas intensywnie wpatruje, gdy śpimy. Zatem posiadamy stały 24-godzinny nadzór, ale i... – tak, przyznajmy się – ocenę przez zwierzę, które najlepiej wie jak ogarniać cały ten życiowy bałagan. 

Kolejne rozdziały poruszają konkretne aspekty życia ludzi i kotów oraz zestawiają nasz i koci sposób radzenia sobie z danymi problemami. Wskazują także kluczowe i pożądane zachowanie w kontekście opisanych przykładowych sytuacji. Oj bladziutko wypadamy! W zasadzie nie jesteśmy godni podawania kotom przysmaków, bo każda prosta czynność, której się oddajemy nie idzie tak jak powinna. Jesteśmy mistrzami konfliktów, nadmiernych emocji, rozpamiętywania, powtarzalności błędów, hałasu lub cichych dni albo wyolbrzymionej autodramy. Koty patrzą na nas – głównie z poziomu górnych półek szaf – bo lepiej być ciut dalej i na dystans od takiej bomby negatywnej energii jaką jest człowiek. Zakręceni w cotygodniowych obowiązkach walczymy z kołowrotkiem myśli i przypuszczeń, bo ciągle coś gdybamy i czarno widzimy, choć nie mamy pewności, że się to tak naprawdę zdarzy.

Gdyby tak nas posłuchać to wszystko jest przeciwko nam i nikt nas nie rozumie. Same kłody rzucane pod nogi i absolutnie nie potrafimy wyluzować i robić to co jest dla nas naprawdę dobre. Koty wręcz patrzą na to z litością. No bo jak tak można? U nich nie ma fałszu, zakłamania, udawania. Wszystko czyste i jasne, a nadrzędną sprawą jest spokój, odpoczynek, posiłek - celebrowane z należytą uwagą i pełnym poświęceniem czasu. Nie rozpraszają się wtedy innymi rzeczami.A my? Ech, szkoda pisać… Gatunek tak wysoko rozwinięty, który eksploruje kosmos i skomplikowane dziedziny nauki, a nie potrafi ogarnąć, że po niedzieli naprawdę przyjdzie poniedziałek i cud się nie zdarzy. Dlatego koty proponują nam, abyśmy każdy dzień traktowali jak sobotę czy piątek wieczór (weekendu początek), bo jak wiadomo dla człowieka niedziela to już dramat, bo zaraz zacznie się nowy tydzień pracy.

Spójrzmy na ten poradnik jako całościowe dzieło. Na okładce i wewnętrznych skrzydełkach zobaczymy koty Autorki. Tak, tak - mamy tu kocią czerń i biel, jing i jang. Każdy tytuł rozdziału okraszony jest graficznie kocimi wąsami. I bardzo dobrze, bo to tak ważny i czuły koci organ, a nasze ludzkie wąsy to śmiechu warte dodatki. Na nic nieprzydatne i nic nie mówiące, chyba że je mocno czymś pobrudźmy.

Niejako prolog do każdego rozdziału wyraźnie wyróżnia się czcionką. To tam znajdziemy ten mądry, właściwy koci punkt spojrzenia. Mruczący narrator opowie nam jak wygląda idealna recepta na dobre i godne podejście do kluczowych spraw. Ale zaraz potem przechodzimy na nasz ludzki grunt i zazwyczaj tam robi się ciężko od emocji i porażek. Ale nie wszystko stracone. W podrozdziałach Autorka wskazuje na ścieżki rozwiązania wielu problemów, pokazuje pewne ćwiczenia, zadaje pytanie, na które możemy sobie odpowiedzieć i znaleźć się o krok bliżej kociej natury i dobrego przeżywania swego życia. 

Część opowiadana przez kota to zabawnie ujęta obserwacja gatunku dwunogów, którzy pałętają się po mieszkaniach dzieląc je często z kotami, a te mruczki nijak nie mogą się nadziwić powtarzalności naszych błędów i pomyłek oraz częstej grze udawania i nieszczerości względem siebie. Kolorowe strony z krótkimi wybranymi cytatami wyciągają te najważniejsze prawdy. Choćby dla nich samych warto wracać do tej lektury, ponownie ją przekartkowywać, wybierać sobie rozdziały pod kątem tematycznym, co akurat nas w danej chwili gryzie. Pod tym względem poradnik Joanny Szczerbaty jest uniwersalny i do wielokrotnego korzystania.

Nie wiem tylko jak po zapoznaniu się z jego treścią poradzą sobie ci czytelnicy, którzy na co dzień kota nie mają. Jak podkreśla Autorka na samym końcu - to co przeczytaliśmy powinno od razu jasno nas skłonić do refleksji, że Kota w życiu mieć trzeba. Ten spokojny obserwator, domowy mistrz medytacji może nas swoją rutyną dnia i podejściem do wielu spraw zainspirować i cenne rzeczy nauczyć. W realu wyglada to tak, że bardzo jesteśmy daleko od kociej natury i tym samym tak bardzo męczymy się często sami z sobą i swoim życiem. A wystarczyłyby drobne korekty sposobu myślenia i patrzenia. Koty - nie dość że są tak doskonałe w ciele - to duchem mogą nas zawstydzić. Wiedzą, że nigdy nie należy marnować życia - dla nich posiłek, sen, mycie się, patrzenie z okna czy zabawa (a może to być czasami tylko sama obserwacja niedoszłej ofiary wzrokiem - a już kot ma za sobą etap polowania w warunkach domowych zaliczony) to zajęcia, którym należy się w danej chwili poświęcać w 100%. My latamy od samego przebudzenia jak przysłowiowy „kot z pęcherzem”, budźmy się na dziwne głośne sygnały budzików, zrywamy, łapiemy w tym czasie pięć srok za ogon i z niczym nie zdążamy. Kot otworzy w tej samej chwili jedno oko na sekundę i wróci do snu zniesmaczony naszym szaleństwem. 

Człowiek i kot stoi na dwóch biegunach. Ale żyją często obok siebie, kochają się i kot stara się nas naprowadzić na właściwą ścieżkę. Część kocich opiekunów jest pojętna i nauczy się czegoś. 

Ważne lekcje to z naszych relacji do zapamiętania:

  • Zwolnić
  • Uśmiechać się do tych, do których faktycznie chcemy
  • Być szczerym w słowie i działaniu
  • Celebrować dzień i małe przyjemności
  • Kochać normalnie i trwale, a nie na warunkach
  • Nie chować emocji w sobie
  • Zapomnieć o wstydzie, być sobą bo jesteśmy doskonali sami w sobie

Część osób nigdy nie zrewolucjonizuje tego pędu. Ku czemu? Kto to wie… Tak już jest i tak będzie. Wypjana na jednej nodze poranne kawa, bez przyjemności, bez zastanowienia się nad wyborem filiżanki. Dla kota to nie do pomyślenia by posiłek nie był rytuałem pełnym spokoju.

Osobiście czytając tą książkę robilam sobie notatki i podkreślenia ołówkiem na marginesach. Tak wiele było trafnych zdań i celnych uwag, że bałam się, iż potem już je nie wyłapię, a są dla mnie ważne i pomocne. Myślę, że większość czytelników co chwilę poczuje, że to jest o nich samych i często też w duchu się zawstydzi ,że faktycznie tacy są i tak postępują.

Bardzo poruszylo mnie to proste zdanie:

"Bycie sobą to wielkie pragnienie człowieka, a u kota to całkiem zwyczajny dzień"

Dzięki „Panie kocie, jak żyć?” już wiem, co mogę drobnymi krokami wprowadzić do swojego harmonogramu dnia i rytmu tygodnia. Poza tym mam małą burą terapeutkę, która nie raz mnie zatrzymała w mych zapędach zarobienia się obowiązkami domowymi. A ona przychodziła, patrzyła głęboko w oczy, wskakiwała na kolana udeptując je i cały świat się zatrzymywał. I było pięknie i przyjemnie. I nie brakowało już iych niezrobionych spraw. Mogły zaczekać. Naprawdę MOGŁY.

Życzę wszystkim, aby w tej lekturze odnaleźli odpowiedzi, dziękuję Autorce, że zechciała zainspirować się swoją relacją z kotami i połączyć ją z wiedzą i doświadczeniem psychologa i terapeuty.

Jeśli interesują was rownież inne publikacje Autorki zachęcam do śledzenia jej profilu na facebooku i instagramie (fb: www.facebook.com/joanna.szczerbaty.1, IG: szczerbatyjoanna).

Reasumując: Latarnica poleca!

Podstawowe dane książki:

Tytuł: „Panie Kocie, jak żyć? Przewodnik po równowadze, odpoczynku i codziennych przyjemnościach"

Autor: Joanna Szczerbaty

Projekt okładki:  Marcin Jakubionek

Wydawca: Mando, Kraków 2026

Seria: MANDO Inside

Gatunek: poradnik

Objętość:  208 stron

Wydanie: I

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Format: 140 x 200 mm

Poniżej okładka front i tył:

Poniżej spis treści (fragment):

Poniżej wewnętrzne strony okładki ze skrzydełkami i ich detale:

Poniżej wnętrze książki i detale graficzne rozdziałów:

Poniżej sesja z moją domową modelką i terapeutką na co dzień – kotką Myszą adopciakiem ze schroniska:

Fot. Latarnica / marzec 2026


Dziękuję Wydawnictwu MANDO za możliwość zapoznania się z tą książką i egzemplarz recenzencki. Więcej książek wydawnictwa znajdziecie na mando.pl


Zdjęcie na niedzielę - 22 marca 2026

Zima potrafi dać się we znaki, zwłaszcza niskimi temperaturami, do których jakoś wciąż nie możemy przywyknąć. Tak było na szczęście nie w tym roku, ale 8 lat wstecz - latarenka portowa we Władysławowie - cała skuta lodem, ale bardzo fotogeniczna. Przebywanie w jej pobliżu jest wtedy niebezpieczne ,bo mżna łatwo zsunąć się do kanału portowego.

Fpt. Kasia Foigt - Fotografa Nadmorska


Na Rozewiu koniec zimy

Wreszcie na wybrzeżu zawitały roztopy. Biały śnieg który, dotąd pokrywał wszystko grubą warstwą odszedł w siną dal. Mam nadzieję, że wiosna już na całego zawitała na wybrzeżu i nie powróci, choć niestety czasami lubi do maja jeszcze sypnąć na biało.

Poniżej Przylądek Rozewie i jego dwie latarnie w dniu 15 marca br. Po śniegu nie ma śladu. Aleja wiodąca do Rozewia II jeszcze nieosłonięta cieniem koron drzew, wszystko w stanie surowym, ale czekające w bloku startowym by ruszyć do wosennego przebudzenia i odrodzenia. Ja się z tego powodu bardzo, bardzo cieszę. Wiosno przybywaj z całą mocą!

Fot. Lidia Czuper / marzec 2026


Ostatnie migawki z zimowego Jarosławca

To już z pewnością ostatnie migawki z wybrzeża w charakterze zimowym. Fotografie postały 21 lutego br., ale mamy już niemal miesiąc później i wiosna za oknem pomału się rozkręca. Za 3 dni przybędzie już tak na dobre i pożegnamy porę roku zimę! Nareszcie! Zbyt długo było zimno i zbyt wiele śnegu tej zimy. Ja osobiście tęsknię do ciepłych zim. Śnieg nie jest mi do życia potrzebny na co dzień.

Poniżej - wciąz w remoncie - latarnia w Jarosławcu.

Fot. Lidia Czuper / luty 2026


Latarnica poleca [77]

Jeśli ktoś kocha tak jak ja astronautykę, misje kosmiczne i... koty to nie ma możliwości by zapomniał o wydanym w 2023 roku  przez Wydawnictwo Bis 1 tomie przygód Kociołka - astroMIAUty. Tak, trzy lata minęły raz dwa, jak misja kosmiczna i pobyt bohaterów na orbicie, a ja w końcu doczekałam się kontynuacji. Prawie, że biegnąc dopadłam na początku marca paczkomatu i wyszarpnęłam z przegródki kopertę z "Nową misją astroMIAUty". Od razu po rozpakowaniu było oglądanie ilustracji, przekartkowywanie, wąchanie świeżego druku i głębokie oddechy by uspokoić walące serce. Ale stało się. Książka już przeczytana (oczywiście w towarzystwie kota drzemiącego na kolanach) i wypada mi teraz zebrać myśli i pomyśleć tak globalnie o drugiej kosmicznej przygodzie kota Kociołka.

Podejrzewam, że musi to być coś wspaniałego mieć taką całościową kontrolę nad ostatecznym dziełem, bowiem Autorka Marta Rydz-Domańska nie tylko pisze teksty, ale i je ilustruje (i to jak!). A ma w domu niezłego gagatka modela, który idealnie służy jako baza do książkowego bohatera. Zatem obserwując dalej kociego towarzysza losu dała się ponieść fantazji i ponownie wysłała Kociołka w kosmos. Podejrzewam że etykietka astroMIAUty przylgnęła już na trwałe i nie będziemy mogli spodziewać się ziemskich przygód kocurka a poznamy teraz i w przyszłości tylko jego pozaziemskie przygody. Dla mnie to wielki atut, bo połączenie tych dwóch światów to coś co mnie fascynuje i bardzo cieszy.

Myślę, że każdy opiekun kota chciał kiedyś (a zapewnie nie raz i nie dwa) wysłać swojego mruczka w kosmos. Dość miał już jego psot, pobudek w środku nocy, arii wczesnoporannych, przekopów kuwetowych ladym świtem na drugą stronę ziemskiego globu. Ta, sama miewam czasami takie pomysły. Ale kota Kociołka nikt nie wysyła na orbitę księżyca bo ma go dość i chce się go pozbyć. Wręcz odwrotnie. W drugim tomie jest już o to bardzo proszony. Jak pamiętamy z pierwszej przygody trafił na stację kosmiczną przypadkiem. Po tym co przeżył i jak wpłynął na jej przebieg nikt już teraz nie będzie się migał od jego obecności. Obłaskawiony stosownymi argumentami (jedzonko, zabawki, obecność swojej Pańci) wyrusza na pokład znanej już sobie orbitującej stacji (sam miewa dylematy czy dom to już ta stacja czy to co zostawił na ziemi) w towarzystwie identycznej ekipy, a więc jak na kota warunki idealne - bo wszystko jest znajome i niejako już okocone. A rutyna i znane opisane przez pocieranie pyszczkiem wnętrza i urządzenia to to co mruczki lubią najbardziej, aby czuć się dobrze i pewnie.

Co mogę napisać o aktualnej przygodzie astroMIAUty? Nie chcę oczywiście za dużo zdradzać, bo po co psuć zabawę i przyjemność przechodzenia przez kolejne rozdziały. Tajemnicą nie jest, że bohater po raz drugi bierze udział w kosmicznej misji. Tym razem nie jako pasażer na gapę, ale pełnoprawny chciany członek załogi. Jak bardzo zależało Agencji Kosmicznej by zwerbować Kociołka? Bardzo bardzo! Czego najlepszym dowodem jest skonstruowanie specjalnie na tą okazję kociego transportera w kształcie pojazdu kosmicznego. Transporter jest nawet personalizowany, bo przy wejściu widzimy tabliczkę „Pierwszy astroMIAUta”. Jak się okaże w kolejnych rozdziałach - fakt zaproszenia Kociołka był kluczowy - bo oczywiście że nic nie może się udać bez kociej ingerencji. W historię drugiej misji Autorka wplata ciekawe informacje związane z pobytem człowieka w kosmosie. Dowiemy się tym razem o tzw. kosmicznych śmieciach, stanie nieważkości, niebezpieczeństwach czyhających na stację gdy aktualizuje się oprogramowanie, sposobach na ratowanie zanieczyszczonej wody oraz co można zrobić, gdy ludzki załogant czuje się źle psychicznie. Mamy też miły akcent dotyczący naszego kosmonauty Sławosza Uznańskiego-Wiśniewskiego, który był drugim Polakiem w kosmosie, a wszystko działo się w minionym 2025 roku. Kto śledzi astronautyczne nowinki ten wie. W „Nowej misji astroMIAUty” przeczytacie o zdarzeniach, które są niebezpieczne,  a tym samym my jako czytelnicy zaczynamy odczuwać pewien dyskomfort, będą też akcenty smutne, alarmujące, ale dla równowagi pojawi się wiele przemiłych żartów z Kociołkiem w roli głównej. Bo gdzie kot tam i uśmiech.

Chciałabym również podkreślić, że każdy kociarz rozpozna, że Autorka dzieli swoje życie z mruczącym sierściuchem. To jak o nim pisze (różne zachowania, rytuały, reakcje w określonym kontekście zdarzeń, detale wyposażenia kociego ekwipunku - np. ważność obecności pluszowej myszki ponad wszystko, kuchnia jako najbardziej strategiczne pomieszczenie) od razu pozwala rozpoznać „swego” człowieka, który niejedno z kotami już przeżył i widział. Nas kociarzy mało co zadziwi. Kot domowy - Felis catus - to tak nieprzewidywalne zwierzę, że jeśli wrócilibyśmy do domu, a kot rozmawiałby na środku pokoju z kosmitą - uszłoby mu to w granicach normy. Jeszcze dołożylibyśmy im obu tylko do miski aby nie chodzili głodni. Tak więc oddanie cech bohatera jest idealne i pozwala się tak bardzo poczuć jak u siebie w domu, choć jedyną innością będzie to, że nasze koty nie lecą w kosmos. Ale to przecież drobiazg!

Na koniec chciałabym po lekturze obu tomów przygód Kociołka sformułować dla krnąbrnych i mało bystrych (w stosunku do kotów!)  ludzi 5 PRAW astroMIAUtyki. Może wejdą kiedyś w naukowy kanon wiedzy.

1/ Misja kosmiczna w składzie wyłącznie ludzkim skazana jest z góry na niepowodzenie.

2/ Gdzie astronauta nie może tam astroMIAUTE pośle.

3/ Na niedyspozycję załogi jedyna i słuszna metoda - kototerapia.

4/ Zabawa z kotem na pokładzie stacji może podsuwać najlepsze rozwiązania dla naprawy problemów bieżących  i o wadze kosmicznej mogących wpłynąć na bezpieczeństwo i realizacje celów misji.

5/ Agencja kosmiczna NASA powinna na stałe zatrudniać na etatach koty jako najbardziej fachową pomoc ogarniającą całościowo prace naziemne przed lotem jak i te wykonywane w kosmosie.

Myślę, że wprowadzając w życie te postulaty bylibyśmy spokojniejszy o rozwój astronautyki i przebieg każdej nowej misji, a procent niebezpieczeństwa zmalałby znacząco. Kociołek pokazuje na każdym kroku, że obecność kota jest kluczowa w przestrzeni kosmicznej. Żegnając się z bohaterem, który musi odpocząć i dojść do siebie po kolejnej ważnej misji ja nieśmiało już wypatruję kolejnego tomu jego przygód. Bo loty w kosmos to nasza przyszłość, a astronautyka jest bardzo rozwojową dziedziną nauki. Ogromna prośba do Autorki: my Czytelnicy i miłośnicy kotów chcemy więcej! Mrauu!

A co do okładki i ilustracji  - w przypadku pani Marty muszę to zawsze podkreślić - jest fantastyczna w tym co robi. Ogląda się każdą stronę jak obrazek, który można by samodzielnie oprawić i powiesić na ścianie, a kolejne odsłony tej przygody to jak kadry dokumentu relacjonujące wydarzenia na stacji. Przepiękne i tak bardzo w mojej estetyce! Sam kot - rewelacja. 100% kota w kocie.

Reasumując: Latarnica poleca!

Podstawowe dane książki

Tytuł: „Kocioł nowa misja astroMIAUty" (tom 2 cyklu)

Autor: Marta Rydz-Domańska

Ilustracje: Marta Rydz-Domańska

Wydawca: Wydawnictwo BIS, Warszawa 2026

Objętość:  72 strony

Wydanie: I

Kategoria wieku: przedszkolny/wczesnoszkolny (ok. 4–8 lat)

Oprawa: twarda

Format: 165 x 235 mm

Poniżej okładka front i tył:

Poniżej Kocioł to już seria - obecnie mamy już dwa tomy i urocza wyklejka:

Poniżej wybrane rozkładówki i przepiękne zakładki opracowane by umilić nam lekturę:

Ponizej sesja z moją domową modelką i moim burym "kociołkiem" - kotką Myszą (i Myszka pozazdrościła Kociołkowi i została astroMIAUtką):

Fot. Latarnica / marzec 2026


Dziękuję Wydawnictwu bis za możliwość zapoznania się z tą piękną książką i egzemplarz recenzencki. Więcej książek wydawnictwa znajdziecie na wydawnictwobis.com.pl

Zainteresowanych zachęcam po zajrzenia do archiwalnego wpisu z marca 2024 z recenzją 1 tomu przygód Kociołka:

https://latarnica.pl/2024/03/27/latarnca-poleca-vol-55/

 


Biało w Helu i na Rozewiu

Zima  pomalutku ustępuje więc pewnie już ostatnie białe kadry znad morza. W styczniu w samym Helu przy latarni było tak:

Fot. Baza Oznakowania Nawigacyjnego / styczeń 2026

Na Przylądku Rozewie w ;lutym wciąż mocno trztmały temperatury minusowe, a śniegu było sporo.

Fot. Baza Oznakowania Nawigacyjnego / luty 2026


Latarnica poleca [76]

Tak się złożyło, że w krótkim odstępie czasu przeczytałam dwie książki skierowane do młodego czytelnika, w których ważną dla akcji rolę odgrywało schronisko dla zwierząt. Dwie opowieści, dwie różne historie i odmienne spojrzenie na placówkę dla zwierząt bezdomnych. Po poważniejszej (w mojej opinii) powieści „Bury i Bary. Wilk z lasu i pies ze schroniska” otrzymałam książkę pt. „Raz, dwa psy cztery” Agnieszki Elbanowskiej (obie od Wydawnictwa Bis) – obszerniejszą objętościowo (140 stron), ale zdecydowanie zabawniejszą historię, której humoru dodają główni bohaterowie, w tym szczególnie jeden, zatwardziały optymista i kawalarz jamnik Jupi.

Tytułowe cztery psy poznajemy w okolicznościach nie najlepszych dla ich codziennego bytu. Wszyscy są aktualnie podopiecznymi schroniska dla zwierząt – placówki podupadającej, niedofinansowanej, która wymagałaby gruntownych remontów i zmian organizacyjnych. Schronisko prowadzi dojeżdżający do niego codziennie pan Dyrektor, który lawiruje między nałożonymi na niego przepisami, a pozaprawiem – byle tylko spiąć finansowo kolejny miesiąc i nie dopuścić do potwornych zaniedbań. Ale realia są okrutne. Idzie zima, schronisko jest niedogrzane (brak środków na uruchomienie ogrzewania), karma byle jaka i ledwo starczająca, opieka weterynaryjna na minimalnym poziomie, a chętnych do adopcji tyle co kot napłakał. Stan liczebny zwierząt rośnie (straż miejska wciąż dowozi z licznych interwencji kolejne znalezione lub odebrane psy), a Dyrektor staje na głowie by sprostać obowiązkom, tym bardziej, że nieubłaganie nadciąga kolejna kontrola z urzędu miasta jego skromnej placówki. Od tego i ewentualnie przyznanego dofinansowania zależy jego zawodowy byt i los zwierząt. 

Z braku środków na pracowników od godzin popołudniowo-wieczornych do rana psy są bez nadzoru. Pozamykane w zimnych klatkach próbują przetrwać ten wielogodzinny czas albo szaleńczym szczekaniem i ruchem (w końcu on rozgrzwa) albo notorycznym snem i odwróceniem się plecami do całego świata.

Pośród wielu podopiecznych – w klatkach sąsiadujących ze sobą, a tym samym umożliwiających rozmowy - przebywają nasi bohaterowie, każdy niosący bagaż swojej indywidualnej historii przybycia do schroniska i niechętnie o niej opowiadający. 

Kogo poznamy bliżej? 

Jamnik Jupi – wieczny pocieszyciel, optymista, bomba energii kochająca ludzi – z chorobą kręgosłupa, którą może uleczyć tylko kosztowna operacja oraz z zanikami pamięci, które schowały traumatyczne zdarzenia z przeszłości; nieuleczalnie zakochany w Szarlocie z sąsiedniej klatki

Szarlota – rasowa psia diva, modelka wystawowa i elegantka o ciężkim charakterze, zawsze pierwsza w kolejce do adopcji, bo przecież rasowca ludzie wybierają najszybciej nie bacząc na inne jego cechy, wielokrotna recydywistka powrotów do schroniska, marząca po prostu o wolności

Buldog angielski Dżordż – dobrze zbudowany, starszy wiekiem, o zerowej kondycji, wielkiej silnej i twardej głowie gotowej wyważać kraty, miłośnik snu i odpoczynku, tęskniący za swoim Profesorem z którym dzielił kiedyś życie, pragnący odkryć jak naprawdę wyglądał premier Winston Churchill bo bywa do niego porównywany – przez co wierzący w swą inteligencję i niezwykłe strategiczne podejście do rzeczywistości

Kundzia – psi mieszaniec przez co ma silne geny, odporność  i niezłomność z działaniu; jej celem jest wydostanie się z placówki i odszukanie swojej pani Heni, która trafiła do placówki leczniczej, a rodzina nie chciała przejąć opieki nad pozostawionym w domu psem

Wszystkie cztery psy połączy szybko jedna IDEA: wielka ucieczka i spełnianie swoich marzeń! Chcą to dokonać grupowo, bo co kilka głów to nie jedna. Ale życie zaczyna rzucać im kłody pod łapy. Pierwszą jest szybka adopcja Szarloty i zniknięcie jej z orbity życia zakochanego jamnika. Jupi tym bardziej jest teraz zmotywowany do działań i chętny do porzucenia swej klatki. Swą energią zaraża pozostałych towarzyszy niedoli. Ale uciec z terenu schroniska wcale nie jest tak łatwo...

„Raz, dwa psy cztery” to awanturnicza, pełna akcji i niespodziewanych zwrotów powieść drogi. To wielka ucieczka w psim wykonaniu, zakłaczona sierścią, rozszczekana, rozmerdana ogonami. Szkoda zdradzać cokolwiek z fabuły, bowiem spod pióra Autorki wyszła wielka przygoda do śmiechu i wzruszeń. Dzięki niesamowicie pogodnemu charakterowi Jupiego wiele sytuacji ma posmak lekkości i humoru sytuacyjnego mimo dramatycznych starć ucieczkowiczów z tym co przyniesie im los poza murami schroniska. Bo uciekinierom nie jest lekko. Ciągle pakują się tarapaty, doskwiera im głód, zimno, zagubienie w terenie. Ale od czego mają Jupiego! Ten pies nie pozwoli nikomu się załamać i stracić humor.

Agnieszka Elbanowska nie stroni w swej książce od poważnych tematów. Ale są one podane Czytelnikowi tak przystępnie i tak sprytnie wplecione w akcję, że ciężar pewnych zjawisk nie odczuwa się bardzo dotkliwie. A mamy tu przemycone w psią przygodę opisy sytuacji zwierząt w kiepsko dotowanych schroniskach, problem nieprzemyślanych adopcji i szybkich zwrotów adopcyjnych – często z błahych powodów, zjawisko ludzkiej bezdomności i odrzucenia społecznego, znieczulica rodzin wobec zwierząt towarzyszących członkom swojej rodziny i masowe ich oddawanie lub porzucanie.

Jak pokazuje historia naszych odważnych uciekinierów często więcej empatii i serca okaże ci ktoś kto nie ma wiele lub nie ma prawie nic. Marzenia bohaterów są sterem ich działania, potrafią wtedy dokonywać rzeczy wielkich i heroicznych  – nawet prowadzić samochód! Nie wierzycie? Koniecznie przeczytajcie. Kiedy jedno z nich zaczyna wątpić w słuszność ich działań czy sens marzeń zawsze zostanie postawiony do pionu i zmotywowany.

Nie zdradzę czy 100% psich marzeń zostało spełnionych, czy wielka wyprawa osiągnęła cel i gdzie dotarła zgrana ekipa, a może po drodze każde podążyło osobno za swoim marzeniem?

Na sam koniec muszę podkreślić mój ogromny zachwyt okładką, ilustracjami oraz zakładką do książki, a wszystko pięknie opracowane graficznie i ilustracyjnie spod ołówka pani Niki Jaworowskiej-Duchlińskiej. Jestem oczarowana psimi bohaterami – jak każdy rysunek oddaje ich charakter i witalność albo dostojność. Od razu poszukałam w internecie więcej prac tej artystki. Tworzy wspaniałe obrazy.

Książka ma objętość 140 stron więc dla bardzo początkujących czytających dzieci będzie zbyt dużo tekstu, ale do wysłuchania jest idealna w każdym wieku, a i dorosły czytelnik znajdzie w tej lekturze dla siebie ogromną przyjemność czytania i bez pamięci zanurzy się w przygodzie, która rozwiewa wiatr we włosach. Bo pęd ku wytyczonym sobie celom to jej cecha, a my możemy się jedynie temu z boku przyglądać i poczuć również wielką ochotę na to by bez obaw sięgać do celów i nie iść przez życie w pojedynkę. Wielka wyprawa na kilkanaście łap pozostawi nas z uśmiechem na twarzy.

Reasumując: Latarnica poleca!

Podstawowe dane książki

Tytuł: „Raz, dwa, psy cztery"

Autor: Agnieszka Elbanowska

Ilustracje: Nika Jaworowska-Duchlińska

Wydawca: Wydawnictwo Bis

Objętość: 140 stron

Oprawa: twarda

Grupa wiekowa: 6-8 lat

Format: 165 x 235 mm

Poniżej okładka front i tył:

Poniżej strona tytułowa oraz bohaterowie:

 

Poniżej wybrane ilustrowane rozkładówki:

Poniżej sesja z moją kocią modelką Myszką:

Fot. Latarnica / marzec 2026


Dziękuję Wydawnictwu bis za możliwość zapoznania się z tą piękną książką i egzemplarz recenzencki. Więcej książek wydawnictwa znajdziecie na wydawnictwobis.com.pl


Biało w Ustce

Za oknem coraz cieplej i pogoda już bardziej przypomina wiosnę więc muszę nadrobić zimowe klimaty fotograficzne. Dziś jeszcze biała zimna Ustka z końcowki lutego br.

Fot. Lidia Czuper / 22 luty 2026


Piosenka o Stilo i nagroda dla latarnika za zdjęcie

Kiedy w Radio 357 podczas pracy usłyszałam pierwszy raz nowy utwor Reni Jusis myślałam, że się przesłyszałam słysząc powtarzające się słowo "Stilo". Ale wszystko mi pasowało w tym tekście, morskie klimaty i to że "co się zdarzyło w Stlo zostaje w Stilo."

Poniżej link do oficjalnego videoclipu:

https://youtu.be/KkgVLUUNPY4?si=VtJ-A15K_j122gVE

Przy okazji tematu Stilo jeszcze w 2025 roku miałam was poinformować zże zwyciężką fororfaią IV edycji konkursu fotograficznego „Urząd Morski w Gdyni – ludzie, inwestycje, obiekty. Praca i zadania okiem Pracowników” została praca

LATARNIA STILO NOCĄ - autorstwa  starszego latarnika Damiana Łozickiego ze Stilo

Poniżej zwycięska praca:

Poniżej jeszcze cztery inne kadry nocne Stilo wykonane przze pana Damiana.

 

 

 


Privacy Preference Center