Na taką książkę czekałam. Wydawnictwo, które wypełni lukę pomiędzy wspaniałą relację z przebiegu ścieżki zawodowej amerykańskiego weterynarza Philippa Schotta (Weterynarz z przypadku), a realiami z rodzimego podwórka lekarza weterynarii Łukasza Łebka (Co gryzie weterynarza). Tym razem otrzymujemy opowieść z pierwszej ręki o studiach i doświadczeniach w pracy od szkockiego lekarza zwierząt Garetha Steela. Przeskakuję więc do realiów tego zawodu na Wyspach Brytyjskich i w Irlandii, bowiem właśnie tam Autor szlifował tajniki tego trudnego zawodu.

A realia anglosaskie są zupełnie inne. Nie ma porównania z tym co funkcjonuje choćby w Polsce. Przede wszystkim głęboko rozwinięty jest system tzw. polis ubezpieczeniowych na zwierzęta co na starcie chroni przed błyskawicznym bankructwem. Bowiem ceny usług brytyjskich mogą statystycznego polskiego opiekuna zwierząt zwalić z nóg. Z tego co sama widziałam, u nas polisy dopiero raczkują i mało osób jest do nich przekonanych. W którym kierunku to pójdzie czas pokaże. Ale już widzimy i czujemy po portfelu, że korzystanie z klinik weterynaryjnych może błyskawicznie podnieść nam ciśnienie.

Wymowny jest oryginalny tytuł „Weterynarza na dyżurze” - „Never work with animals”. Choć to taki zabieg przewrotny, bowiem Autor nie wyobraża sobie siebie w innym zawodzie. Obecnie Steel ma już za sobą ponad 20 lat doświadczenia. Ale początki miał trudne i mogły go zniechęcać. Nawet najlepsza nota na studiach nie zapewni praktyki w terenie z konkretnymi przypadkami. A te od pierwszego zlecenia (pacjentem był byk) nie napawały optymizmem.

Od samego wstępu wiemy, z jaką książką będziemy mieć do czynienia. I nie mam tu na myśli, że tytuł sugeruje wspomnienia weterynarza. Wiemy, że mimo radości czy smutku jakie wnosi ten zawód, opowieść Steela będzie okraszona brytyjskim poczuciem humoru. A to gwarantuje przyjemność czytania i lżejszy emocjonalnie odbiór historii tragicznych, które rozładuje sposób snucia opowieści i czasami wręcz czarny humor. Dzięki temu Czytelnik (zapewne wrażliwy na los zwierząt) nie rozpadnie się na kawałki i zamiast zapłakać nad losem ciężko chorego czy uśpionego psa albo kota zachichocze pod nosem.

Ale od razu też naprostuje, że Autor nie podchodzi lekko i ironicznie do powagi wielu opisywanych przypadków. Sam zresztą w codziennej pracy stosuje metodę, że lepiej odciążyć zawiesistą atmosferę i tragizm sytuacji zabawnym komentarzem niż pozwolić zapaść się w dojmującym smutku i niemocy. Opowieść Steela nie jest bajaniem niedouczonego wesołka, a rzetelną historią o tym z czym mierzy się młody, a potem już coraz bardziej doświadczony lekarz weterynarii.

Gareth Steel pracował w zawodzie jako wiejski weterynarz, lekarz w prywatnej klinice, weterynarz na placówce dyżurującej 24 h na dobę, specjalista od zwierząt gospodarskich i małych zwierząt towarzyszących. Odkrywając arkana pracy weterynarza pokazuje, że to ogromnie ciężki zawód zajmujący czas nie tylko w godzinach pracy, bo w jego przypadku nigdy takich nie było. Kiedy oficjalnie kończył dniówki zaczynały się telefony z nagłymi przypadkami, a on sam przechodził w tryb weterynarza pod telefonem dostępnego na zawołanie. Oczywiście wiązało się to z notorycznym zmęczeniem, brakiem snu, niedojadaniem i krążeniem po bezdrożach Wielkiej Brytanii i Irlandii w celu dotarcia do często trudno oznakowanych i niemal niedostępnych gospodarstw. 

I tu dochodzimy do momentu, wspólnego dla wszystkich książek pisanych przez weterynarzy, które było mi już dane przeczytać. Praca w tym zawodzie to przecinające się dwa tory, po których na co dzień podąża lekarz. Jeden to praca z pacjentami. Drugi to ich opiekunowie czy właściciele gospodarstw. O ile w przypadku pacjentów weterynarz po prostu zgodnie ze swoją wiedzą działa to kontakty z ludźmi często stwarzają ogromne problemy. Zaczynając od podważania wysokości opłat za usługi a kończąc na narzucaniu swojej wizji terapii czy chęci uśpienia zwierzaka, który bez problemu nadaje się do szybkiej diagnozy i całkowitego wyleczenia. Po drodze lekarz zwierząt zmierzy się z całym spektrum uwag i zachowań włącznie z utrudnianiem pracy, naruszaniem nietykalności, grożeniem itp. Ludzie (Klienci) są zdecydowanie w tym zawodzie słabszym ogniwem.

Fot. freepik.com [3x]

Ogromnym atutem wspomnień z zawodowych wyzwań jest również edukacyjna rola tej książki. Z jednej strony opisując konkretne przypadki schorzeń i wypadków zwierząt (często tytułem rozdziału jest imię delikwenta) mamy dokładnie przedstawione co się wydarzyło, że wymagało interwencji lekarskiej oraz jakie środki zastosowano bądź jak przebiegały zabiegi chirurgiczne. Jest to bardzo interesujące i czasami – w przypadku zwierząt typu kot, pies, królik – może nam coś zasugerować w postępowaniu z naszymi pupilami, może skłonić do potrzebnej refleksji lub rozmowy z naszym weterynarzem.

Pacjentami Garetha Steela były przeróżne stworzenia małe i duże (niesamowite są rozdziały o poranionych łabędziach, domowym uciekinierze króliku, który utknął w małej przestrzeni, operacji kury nie mogącej znieść jajka, rodzinie z patyczakiem). Mam ogromny szacunek do tzw. weterynarzy wiejskich, bowiem praca z chorymi końmi, krowami, bykami czy owcami to ciężki kawałek chleba i wymaga doskonałej kondycji fizycznej. Opatrywanie i badania poszkodowanych odbywają się często w naturalnym środowisku – stajni, łące, błotnej kałuży czy wręcz na bagnach. Bywa, że pada deszcz czy śnieg, a podstawowym oświetleniem do działań jest latarka czołówka. Po takich doświadczeniach gabinet w klinice jawi się jako iście królewskie warunki.

Książka jest aktualna, bo oryginał wydano w 2022 roku więc opowieść Steela zahacza też o czasy utrudnionej obsługi weterynaryjnej za pandemii COVID-u. Możemy porównać to sobie z tym czego sami jako opiekunowie zwierząt doświadczaliśmy przez ostatnie lata. Bardzo ważne są też treści przemycane w poszczególnych rozdziałach na temat kondycji współczesnego świata pod kątem ekologii, hodowli zwierząt na pożywienie (zasadności spożywania mięsa, diety wege itp.), bezzasadności hodowli określonych ras psów – tylko ku zaspokojeniu próżności ludzi – które już trwale zmutowane są stałymi pacjentami klinik od chwili narodzin, postępu nauki w farmakologii, technice wspomagającej szybką diagnostykę, nowoczesnym chowie zwierząt. Jak podkreśla Autor – to co się sprawdzało 20-30 lat temu nie znaczy, że teraz jest dobre i akceptowalne bo czasy, instrumenty i okoliczności uległy zmianie. 

Identyfikuję się również z Autorem w kwestii adopcji zwierząt towarzyszących. Póki schroniska pękają w szwach lepiej zdecydować się na danie domu psu czy kotu z takiej placówki niż wspieranie hodowli – które jak wszędzie – często niestety są bardziej tzw. pseudohodowlami, gdzie jedynym wyznacznikiem działań jest zysk za każde narodzone stworzenie. W rozdziale temu poświęconym Steel pisze:

[...] A zanim zwrócisz się do jakiegokolwiek hodowcy, proszę weź pod uwagę jedno z wielu wspaniałych zwierząt znajdujących się w schroniskach, które zasługują na kochający dom tak samo jak każdy inny potencjalny pupil. [...] Jeśli zastanawiasz się na zakupem zwierzaka z ras brachycefalicznych dogłębnie przeanalizuj sprawę. Nawet najbardziej egoistyczni z nas dostrzegą, że do wysokiej ceny na metce trzeba doliczyć ogromne rachunki związane z opieką weterynaryjną.

W całej tej opowieści przeplatanej ze zdarzeń pięknych i o budującym zakończeniu z tymi, gdzie nawet lekarz ponosi porażkę, bo często z winy opiekuna nie może już nic zrobić, mamy obraz bardzo obarczającej odpowiedzialnością pracy, w której wciąż tra walka na linii śmierć-życie. Mam ogromny szacunek do przedstawicieli tego zawodu. Tym bardziej, że własnymi metodami muszą komunikować się z pacjentami, którzy nie powiedzą o tym jak się czują ani słowa.

Znaczący dla lepszego poznania specyfiki tego zawodu jest przedostatni rozdział traktujący ogólnie o pracy lekarskiej, którą sobie Autor wybrał. Pisze o kosztach tych mierzalnych i niemierzalnych, o zarobkach weterynarzy (realia Wysp Brytyjskich) w zestawieniu z lekarzami ludzkimi czy prawnikami. Wspomina też o wysokim koszcie emocjonalnym i braku czasu na zwykłe życie prywatne. Kto jeszcze nie wie, dodam że weterynarze to grupa zawodowa najbardziej narażona na samobójstwa. W końcu ich codzienny dzień to prawdziwy rollercoaster emocji - w jednej chwili odbierają poród i widzą cud narodzin by za chwilę przejść do gabinetu i dokonać eutanazji. To nie pozostawia obojętnym nawet największych twardzieli.

A żeby książka nie kończyła się tak bardzo smutno mamy na finał podnoszącą na duchu opowieść o labradorze Billy - niemal wskrzeszonym z martwych. Bo i takie zdarzenia dzieją się za drzwiami klinik, które odwiedzamy z domowymi pupilami.

Weterynarz na dyżurze” nie zawiedzie Czytelnika chcącego zajrzeć za kulisy tego zawodu. Nie zawiedzie też zwykłego zwierzoluba, który nie raz odwiedzał gabinet weterynaryjny. Nie ma na kartach tej książki wybielania prawdy i mydlenia oczu. Autor jest  szczery do bólu, ale przez to wierzymy w każdy prezentowany przypadek. Do tego Gareth Steel jest wspaniałym mówcą na temat swojej pracy i refleksji z nią związanych. Z pewnością po książkę sięgną najczęściej opiekunowie małych zwierząt domowych licząc na liczne przykłady z życia wzięte z ich pupilami w roli w głównej. To od razu uspokoję i potwierdzę, że przypadków z psami i kotami jest całkiem sporo. Jeśli lubicie literaturę faktu o zwierzętach to ta lektura jest stworzona dla was.

Podsumowując: Latarnica poleca!

Podstawowe dane książki:
Tytuł: Weterynarz na dyżurze. Szczery do bólu dziennik lekarza zwierząt
Tytuł oryginalny: Never work with animals.The unfiltered truth of life a vet
Autor: Gareth Steel
Tłumaczenie: Maja Zawierzeniec
Wydawca: Społeczny Instytut Wydawniczy ZNAK
Objętość: 378 strony
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Wydanie: I, Kraków 2023

Książka jest również dostępna jako ebook.

Poniżej własne kompozycje – inspirowane lekturą i wspólnym czytaniem tej książki z kotką Myszą

Fot. Latarnica / styczeń 2023

Latarnica poleca [vol. 45]

Jakże trudno pisać cokolwiek o tej książce nie ujawniając zbyt wiele z jej treści. A każde zdradzenie wydarzeń, które pojawią się na kartach tej opowieści zepsułoby jej odbiór i liczne elementy zaskoczenia. Spróbuję zatem jak najogólniej, dorzucając czasami coś konkretniejszego, co szczególnie przykuło moją uwagę.

Polski wydawca reklamując tą książkę obok okładki "Thomasiny" zestawiał inną powieść Paula Gallico pt. "O chłopcu, który był kotem". Te dwie książki łączy osoba autora oraz fakt, że bohaterka jest potomkinią Jenny - kotki, pojawiającej się w "O chłopcu...". To tyle jeśli idzie o relacje wiążące te dwie historie. Więc niech nikt się nie martwi, jeśli wcześniej nie miał styczności z tą pierwszą. Śmiało może to zignorować lub nadrobić lekturę już po przeczytaniu "Thomasiny".

Paul Gallico to amerykański pisarz urodzony jeszcze w XIX wieku - a konkretnie w Nowym Jorku w 1897 roku. Powieści o kotach powstały w latach 50-tych XX wieku. I mimo, że pisane były kilkadziesiąt lat temu przygody bohaterów nadal wciągają od pierwszych stron i tylko nieliczne sformułowania czy wygłaszane ustami bohaterów poglądy dają odczuć, że nie jest to książka współczesna. Mnie przy czytaniu zupełnie to nie przeszkadzało.

Prawdopodobnie to ogromna zasługa bardzo dobrej tłumaczki pani Anny Bańkowskiej - której prace translatorskie ogromnie cenię oraz wykazuję się pełnym zrozumieniem wobec faktu, że kocha koty. Sama popełniła kiedyś książkę pt. "My mamy kota na punkcie kota" z najlepszymi fragmentami światowej kociej literatury - prozą, wierszami i tekstami piosenek. Rzecz obowiązkowa i znana miłośnikom mruczków. W mojej biblioteczce też ma swoje zaszczytne miejsce.

Gallico akcję swojej powieści osadził w historycznym hrabstwie Szkocji - Argyll. Tam poznajemy bohaterów - mieszkańców malutkiej nadmorskiej miejscowości o nazwie Inveranoch (dodam od razu, że fikcyjnej). Są przybyszami z wielkiego miasta Glasgow. Jednak życiowe okoliczności sprawiają, że zmieniają otoczenie by zacząć wszystko od nowa.

Bohaterem książki jest Andrew MacDhui - wdowiec z kilkuletnią córeczką Mary. Pogrążony w rozpaczy po śmierci ukochanej żony całą swoją miłość i opiekuńczość przelewa na swoją małą dziewczynkę. Andrew to ciekawa postać. Od samego początku czujemy, że jest bohaterem negatywnym. Bo jakże to tak, aby weterynarz - kiedyś miejski, a teraz wiejski - nie znosił swojej pracy, pacjentów i jeszcze bardziej opiekunów zwierząt. Z całej gamy możliwości najlepiej jeszcze toleruje zwierzęta gospodarskie, ale już kontakty międzyludzkie to jego pięta Achillesa. Zdecydowanie nie radzi sobie z empatią i samym spojrzeniem oraz oschłym podejściem zraża do siebie mieszkańców w podlegającej mu zawodowo okolicy.

Problem tkwi w tym, że nie zrealizował swojego życiowego marzenia bycia ludzkim lekarzem tylko niejako przymuszony tradycją rodziną kontynuował zawód swojego ojca. Zawód leczniczy, ale jednak ze zdecydowanie innymi pacjentami. Ilekroć na nich patrzy dotkliwie odczuwa ból zaprzepaszczonej w przeszłości szansy.

Żeby dolać oliwy do ognia w tym pełnym skaz portrecie, Andrew musi tolerować w swym domu obecność rudej kotki Thomasiny - oblubienicy jego córki Mary Ruadh. Sam najchętniej pozbyłby się zwierzaka z domu, ale dziewczynka po stracie matki ogromnie związała się z koteczką, którą traktuje jak przyjaciółkę, członka rodziny i powierniczkę jej wszystkich sekretów. Do tego Mary nie rozstaje się z kotką dosłownie - nosi ją przewieszoną przez ramię, sadza przy stole podczas posiłków, a wieczorami nie położy się i nie zaśnie póki Thomasina nie będzie obok. Mary bardzo kocha swojego tatę i wierzy, że on może dokonać wszystko i daje jej to poczucie bezpieczeństwa. Doskonale się też orientuje w pracy jaką wykonuje.

Częstym gościem kliniki jest miejscowy pastor ze swoim chorowitym i przekarmianym smakołykami psem. To właśnie on nakłonił weterynarza do przyjazdu do Inveranoch celem objęcia wolnej posady wiejskiego weterynarza z własną praktyką dla małych zwierząt domowych. Przepięknie ścierają się te dwa światy na kartach powieści. Pastor osoba pogodna, uduchowiona, silnej wiary i argumentacji religijnej często sięgająca do działań sił wyższych kontra sfrustrowany pracą weterynarz ateista, którego wiara i pogoda ducha odfrunęły wraz ze śmiercią małżonki. Ich dialogi i starcia sił są naprawdę świetnie napisane.

Ale życie bywa przewrotne i stawia nieraz przed nami po jednej burzy kolejny sztorm. Podczas tradycyjnego spaceru Mary z Thomasiną kotka doznaje urazu, co skutkuje niesprawnością tylnych łap i niemożnością poruszania się. Mary wie, że tylko tata zaradzi niedomaganiu i wszystko się dzięki jego interwencji jakoś ułoży. Trafia z wystraszonym zwierzakiem do przepełnionej poczekalni i potem do gabinetu.

Ojciec w ferworze zadań traktuje kotkę jak jednego z wielu pacjentów i po pobieżnej ocenie uznaje uśpienie zwierzaka za najlepsze wyjście. Krótko i stanowczo oznajmia o tym córce i wbrew jej krzykom i protestom poddaje Thomasinę eutanazji. Fakt wypadku, nieodwołalna decyzja ojca i jej wykonanie powodują, że Mary zapada na tajemniczą chorobę i z dnia na dzień staje się cieniem dawnej siebie. Dla weterynarza to kolejny cios i niezrozumienie więzi, która połączyła córkę z kotką. Na dodatek każdy dzień przynosi tylko pogorszenie stanu córeczki.

Nie będę ukrywać, że ta książka od samego początku nie jest lekką lekturą o przyjaźni dziewczynki z kotem. Mamy tam ludzkie dramaty i przeróżne typy charakterów, które ścierają się ze sobą i nie potrafią znaleźć nici porozumienia.

W zasadzie ja podczas tej lektury miałam takie odczucie, że książka Paula Gallico to lektura skierowana wyłącznie do dorosłych. Mnogość życiowych problemów, straty, odejścia, niezrozumienie, alienacja, przemoc, samotność - to doświadczenia tej rodziny i jej najbliższego kręgu znajomych. Mary w nowym miejscu nie ma za bardzo towarzystwa. Dotąd wystarczała jej kotka, której teraz zabrakło. Na tym etapie opowieści wydawało mi się, że nic z tego supła złych zdarzeń i emocji nie da się już rozwiązać.

Ale wtedy na scenę wchodzą nowe postacie i nowe wątki. Poznamy kilku kolegów ze szkoły Mary (to oni zorganizuję niezwykły pogrzeb Thomasiny i prawdziwy grób z dość kontrowersyjnym opisem zmarłej), miasteczko odwiedzą wędrowni Cyganie koczujący na obrzeżach i mający mini cyrk z tresowanymi zwierzakami oraz dowiemy się o ognistowłosej dziewczynie Lori zamieszkującej dom w lesie - która ma niezwykły dar ratowania i leczenia dzikich zwierząt. To u niej pojawi się pod opieką kotka, która wierzy że jest bogiem niczym koty boginie czczone w starożytnym Egipcie. I korzystając z tego przekonania zechce dokonać zemsty na niesympatycznym weterynarzu.

Ale jak to życiu bywa w tej wybuchowej dawce przeciwieństw, odmiennych poglądów, charakterów, wierzeń i celów życiowych mogą się spotkać najwięksi antagoniści. I nie na darmo mówi się, że kto się czubi ten się lubi, że przeciwieństwa się przyciągają. Oczywiście po drodze przeżyjemy jeszcze naprawdę mnóstwo smutnych i bolesnych zdarzeń z życia bohaterów. I mimo ciężaru emocjonalnego coś kazało mi jako czytelnikowi nie odkładać książki na bok, a wręcz gnać do przodu, by poznać zakończenie.

Powieść Gallico czyta się wyśmienicie, nie ma słabych punktów i przystopowania akcji - z każdą kartą przybywa nowych dramatycznych zdarzeń. Autor porusza też kwestie traktowania zwierząt - zarówno tych dzikich jak i domowych. To nie był popularny temat w latach kiedy książka powstawała. Mnie ta historia Thomasiny zupełnie zaskoczyła. Nie spodziewałam się tak wielowątkowej i mocno szarpiącej za serce opowieści.

Myślę, że każdy miłośnik zwierząt, a szczególnie kotów będzie poruszony i skłoniony do refleksji nad tym do jakiego momentu doszliśmy dziś w kwestii opieki nad zwierzętami, co jako ludzie możemy zrobić dla naszych braci mniejszych, jakimi ustawami możemy je chronić. Naszym celem powinno się stać polepszanie świata ludzi i szeroko rozumianej natury aby przetrwał i szedł ku dobremu, a nie zgubie. Książka Paula Gallico mocno mną potrząsnęła i wierzę, że współczesny czytelnik nie pozostanie obojętny po dotarciu do ostatniej strony. Dla mnie "Thomasina" to mocna pozycja literacka, którą zdecydowanie będę polecać i może się stać interesującym i wartościowym prezentem na zbliżające się święta.

I nie mogłabym pominąć na koniec warstwy graficznej - okładka jest przecudowna (projekt i ilustracja Marianna Sztyma) z uroczą ognistowłosą Lori i jej pacjentem borsukiem (ach jaka to dramatyczna scena współpracy szkolonego, ale szorstkiego Andrew z empatyczną dziewczyną) oraz weterynarzem Andrew i Mary z Thomasiną u jej stóp. Wzrok mile łechce też urocza rysunkowa wyklejka w kolorze pomarańczowym (główni bohaterowie to osoby rudowłose, podobnie jak tytułowa kotka szczyci się rudym futrem). Podsumowując: Latarnica poleca!

Podstawowe dane książki:

Tytuł: Thomasina. O kotce, która myślała że jest bogiem
Tytuł oryginalny: Thomasina
Autor: Paul Gallico
Tłumaczenie: Anna Bańkowska
Wydawca: Wydawnictwo KROPKA
Objętość: 414 strony
Oprawa: twarda 
Wydanie: I, Warszawa 2022

Poniżej okładka – front i tył

Poniżej przykładowe trzy rozkładówki - piękna wyklejka oraz strona przedtytułowa i rozdziałowa

Poniżej własne kompozycje – inspirowane lekturą i wspólnym czytaniem tej książki z kotką Myszą

Dziękuję Wydawnictwu KROPKA za egzemplarz recenzencki.

Poniżej dzień, w którym przybyła paczka z książką - modelka kotka Mysza

Jako ciekawostkę chciałabym na koniec dodać, że w internecie trafiłam na informację, że w 1963 roku książka została zekranizowana przez wytwórnię Walta Disneya jako "The Three Lives of Thomasina".

Poniżej plakat tej produkcji filmowej i tytułowa bohaterka. Kadry z filmu z catsonfilm.net

Poniżej link do trailera tej produkcji:

https://www.imdb.com/video/vi568050457/?ref_=tt_pv_vi_aiv_1


Latarnica poleca [vol. 44]

Kiedy pobieżnie przejrzałam książkę jeszcze przed lekturą uznałam, że czytanie zajmie mi na pewno kilka wieczorów, bo treść będzie wymagała skupienia i uwagi. Kiedy rozpoczęłam czytać okazało się, że wystarczyły tylko dwa wieczory i „Boscy przewodnicy” odkryli przede mną swoje przesłanie.

Nie będę ukrywać, że mam problem z tą książką. Wiem, że trafi do rąk różnych Czytelników, a mam wrażenie, iż w pełni docenią ją jednak osoby religijne, praktykujące, mające w swym rozkładzie dnia stały rytuał czytania i rozważania Biblii.

Jak sama pisze o sobie Autorka:

[...] Jestem zaangażowaną chrześcijanką. Uczęszczam na zajęcia z teologii, działam w kościelnej wspólnocie i coraz mocniej czuję powołanie do posługi duszpasterskiej. Piszę teksty o Bogu i wierze. Czyż takie osoby jak ja nie są szczególnie narażone na atak lokalnych biesów?

Ale wizja wspólnego przyszłego życia i kontaktu ze swoimi zwierzętami, które towarzyszyły nam tu na ziemi nie jest przypisana tylko do chrześcijan. Ludzie różnych kultur i religii tworzą na co dzień bliskie relacje z czworonożnymi przyjaciółmi czy przedstawicielami innych gatunków ze świata zwierząt. Niemal codziennie widzę na portalach społecznościowych w postach o ostatnim pożegnaniu ze swoimi psami czy kotami, że większość osób (abstrahując od ich wyznań) żegna się z nimi tak naprawdę na chwilę wierząc na wspólne spotkanie kiedyś, w innym czasie, wymiarze... Tak trudno nam zerwać tą nić, która nas tu połączyła, tak bardzo chcemy jeszcze widzieć naszych futrzastych czy pierzastych przyjaciół w zdrowiu i sprawności. Jest to idea żyjąca ponad wyznaniami. To głębokie pragnienie i wiara jednocześnie, że rozstanie jest tylko czasowe, że to co razem przeżyliśmy to jeszcze nie koniec. 

Ale muszę tutaj naprostować od razu: Caryn Rivadeneira w swoich „Boskich przewodnikach” porusza nie tyle temat odchodzenia i tego co będzie po tej drugiej stronie z nami i naszymi zwierzętami towarzyszącymi ale z punktu widzenia osoby wierzącej, praktykującej, rozważającej teksty Biblijne skupia się na ich roli w boskim dziele zbawienia i obecności zwierząt na kartach świętej księgi.

Tytułowi boscy przewodnicy to według autorki ta cząstka relacji człowiek-zwierzę, która staje się naszym mostem do Boga – do prób zrozumienia jego istoty i tego co dla nas przygotował.

Rivadeneira wychodzi z założenia, że choć tylko w przypadku ludzi mówi się, że mają duszą i zostali stworzeni na podobieństwo Boga to zwierzęta są wymieniane na samym początku Biblii i w ostatnich jej tekstach – stanową więc klamrę spinającą wszystko co nam w życiu ziemskim przygotowano. Były istotnym elementem dzieła stworzenia (Dzień 6) – a co najważniejsze Bóg patrząc na stworzenia lądowe uznał, że są dobre. Zawierają więc boski element i są odbiciem jego piękna. Pisarka pisze wręcz wprost, że nie wiemy czy zwierzęta posiadają duszę (jej doświadczenie ze zwierzakami skłaniają ku temu, że mają coś na kształt zwierzęcej duszy), ale dzieło zbawienia i Nowej Ziemi dotyczy wszystkiego stworzenia –  ludzi i zwierząt. Paruzja czyli tzw. Drugie Przyjście to Ziemia w swej najdoskonalszej postaci, to powrót do raju. I w niej jest też miejsce dla zwierząt, a dowody na to znajduje ona w tekstach biblijnych, które cytuje i analizuje.

[...] Boży plan odkupienia świata obejmuje od początku naszych zwierzęcych przyjaciół.

Na książkę składa się 11 rozdziałów – w każdym z nich znajdziemy historię o innym przedstawicielu świata zwierząt w kontekście jego roli w życiu człowieka. Spotkamy psy, osły, wrony, kojoty, jeże, ośmiornice.

Tytułowy „przewodnik” to zwierzę, które dzięki swej obecności, określonemu zachowaniu, poprowadzeniu relacji staje się dla nas przewodnikiem ku boskości. Widząc te cechy patrzymy na przymioty boskie, zaczynamy więcej odkrywać na temat swojej roli tu na ziemi. Bardzo spodobało mi się przytaczane zdanie, które autorka usłyszała w dzieciństwie od swojej babci, a które - jak się okazało - rzutowało potem na jej dorosłe życie.

Babcia powiedziała:

Jeśli w niebie nie ma psów, to nie warto tam się wybierać

Abstrahując od religijnego aspektu rozważań, krótkie rozdziały przynoszą nam interesujące opowieści - często o charakterze autobiograficznym – o pewnych gatunkach zwierząt, które potrafią wspomóc człowieka i stać się dla niego terapeutą, przewodnikiem czy nauczycielem. Rola zwierząt jako świata nam towarzyszącego i bliskiego jest ogromna.

Sama Rivadeneira jest tzw. psiarą. Jej książka to też próba przekonania ludzi do psów rasy pitbul i rottweiler jako zwierząt z natury pokojowych i o pięknym charakterze, które przez złe wykorzystanie ich przez człowieka (np. walki psów) były wypaczone bądź z założenia postrzegane społecznie negatywnie. Z resztą na dowód przytacza kilka niesamowitych historii, które i u  mnie (a przyznam, że zamieram ze strachu widząc biegającego luzem pitbulla) zaczęły zmieniać postrzeganie tej rasy. Mimo afirmacji świata zwierząt Caryn przyznaje się, że zmaga się wciąż ze swoim strachem przed nietoperzami i wężami. Pracuje nad tym i z nietoperzami ma już na swoim koncie małe sukcesy. 

Na pierwszych stronach tej opowieści z pogranicza teologii i behawioryzmu zwierząt poznajemy również osobiste zwierzenia o momentach kryzysowych w wierze i próbach odnalezienia się między relacją z Bogiem, a ze zwierzętami. Bo pisarka przyłapywała się na tym, że przedkładała miłość do zwierząt – w tym do swoich psów – nad sprawy duchowe i boskie. To dawało jej poczucie porażki, ale i bunt dlaczego nie można tych dwóch aspektów połączyć.

W dobie covidu (bo książka jest efektem pisania w czasie covidowej izolacji) postanowiła przeanalizować Biblię pod kątem tekstów, w których przytaczane są zwierzęta. Okazało się, że jest ich całkiem sporo i wskazują na to jak ważne rolę Bóg im powierza. I wcale nie wskazują wyłącznie na to, że zwierzęta mają być dla nas tylko niewielkim dodatkiem bytu na ziemi. Uskarża się na tak powszechne błędne interpretowanie uczynienia sobie zwierząt poddanymi, co dla niektórych przekłada się w prosty i okrutny wniosek – że można ze zwierzętami zrobić wszystko, bo mamy nad nimi władzę.

Podoba mi się jej wielokrotne podkreślanie faktu o zwierzętach jako istot czujących, tworzących więzi, mających cały wachlarz emocji. Tak często musimy teraz w poszczególnych krajach walczyć o to by ustawowo wpisać tą prawdę w nasze prawodawstwo. Pisarka docenia też wszystkie działania osób skupionych wokół schronisk, organizacji ratujących i poszukujących domów dla zwierząt po przejściach. 

„Boscy przewodnicy” przypominali mi podczas czytania tak ważne dla mnie książki jak „Boskie zwierzęta” Szymona Hołowni, „Tęczowy Most. Opowieści czworonożnych przyjaciół z Nieba”  Kristy Robinett czy „Czego uczą nas zwierzęta” Danielle MacKinnon. Jeśli bliski jest nam dobrostan przyjaciół ze świata zwierząt, jeśli pochylamy się nad problemami braci mniejszych, jeśli kochamy bezgraniczną miłością nasze psy, koty, chomiki czy szczury to warto poznać punkt widzenia Caryn Rivadeneira.

Bo któż będąc opiekunem zwierzaka nie przytaknie tej prostej prawdzie:

[...] Zwierzęta żerując, bawiąc się czy po prostu istniejąc - sprawiają nam radość. Właśnie dlatego chcemy, żeby były częścią naszego życia: przy nas w domu lub jako nasi sąsiedzi na ziemi.

Pisarka miewa w swojej wspólnocie religijnej wystąpienia na tematy zwierzęce. Choć zdaje sobie sprawę, że czasami to co mówi bywa kontrowersyjne, często otrzymuje podziękowania od osób, które dzięki jej słowom znajdują ukojenie i wytłumaczenie dla własnych odczuć. To napędza ją do dalszych działań i pogłębiania wiary.

[...] Tak naprawdę nie wiemy co myślą (nasze psy). Możemy zgadywać, możemy się zastanawiać, obserwować, zaprzyjaźniać się i kochać. Nie zyskamy jednak pewności. [...]

Możliwe, że w domysłach na temat zwierząt mylimy się całkowicie. Nauka jest tak piękna dlatego, że ciągle snuje przypuszczenia, zmienia się, dostosowuje. Ciągle też odsłania przed nami nowe, fascynujące horyzonty, pomagając nam lepiej rozumieć świat, a zarazem ukazując, jak wiele jeszcze nie wiemy. Tutaj właśnie jest nasze miejsce: pośród tajemnic stworzenia i tajemnic Stwórcy.

Na sam koniec muszę wspomnieć o szacie graficznej tej książki. Przepiękna w barwach i formie okładka przykuwa wzrok. Kiedy dotarła do mnie paczka i ujrzałam książkę nie potrafiłam się pohamować od sięgnięcia po nią i przekartkowania. Wewnątrz mamy równie estetyczne i spójne stylem (tylko czarno-białe) ilustracje z bohaterami rozdziałów. Poręczny format i niemęcząca oczy czcionka to kolejne atuty.

Reasumując Latarnica poleca!

Podstawowe dane książki:

Tytuł: Boscy przewodnicy. Jak zwierzęta uczą nas życia
Tytuł oryginalny: Saints of Feather and Fang, How to Animals We Love and Fear Connect Us to God
Autor: Caryn Rivadeneira
Tłumaczenie: Anna Skucińska
Wydawca: Wydawnictwo Znak
Objętość: 242 strony
Oprawa: miękka
Wydanie: I, Kraków 2022

Poniżej okładka – front i tył

Poniżej przykładowe wybrane rozkładówki:

Poniżej własne kompozycje – inspirowane lekturą i wspólnym czytaniem tej książki z moim boskim przewodnikiem - kotką Myszą

Dziękuję Wydawnictwu Znak za przepiękny zestaw: książkę, magnesik oraz eko torbę z ptaszkiem.


Latarnica poleca [vol. 43]

Z ogromną przyjemnością dwa tygodnie z rzędu spędziłam z tzw. "kocimi lekturami". Tak się złożyło, że kocia tematyka utworzyła stosik książek i wieczoram zasiadałam w fotelu, by otulić się nie tylko mruczeniem mojej kotki Myszy - nieodłącznej towarzyszki czytania - ale i tematyką pełną futrzastych bohaterów.

Z bijącym sercem wyczekiwałam na przybycie przesyłki od Wydawnictwa Mando z egzemplarzem "Kociej kawiarni". Bo jakaż lektura może być idealniejsza na jesienne listopadowe wieczorny nad tą, w której pachnie kawa, mruczy kot, a na dodatek przebywamy w pięknej Barcelonie.

Zastanawiałam się jaki potencjał może mieć historia rozgrywająca się w kociej kawiarni. A z drugiej strony dostrzegałam też oczywistą prawdę - jak może nie przemawiać powieść, w której będą koty i ludzie. Bo jak wiadomo, każdy pojedynczy kot to już osobna księga do opisania, a 7 kotów z książki Anny Sólyom to cała złożona historia pełna mruczącej mądrości.

Miałam ogromne oczekiwania wobec tej prozy. Potrzebowałam dobrej opowieści, która odsunie mnie po dniu pracy wystarczająco daleko od codzienności, bym całkiem przenosiła się do innego świata. Jak zwykle dopełniłam swojego rytuału czytelniczego - poza fotelem i punktowym oświetleniem na książkę był koc, kawa i kot. Idealne by zacząć "Kocią kawiarnię" prawda? Więc otworzyłam okładkę. Na lewym skrzydle zobaczyłam sympatyczną twarz Autorki i przeczytałam te kilka znaczących słów: "pisarka, terapeutka, absolwentka filozofii". Wszystko stało się jasne. To nie będzie zwykłe czytadło. Znajdę tutaj coś więcej i bardzo tego więcej pragnęłam.

Pierwszy był element zaskoczenia: historia Nagore wciągnęła mnie od samego początku. I to jak! Planowałam podzielić lekturę na kilka wieczorów, ale nie udało się. Gdyby nie wczesna pora wstawania do pracy połknęłabym całość na raz, a tak zajęło mi to dwa - idealnie spędzone - wieczory. Powieść składa się z 23 krótkich rozdziałów. Łatwo między nimi na chwilę przerwy (na dolanie jesiennej aromatycznej herbaty lub korzennej kawy) i zadumania nad właśnie przeczytanym fragmentem.

Bohaterką "Kociej kawiarni" jest Nagore, którą poznajemy w chwili tzw. życiowego dołka. Wszystko się jej zawaliło. Rozpadł się związek, biznes - który budowała z partnerem za granicą tym samym przestał istnieć, powróciła do kraju, nie ma pracy, nie ma stałych dochodów, wynajmuje mieszkanie w nietaniej Barcelonie. Jak przetrwać i nie popadać w depresję oraz coraz większe długi? Sytuacja wydaje się patowa i coraz bliższa ku najprostszemu rozwiązaniu - powrotowi do domu rodzinnego z podkulonym ogonem. Tego Nagore pragnie się ustrzec. Nie chce pokazać rodzicom życiowej porażki na wielu frontach.

Z pomocą przychodzi jej przyjaciółka, która ofiarowuje pomoc w postaci pracy w Barcelonie. To oznaczałoby koniec choć części problemów. Ale... Jest mały problem. Ta praca nie będzie mieć nic wspólnego z tym co dotychczas robiła, nie wykorzystuje też jej wykształcenia artystycznego i co najgorsze zmusi ją do skonfrontowani się ze swoim wielkim lękiem.

Na ten moment jedyne miejsce, gdzie mogłaby od razu podjąć pracę to posada współprowadzącej lokal kociej kawiarni. W czym leży problem? W życiu Nagore to akurat kwestia bardzo trudna i zdawałoby się nie do przeskoczenia. Cierpi ona bowiem ailurofobię czyli lęk przed kotami. Niezły start, prawda?

Postawiona przez życie pod ścianą decyduje się iść na rozmowę i tak poznajemy drugą bohaterkę tej powieści - japonkę Yumi. Yumi zdecydowała się przewalić swoje życie do góry nogami i przeprowadziła się do Hiszpanii by otworzyć tak popularne w jej ojczystym kraju Neko Cafe. Mamy więc dwie bardzo interesujące postaci, z dwóch zupełnie różnych kultur. A pomiędzy nimi na scenę wkracza 7 kocich bohaterów - podopiecznych kawiarni, koty o różnej historii i po wielu przejściach przeznaczone docelowo do adopcji.

Mogłabym tu dalej snuć tą opowieść, bo kiedy do niej powracam teraz myślami czuję tą samą przyjemność i ekscytację jak wtedy gdy ją dopiero karta po karcie odkrywałam, ale nie o to chodzi by streszczać całą książkę. Mamy więc Nagore i Yumi, siódemkę kocich terapeutów i mistrzów zen oraz kilka postaci, które dopiero się w tej opowieści pojawią i na zawsze wpłyną na dalsze losy obu pań.

Powieść Anny Sólyem ma idealnie dobrane motto, które znajdziemy przed 1 rozdziałem: Zdarzyło mi się mieszkać z mistrzami buddyzmu zen, a każdy z nich był kotem - Eckhart Tolle. To prawda. Koty potrafią nas wiele nauczyć i czasami wystarczy przyjrzeć się wnikliwie jak celebrują każdy dzień, co jest im bliskie, a co ważne by dostrzec, że są idealnymi terapeutami i uczą ludzi jak żyć pełnią życia nie marnując ani chwili na to co nieistotne.

Nagore zatrudnia się w kawiarni. Staje tam twarzą w twarz ze swoi lękiem, ale i z coraz wiekszą fascynacją patrzy na koty. Musi je bowiem karmić, czyścić im kuwety, jeździć z nimi do weterynarza. Jej niekoci dotąd świat staje się bardzo kotami wypełniony. Czy da radę długo tak wytrwać?

Relacja Yumi i Nagore to przepięknie oddane spotkanie różnych kultur ale i ludzi, dla których dotąd istniały zupełnie inne priorytety życiowe. Te dwa światy połączą koty. One stają się mostem porozumienia i nowej ścieżki do dalszego etapu życia. Bohaterka nagle musi przejść przez ten most by zacząć stąpać ścieżką po zerwanym związku, po powrocie do kraju, po poznaniu, że koty nie są takie straszne...

Życie Nagore wkracza w nowy etap, gdy w Neko Cafe pojawia się Marc (odtąd stały klient kawiarni) oraz nowy kot Sort - podrzutek. Po drodze poznajemy coraz bliżej wszystkich mruczących podopiecznych kawiarni (a ich imiona to: Cappucino, Sort, Chan,Smokey, Figaro, Likier i Shere Khan) i widzimy jak ważne życiowe nauki dają one Nagore. I tu dochodzimy do istotnej kwestii jeśli chodzi o tą książkę.

"Kocia kawiarnia" jest - poza doskonałą powieścią z bardzo sympatycznymi postaciami - jednak trochę terapią i wykładem z filozofii życia. Patrząc w ten sposób na tą książkę to czuć wyraźnie wykształcenie i pracę zawodową autorki jako terapeutki. Pięknie przemyciła w historię Nagore, Yumi i Marca oraz siedmiu kotów to, co może być bazą pod nowe, pełne i wartościowe życie. W kolejnych rozdziałach poznajemy jaką życiową naukę odkrywa Nagore od kolejnego podopiecznego Neko Cafe. Wystarczy tylko zacząć dostrzegać to co jest naprawdę ważne. A mistrzami w pokazywaniu tego są koty. Te doskonałe istoty o wielkiej wrażliwości mogą nas niejednej mądrości nauczyć. Kto ma w domu kota zapewne nie raz się o tym przekonał. To proste nauki zamknięte w takich prawdach jak:

[...] Koty są ekspertami od drzemek. W ten sposób radzą sobie z traumami. [...]

Zwalczanie stresu poprzez sen. [...]

Pierwsza zasada kociej filozofii - bądź szczerze autentyczna. [...]

Zachowaj czujność, a odkryjesz wokół nowe możliwości.*

  • wszystkie cytaty z "Kociej kawiarni"

Niby oczywiste, ale jak trudno to dostrzec w codzienności pełnej pośpiechu. Książka Sólyem to opowieść o stracie, ale i o zysku. O tym co nas w życiu tłamsi, ale też o tym co może podnosić i sprawiać, że pofruniemy. Wydawca reklamując tą opowieść pisze, że ta historia otula lepiej niż ciepły kot. I jest w tym prawda. Ogrzałam się tą lekturą, podniosła mnie ona na duchu, dała dużo przemyśleń i ciepłych refleksji, pozwoliła też skonfrontować swoje życie z mądrościami przekazywanymi przez siedem kawiarnianych kotów. Czytelnik znajdzie tu też oczywiście opowieść o miłości, ale także o przemijaniu i wartości podejmowania ryzyka poprzez wkraczanie na nieznane ścieżki.

Podsumowując: Latarnica poleca!

Podstawowe dane książki:
Tytuł: Kocia kawiarnia
Tytuł oryginalny: Neko Cafe
Autor: Anna Sólyom
Tłumaczenie z hiszpańskiego: Joanna Ostrowska
Wydawca: Wydawnictwo Mando
Objętość: 192 strony
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Wydanie: I, Warszawa 2022

Poniżej okładka – front i tył oraz grafika na wewnętrznych skrzydełkach

Poniżej własne kompozycje – inspirowane lekturą i wspólnym czytaniem tej książki z kotką Myszą

Fot. Latarnica / listopad 2022


Latarnica poleca [vol. 42]

Jak tylko usiadłam do lektury tej książki miałam z nią kłopot. Kłopot nie w nazwaniu tego czy mi się podoba czy też nie, ale w klasyfikacji czym jest właściwie ta opowieść. Czy powieścią, poradnikiem, wspomnieniami, autobiografią, małą historią sztuki z kotami w tle, a może tylko historią dopisaną na potrzeby pięknych ilustracji.

Bo istotnie autorka przeplata swoją spójną i chronologiczną osobistą opowieść wstawkami będącymi poradami dla kociarzy, informacjami z zakresu kociego behawioryzmu czy przeglądem pewnej dziedziny wiedzy np. historii malarstwa pod kątem obecności w niej kotów.

Ale może zacznę od początku. Okładka "Historii pewnego kota" Laury Agusti wyświetliła mi się na portalu społecznościowym i od razu przyciągnęła wzrok. Książek o kotach jest w tej chwili tak dużo, że trudno mnie w tej dziedzinie zaskoczyć czy zapaść od razu w pamięć. Ale w tym przypadku tak się stało. Projekt okładki jest tak inny i odbiegający od tego co jest dostępne, a na dodatek trafił w styl i estetykę ilustrowania, którą bardzo lubię, że od razu się nią zainteresowałam i chciałam wiedzieć więcej.

Nazwisko autorki nic mi nie mówiło. Nawet nie miałam pojęcia z jakiego kręgu kulturowego jest i jakim językiem na co dzień się posługuje. Byłam zaskoczona, że książka jest tłumaczeniem z języka hiszpańskiego, bo takie translacje nie dominują kociej tematyki. Zapowiadała się ciekawa przygoda z kotem z roli głównej. Tytułowy "pewien kot" jest - co potwierdzi każdy opiekun kota - nie byle jakim kotem, bo takich w ogóle nie ma. Każdy mruczek to osobny wszechświat zjawisk, zachowań, preferencji więc wiedziałam, że i tym razem poznam ciekawą istotę na czterech łapkach.

Laura Agusti dzieli się z czytelnikiem swoją życiową "przygodą" z kotami i zwierzętami. Mimo, że mamy tutaj bohatera, którym jest kot rasy syjamskiej Hej, to poza etapem życia autorki, który dzieliła z TYM kotem poznajemy wątki autobiograficzne sięgające do najwcześniejszego dzieciństwa i relacji z młodszą siostrą Mariną - także ogromnym zwierzolubem. Przez pierwsze stronice poznajemy rodzinne miasteczko, członków rodziny i zwierzęta, które na trwałe zapadły w pamięć Laury i z pewnością miały wpływ na jej późniejsze życie u boku psów i kotów.

Autorka chowała się ze zwierzętami i ich stała obecność na co dzień była dla niej tak powszechna jak oddychanie. Wejście w dorosłość, liceum plastyczne oraz studia na uczelni artystycznej poza rodzinnym miasteczkiem spowodowały, że zmuszona była przez lata wynajmować mieszkania, a ich najem wiązał się z zakazem posiadania jakichkolwiek zwierząt. Był to jedyny czas, kiedy nie dzieliła życia z naszymi czworonożnymi przyjaciółmi.

Po studiach, mając 23 lata i nowy start w Barcelonie w jej życiu pojawił się kot Hej - tytułowy "pewien kot". Był to jeden z tych kotów, który miał ogromnie bliską relację z opiekunem - jedynym opiekunem - a nie bardzo lubi ludzi i vice versa - goście domu Laury nie mieli ochoty bratać się z humorzastym i agresywnym wobec nich Hejem.

I w tym miejscu opowieści zaczęła się moja bardzo silna identyfikacja z bohaterką oraz pełne zrozumienie tego o czym pisze. Sama mam za sobą 11 lat dzielenia życia z trudnym, adoptowanym ze schroniska kocurem Errorem (imię to już moja zasługa) i wiedziałam z czym się borykała i jak jednocześnie mocno zacieśniała się ich wzajemna więź. Laura pisze o swoim dorosłym życiu w kontekście dzielenia go z kotem przepięknie i bardzo życiowo. Myślę, że większość kociarzy zrozumie i odnajdzie w sobie to wszystko o czym opowiada. Poza tym kto z nas nie jest przekonany że ich kot zasługuje na swoją opowieść i książkę nim?

Jak wspominałam wcześniej główny wątek opowieści Agusti przerywany jest poradami, informacjami o kotach jako gatunku czy krótkimi wzmiankami o kotach w historii sztuki. To dobre "wstawki" pozwalające na chwilę odetchnąć od historii zmierzającej do tego co nieuchronnie czyli upływu czasu, starzenia się zwierzaka, nadejścia chorób i trudnego momentu rozstania.

Nie przypuszczałam, że tak mocno przeżyję tą część, która opowiada o seniorze Heju. Sama ponad dwa lata temu rozstałam się po 11 latach z Errorem i czytając książkę Agusti wszystko z całą mocą do mnie powróciło: tamte emocje, często bezsilność, smutek, rozpacz i łzy. Z drugiej strony pisze o kociej starości, niedomaganiach i swoich względem tego odczuciach tak prawdziwie, szczerze i trafnie, że czułam się, jakby wskoczyła na chwilę do mojej głowy i podejrzała moją historię wraz z całym wachlarzem uczuć.

Oczywiście jej kot był zupełnie inny, inne były schorzenia, które go dopadły pod koniec życia, inny kraj, kultura. Ale moment przechodzenia przez starość zwierzaka, przez towarzyszenie mu w ostatnich miesiącach życia jest poza krajami czy kontynentami. Jeśli kochamy koty to pożegnanie będzie zawsze po części końcem naszego świata i to jak potem się zachowany, jak będziemy przechodzić proces żałoby jest sprawą indywidualną.

Laura Agusti w tych "przerywnikach" pisze też o żałobie jako pewnym procesie, analizuje go pod kątem psychologicznym, wymienia etapy żałoby, które są czymś normalnym i dla każdego człowieka trwają różnie. Czytając tą historię wróciłam do własnych wspomnień, jakże wiele z tego o czym pisze było również moim udzialem. Jakże trafne choć bolesne były niektóre zdania.

Ale życie toczy się dalej. To nasze, ludzkie - o wiele dłuższe od zwierząt nam towarzyszących - możemy albo wypełnić nowym istnieniem albo pozostać na etapie wspomnień i bólu. Nie będę dopowiadać finału tej historii. To znajdzie czytelnik na jej kartach końcowych. W każdym razie nie jest to książka, która pozostawia nas obojętnym wobec tego przekazu jaki chciała nam ofiarować autorka. Jej historia to relacja Laury i Heja, ale takich opowieści są tysiące czy nawet miliony. I zawsze są pełne radości i miłości, ale również zawsze przyjdzie pora na ból i rozpacz.

Nie można w kontekście "Historii pewnego kota" ominąć warstwy wizualnej - czyli ilustracji i szaty graficznej. Od razu widać, że mamy do czynienia z artystką i absolwentką szkół artystycznych. Jak sami obejrzycie poniżej - jest czym cieszyć wzrok. Ilustracje są przepiękne, oszczędne w barwach, ale skupione na detalach. Ja wybrałam do pokazania strony z kotem, ale na kartach tej książki spotkacie przepiękne rysunki ptaków, psów, jeży, owadów, królików, roślin czy hiszpańskiej architektury małych południowych miasteczek. Pod względem graficznym dzieło wspaniałe i czuć, że pisarka włożyła w nie całe serce i dobrze zna zwierzęta.

Myślę, że najlepszym podsumowaniem tej recenzji będzie po sięgnięcie do znanego zdania wypowiedzianego kiedyś przez pisarza Ernesta Hemingwaya. I każdy kociarz ma gdzieś wpisane w swój "system" relacji z tymi zwierzętami prawdę, która za tymi słowami idzie. A zdanie to brzmi: Posiadanie jednego kota prowadzi do posiadania następnego.

Mamy ostatni kwartał tego roku, nadchodzą święta. Myślę, że "Historia pewnego kota" może być jednym z najlepszych prezentów dla kociarza czy w ogóle miłośnika zwierząt. To świetny podarunek także dla kogoś kto kocha czytać, kocha książki i lubi by były one doskonałe również wizualnie. Doczytałam w notce o pisarce, że wydała w 2018 roku również książkę "Tylko koty jej w głowie". Mam nadzieję, że polski czytelnik będzie miał również okazję się z nią zapoznać.

Podsumowując: Latarnica poleca!

Podstawowe dane książki:
Tytuł: Historia pewnego kota
Tytuł oryginalny: Historia de un tato
Autor: Laura Agusti
Ilustracje: Laura Agusti
Tłumaczenie: Urszula Żebrowska-Kacprzak
Wydawca: Wydawnictwo Albatros
Objętość: 158 stron
Oprawa: twarda
Wydanie: I, Warszawa 2022

Książka dostępna jest w internecie w wersji papierowej, ebook i audiobook.

Poniżej okładka - front i tył:

Poniżej przykładowe wybrane rozkładówki:

Poniżej własne kompozycje - inspirowane lekturą i wspólnym czytaniem tej książki z kotką Myszą

Fot. Latarnica / październik 2022


Latarnica poleca [vol. 41]

Kiedy rozpakowałam paczkę z tą książką i zobaczyłam ją w realu od razu wiedziałam, że zechcę o niej napisać. Jeszcze nie poznawszy jej treści totalnie zachwyca edytorsko - wspaniała kusząca okładka rysunkowa i przepiękne zdjęcia - staje się czymś z pogranicza albumu i nietypowego przewodnika.

"Nietypowego" to kluczowe słowo, bowiem "Dookoła Bałtyku" to nie nudny przewodnik z suchymi danymi atrakcji i wyliczanką miejsc polecanych ale raczej poszczególne rozdziały to inspiracje.

Książka ukazała się pod redakcją Agnieszki Franus, bo autorstwo rozdziałów jest różne i każdy stanowi subiektywną opowieść Autora o danym kraju czy mieście. TO właśnie oni będą próbowali nas zachwycić miejscami nad Bałtykiem, do których dotarli.

Całkowicie rozumiem taką ideę książki. Ona musi się sprawdzić. W zasadzie podobne rzeczy robię sama tutaj na Latarnicy próbując zarazić was nie tylko do polskiego wybrzeża Bałtyku, ale do MOICH miejsc na nim.

Bałtyk - to słowo które mnie osobiście kojarzy się tylko z miłymi wspomnienia i obrazami przepięknymi wizualnie. Oczywiście mam bardziej i mniej ulubione jego miejsca ale uważam że nie ma na świecie piękniejszego miejsca nad polskie plaże.

Tym kluczem szli autorzy rozdziałów i wybieramy się z nimi na długą podróż przez Polskę, Litwę, Łotwę, Estonię, Finlandię, Szwecję, Danię i Niemcy. Wszystkie te kraje mają dłuższą lub krótszą linię brzegową a na niej wspaniałe turystyczne miejsca.

Nie znam całego wybrzeża Bałtyku, nie znam nawet jego większości. Było mi dane zobaczyć tylko fragment wybrzeża Niemiec, Litwy i Szwecji. Ale te podróże utwierdziły mnie że Bałtyk to MOJE morze i styl zabudowy, przyroda, krajobraz jest tym co mi w duszy gra.

Oczywiście rozdziały zawierają pod koniec garść praktycznych i co ważne - bardzo aktualnym informacji - ale faktycznie w wielu miejscach do których nie dotarłam osobiście po prostu po lekturze się zakochałam patrząc na zdjęcia i doczytując odczucia autora.

"Dookoła Bałtyku" jest idealną pozycją na prezent dla kogoś kto równie jak my docenia nasze wybrzeże i bywa czasami ciut dalej w innym państwie nad Bałtykiem. Ale sprawdzi się również jako tzw. "kopniak na zachętę" w przypadku tych co znają tylko nasze polskie wybrzeże. Trudno bowiem oprzeć się prezentowanym miastom, wioską, wysepkom. Trudno nie cieszyć oczu przepięknymi fotografiami cudów natury czy aglomeracji z długą historią, gdzie przeszłość podaje sobie rękę z bardzo nowoczesną architekturą. Nie zawsze musi to być zgrzyt i szpetota.

Podtytuł tej książki to "100 pomysłów na przygodę życia". I tutaj się całkowicie zgadzam. Taki wypad na np. bliskie nam wybrzeże niemieckie, rejs z Kołobrzegu czy Darłówka na duński Bornholm czy wycieczka promowa z Gdyni do Karlskrony to mogą być wielkie przygody.

Z ogromnym sentymentem wspominam zagraniczne wojaże do miejsc nadbałtyckich. Wszędzie tam znalazłam analogie do niektórych naszych miejscowości, a znowu inne pejzaże są niepowtarzalne i niespotykane w Polsce. Choćby zatrzęsienie małych wysepek, gdy dopływa się do Szwecji. Dzieje się to najczęściej o wschodzie słońca i widoki bezcenne.

Autorzy poszczególnych rozdziałów swoimi opowieściami całkowicie mnie przekonywali, że miejsca które odwiedzili są niezwykle i warte zobaczenia. Książka tylko potwierdziła mnie w mojej stałej miłości do naszego morza. Wiem, że o ile nie odnalazłabym się w każdym z opisywanych krajów jako jego stały mieszkaniec, to gdyby przyszło mi żyć w pasie nadmorskim to już byłoby to o wiele łatwiejsze i do przyjęcia.

"Dookoła Bałtyku" to barwa opowieść o krajach, które łączy wspólne morze. Mamy w niej historię i współczesność, mamy niesamowita przyrodę, porty, architekturę i oczywiście latarnie morskie. Bo jak można myśleć o Bałtyku pomijając ważną rolę latarń. Oczywiście coraz więcej jest już zautomatyzowane, ale same ciekawe budynki i wieże zostają i są często popularnymi obiektami turystycznymi zamieniającymi się w placówki muzealne, hotele, kawiarnie czy sklepy z pamiątkami.

Z ogromną przyjemnością spędziłam kilka wrześniowych wieczorów z tą lekturą. Każda strona była warta nadbałtyckiej przygody. Podsumowując: Latarnica poleca!

Podstawowe dane książki:

Tytuł: Dookoła Bałtyku
Autor: pod redakcją Agnieszki Franus
Wydawca: Wydawnictwo Słowne
Objętość: 320 stron
Oprawa: miękka
Wydanie: I, Warszawa 2022

Poniżej własne kompozycje inspirowane lekturą

Poniżej kilka zdjęć ukazujących okładkę (front i tył) i wnętrze książki


Latarnica poleca [vol. 40]

Tak się złożyło, że w ostatnich tygodniach czytałam jedną po drugiej dwie książki przeznaczone dla młodego czytelnika, w których ważną rolę odgrywa motyw latarni morskiej. Pierwszą z nich była "Julia i rekin" (recenzja ukazała się w 39 odcinku tego cyklu - 1 sierpnia br.), a teraz pora przyszła na "Lampkę" Annet Schaap.

Zazwyczaj nie wrzucam tutaj tak często recenzji, ale w tej chwili boję się, że z każdym kolejnym dniem ulecą mi emocje, które ta lektura wzbudziła i odejdą w niepamięć detale treści tej książki. Nie ma więc co zwlekać. Opowiem subiektywnie, co mnie w tej historii urzekło.

Nie chciałam się wypowiadać na jej temat póki nie dotrę do samego finału. Kilka dni temu wieczorem skończyłam lekturę (czytanie jej zajęło mi parę dni, bo objętość jest całkiem pokaźna) i od razu wiedziałam, że to będzie kolejny tytuł omawiany w ramach Latarnica poleca.

Z automatu trafił jako wysoko prawdopodobny do omawiania, bo latarnia morska jest nie tylko jako element zdobiący okładkę (bywa tak często, że na tym się kończy związek publikacji z tym tematem), ale i latarnia odgrywa ważną rolę oraz jest powiązana z główną bohaterką nazywaną Lampką. Dziewczynka ma swoje imię, ale wszyscy na nią tak mówią, ze względu na fakt bycia córką miejscowego latarnika. Dla mnie to imię wydaje się bardzo urocze i budzące same ciepłe i pozytywne skojarzenia.

Mimo takiego tytułu i imienia kojarzonego z ciepłem światła wydobywającego się z laterny sama opowieść wcale nie jest łatwa i lekka a raczej spowija ją z każdą stroną ciemność wkraczająca w życie bohaterów. Annet Schaap nie przedstawiła nam jasnych stron życia. Raczej skupiła się na tym co trudne, bolesne, przewracające nasze życie do góry nogami.

Autorka na dodatek sama zilustrowała własną opowieść, co sprawia że mamy tutaj spójną artystyczną wizję tej historii. Trochę miałam obawy wyczytując na okładce, że napotkamy tu tajemnicze wodne stworzenia i otrzemy się o postacie syren. Założyłam na samym początku, że powieść może być zbyt fantastycznie i daleka od życia, abym się w niej zanurzyła i dała pochłonąć. Nic bardziej mylnego!

Pisarka potrafiła z tego doskonale wybrnąć. To nie fantastyka, baśń czy jakiś literacki eksperyment. To co zostało nam podane w skrócie na okładce jest całkowicie zgodne z prawdą. A jednak to nie fantazjowanie o morskich potworach.

O ile czytana niedawno "Julia i rekin" rozgrywa się współcześnie to trudno mi umiejscowić czasowo akcję "Lampki". Z opisów odzieży wynika, że na pewno są to lata mody na długie suknie, czasy starych wielkich domostw ze służbą i szeroko zakrojonych działań piatów na wodach mórz i oceanów.

Sama latarnia - miejsce w którym mieszka z ojcem bohaterka - jest lokalizacją anonimową. Nie wiemy gdzie stoi ta latarnia i czy ma swój pierwowzór w rzeczywistości. Schaap pisze tylko o szarej wieży na małej skale, do której wiedzie od portowego miasteczka kręta kamienna ścieżka zalewana wodami przy sztormach i silnym wietrze.

Sytuacja rodzinna bohaterki nie jest łatwa. Szybko straciła matkę, a jej ojciec żonę. Musiała gwałtownie dorosnąć i została jedyną kobietą w latarni pomagając kalekiemu latarnikowi nie stroniącemu od alkoholu i załamań. Niesie na barkach zbyt wiele spraw jak na dziewczynkę w swoim wieku.

A co może się stać kiedy zabraknie światła w latarni, a na zewnątrz szaleje sztorm i statki nie widzą jak blisko im do brzegu i portu? Katastrofa murowana! To jedne zdarzenie zmienia bieg wydarzeń i wywraca do góry nogami życie ojca i córki. Prawo zostało złamanie, a konsekwencje trzeba ponieść: zostają rozdzielni - jeden zamknięty na stałe w latarni, której wejście zabito deskami, a Lampka odesłana na służbę do "Czarnego Domu" bogatego admirała. Dom ten ma jednak niedobrą renomę i krążą opowieści i mieszkającym w nim potworze.

W zasadzie w chwili, gdy przenosimy się do tego domu akcja bardzo się zagęszcza stając się mroczna i pełna tajemnic. Napięcie budowane przez Autorkę jest naprawdę stopniowane idealnie i trudno oderwać się od kolejnych rozdziałów. Bo oczywiście coś jest na rzeczy i mieszkańcy tego domu, a zwłaszcza jeden z wieży budynku to bardzo tajemnicza i mrożąca krew w żyłach postać.

Nie będę opowiadać fabuły, bo zepsułabym każdemu lekturę tej opowieści. Ale naprawdę - ja jako osoba dorosła, do której nie jest ta literatura skierowana - dałam się całkowicie zauroczyć prozą Schaap.

Nie ma możliwości byśmy nie odczuwali na własnej skórze trudów i przysłowiowych rzucanych pod nogi Lampki kłód na tym etapie życia. Wydaje się że nie czeka ją już nic dobrego. Ale podczas pracy w "Czarnym Domu" zdarzy się coś nieoczekiwanego. To zmieni jej przyszłość. Książka podzielona jest na 6 części, które zatoczą jakby pełne koło tej historii sięgając do czasów poznania się jej taty i mamy, do czasów młodości admirała i jego związku z tajemniczą kobietą.

Mamy tutaj w pięknej i przystępnej formie podanej dla starszych dzieci opowieść o tolerancji, o tym jak bywamy różni, jak każdy z nas jest osobną księgą do odkrycia i opowiedzenia.

Lampka ze swym otwartym na inność charakterem i patrzącym szeroko i bez uprzedzeń spojrzeniem dziewczynki rozumiejącej więcej niż każdy by przypuszczał, jest postacią zdecydowanie pozytywną i dającą nam lekcje o relacjach ludzi z różnych sfer i o różnych cechach. Nawet takich, które spychały je na margines społeczeństw i uznawane było za dziwolągi niewarte traktowania jak normalni ludzie.

"Lampka" otrzymała najwyższą holenderską nagrodę w dziedzinie twórczości dla dzieci i młodzieży tzw. Złoty Rysik. Ta historia została już przetłumaczona na 16 języków co świadczy o jej uniwersalności. Myślę, że w każdym kraju będzie zrozumiana. Aż prosiłoby się, aby takie powieści były szkolnymi lekturami, bo na wielu płaszczyznach jest co rozważać i omawiać. A poza tym uczy właściwych postaw.

I chociaż dla mnie zaczęło się wszystko po prostu od kolejnej okładki z latarnią - w środku odkryłam większy skarb w postaci tej opowieści - pełnej morskiej bryzy, wiatru, huku fal, wijących się ku górze stopniach nieznanej latarni, piratach i wabiących żeglarzy syrenach. Podsumowując: Latarnica poleca!

Podstawowe dane książki:

Tytuł: Lampka
Tytuł oryginalny: Lampje
Autor: Annet Schaap
Ilustracje: Annet Schaap
Tłumaczenie: Jadwiga Jędryas
Wydawca: Dwie Siostry
Objętość: 326 stron
Oprawa: twarda
Wydanie: I, warszawa 2020

Poniżej własne kompozycje inspirowane lekturą oraz kilka stron ukazujących okładkę i wnętrze książki

Wnętrze książki

Front i tył okładki

Poniżej miejsce, gdzie spędzałam najczęściej czas z "Lampką" - popatrzcie jaki piękny jest grzbiet tej książki - nawet tam jest latarnia morska.

Fot. Latarnica / 2022


Latarnica poleca [vol. 39]

Od wiosny nie sięgałam do tego cyklu, ale będąc świeżo po lekturze "Julii i rekina" od razu wiedziałam, że będę chciała się z Wami podzielić paroma spostrzeżeniami i refleksjami.

Na początek prosta i krótka konkluzja: ta książka - choć przeznaczona dla młodego czytelnika i klasyfikowana jako tzw. literatura młodzieżowa - jest wspaniała! I to pod każdym względem. Od początku jak ujrzałam jej zapowiedź wiedziałam, że chcę mieć wydanie papierowe, bo od strony edytorskiej to małe dzieło sztuki. Ale po kolei.

Co może przykuć mój wzrok w książce, o której nie wiem nic? Na pewno wizerunek latarni. A jeśli okazuje się, że na jednym wizerunku się nie kończy, to jestem już bardzo zainteresowana taką książką. Tak, tak... choć na okładce jej nie ma w środku przewinie się kilkakrotnie i to w jakiej pięknej szacie graficznej! Czytając od razu chciałam wiedzieć czy opisywany obiekt istnieje. Niestety Google ani Wikipedia nie znajdują nic pod podaną w nazwą. Przyjmuje więc, że to latarnia stworzona na potrzeby powieści. Reszta? Wszystko się zgadza. Jest wyspa Unst pośród wysp szetlandzkich, jest osada Belmont - jako terminal promowy, ale z niej nie wiedzie żadna droga do latarni Uffle-Gent. Za to wyspa Unst szczyci się kilkoma latarniami, w tym spektakularną Muckle Flugga (North Unst), która z tego co widzę, posłużyła ilustratorowi książki za pierwowzór latarni z opowieści Hargrave.

No dobrze, zobaczyłam latarnię w książce i przepadłam. Ale to była fascynacja obrazem. Nie sądziłam, że zrówna się ona z fascynacją treścią. Innych książek Kiran Millwood Hargrave nie znam. A już sprawdziłam, że wydała kilka - w tym opowieść na faktach o czarownicach z dalekiej północy ("Kobiety z Vardo"). Dodam tutaj tylko, że Autorka to rocznik 1990 [!] , absolwentka Cambridge i Oxfordu, pisarka i poetka, laureatka nagród literackich. Nie wiedziałam więc czego się tutaj spodziewać. To był pierwszy kontakt z jej pisarstwem.

Bardzo spodobali mi się bohaterowie. Brytyjska rodzina, w której tata będzie dbał by wygaszona, nieczynna latarnia automatycznie paliła się światlem, mama biolog od wszystkiego co żyje w morzach, mająca bzika na punkcie spotkania rekina, który pojawia się daleko na Morzu Północnym i Morzu Norweskim oraz tytułowa Julia - ich córka i rodzinny zwierzak - członek rodziny - kotka Kluska. To oni wyruszają w daleką drogę z Kornwalii na Szetlandy. Każdy dorosły ma tam realizować się zawodowo, a mama chce dzięki pracom badawczo-naukowym zdobyć grant uniwersytetu na badania nad rekinami.

Zatem wszystko zaczyna się w Kornwalii i mamy początkowo powieść drogi, ale szybko osiadamy na Unst na Szetlandach. Tata to osoba, której życie zamknięte jest w cyfrach, ma ścisły umysł w odróżnieniu od żony i córki - których życie opisują słowa. Są jakby z innej beczki ale wszystkich łączy silna więź.

Wydawać by się mogło, że to będzie obyczajowa historia z latarnią, kotem i wyspami na dalekiej północy w tle. Ale od samego początku czułam, że zabieg iż w całej powieści dominują kolory czarno/szaro/białe z dodatkiem tylko jednej barwy (żółtej) kryje w sobie coś bardziej mrocznego, smutnego i wciągającego nas głęboko w ludzkie emocje. Od strony graficznej wszystko wygląda przepięknie i do siebie zgrabnie pasuje. Przecież latania to właśnie coś ciemnego, obiekt który w nocy staje się ledwo widoczny, stapia z ciemnością mroku, a pośród tego budzi się do życia świetlista żółta struga światła z laterny.

Tak, nie mylicie się jeśli podejrzewacie już, że to nie jest miła opowiastka o przywracaniu do życia latarni i badaniach naukowych na statku badawczym na zimnych wodach północy. Przeprowadzka na lato rodziny z Kornwalii ujawni cały szereg skrywanych emocji i obudzi zmory przeszłości. Pomału odkryjemy tajemnice rodziny, wydarzenia z przeszłości, poznamy spojrzenie na obecną sytuację oczami każdego z bohaterów.

Nie chcę ujawniać treści, bo naprawdę wciąga od samego początku. Ja podzieliłam sobie czas na jej lekturę na trzy popołudnia. Śmiało można po prostu z tą książką usiąść i wpaść w nią po uszy do samego finału. Jednak od razu zaznaczam - nie będzie to jasna i prosta droga. Atutem jest język i styl Autorki. Od samego początku ma się wrażenie że płynnie przechodzimy od prozy do poezji - czegoś lekkiego, ulotnego, zachwycającego. To samo dzieje się w sferze edytorskiej - tekst czasami przybiera dziwne kształty morskich stworów, układa się bardziej jak wiersz niż proza. Jest to tak napisane, że miałam wrażenie, że obcuję z czymś naprawdę wyjątkowym.

Nie pamiętam już od jak dawna nie czułam takich zachwytów. Do tego przyjemność sensualna - przy przekładaniu kolejnych stron. Nie dość, że piękne ilustracje (już wiem że ilustrator Tom de Freston to prywatnie mąż Autorki) to jeszcze co jakiś czas mamy zabieg wplatania pośród papierowe strony kalek z grafiką, która przenika się z ilustracją na papierze. Dzięki temu dochodzi do mieszania się światów - wizualnie i w treści.

Uważam, że ta opowieść porusza tak ważne kwestie, że powinna obowiązkowo być omawiana w szkołach. Jest bardzo życiowa, nic nie upiększa, ale nawet w najciemniejszych zakamarkach tej historii odnajduję się światło z laterny. Dla mnie jedna z ważniejszych książek ostatnich lat. Coś naprawdę innego - podane w unikalny sposób.

Wielkie uznania dla wydawnictwa Słowne Młode za odwagę wydania w końcu tak niszowej książki - nie nastawionej na masowego odbiorcę. Ale jeśli ten masowy się odważy na konfrontację z nią na pewno znajdzie w niej coś dla siebie, poczuje się poruszony i wciągnięty w wir zdarzeń.

Nie ukrywam, że z automatu łatwiejszy start mają u mnie książki z akcją nad morzem, w małych miejscowościach czy na wyspach. Tu mamy nie tylko szetlandzką wyspę Unst, małą lokalną społeczność, ale i latarnię jako miejsce zamieszkania bohaterów. Nie mogło być lepiej. Podsumowując: Latarnica poleca!

Podstawowe dane książki:
Tytuł: Julia i rekin
Tytuł oryginalny: Julia and the shark
Autor: Kiran Millwood Hargrave
Ilustracje: Tom de Freston
Tłumaczenie: Joanna Jagiełło
Wydawca: Słowne Młode
Objętość: 224 strony
Oprawa: twarda
Wydanie: I

Poniżej trzy własne kompozycje inspirowane lekturą ( jako dodatek moja domowa Kluska czyli kotka Mysza) oraz kilka stron ukazujących wnętrze książki

Poniżej przód i tył okładki

Fot. Latarnica


Latarnica poleca [vol. 38]

Ta książka to raczej nowelka czy miniatura niż powieść, ale na tych 160 stronach (tyle ma wydanie polskie) jest takie nasycenie treści i emocji, że wystarczy za kilka tomów. I nie potrzeba ani strony więcej. Dlatego i moja recenzja nie będzie za długa.

Do literatury japońskiej podchodzę ostrożnie. Jest specyficzna i albo trafia w punkt i mnie zachwyca albo męczy. Nie będę ukrywać, że przyciągnęła mnie piękna okładka z kotem i tytuł z kotami - tak intrygujący, że postanowiłam się dowiedzieć... No właśnie nie byłam pewna czy uzyskam w książce odpowiedź na postawione w tytule pytanie, ale zaryzykowałam.

Ta książka nie odkrywa Ameryki, podobnych pomysłów było już w literaturze i filmie wiele. Ot historia stara jak świat - zawarcie paktu z diabłem - on zyskuje jedno - bohater co innego ukrywa dla siebie. Ale czy handlowanie z samym panem ciemności ma kiedykolwiek dobre zakończenie dla człowieka? Czy można przechytrzyć ustalenia i złamać zasady, a przetrwać?

Bohater Kawamury na samym początku tej historii dowiaduje się, że ma nieuleczalnego raka mózgu. Niewiele mu zostało. Wiadomość spada na niego jak grom z jasnego nieba. Można powiedzieć, że odtąd każda minuta życia na wagę złota. Czy warto ten kończący się czas stracić na byle co czy może to czas rozliczeń, pojednań, napraw...

Niespodziewanie odwiedza go diabeł pod postacią siebie samego tylko trochę w innym wydaniu i proponuje układ. Propozycja trudna do odrzucenia. W zamian za darowane kolejne dni życia (nożna to ciągnąć w nieskończoność) ma wybierać coś, co zniknie z historii świata. Jest tylko jeden warunek - musi mu na tej rzeczy zależeć. Pierwszą ofiarą staną się telefony komórkowe...

Akcja książki zamyka się w symbolicznym tygodniu - niczym proces biblijnego stworzenia świata. Przez kolejne rozdziały nazwane dniem tygodnia poznajemy przeszłość bohatera i skomplikowane relacje rodzinne. Jest co naprawiać, naprostowywać, poprawiać... Ale czy to czas na to? Diabeł wymyśla coraz ciekawsze rzeczy, które z pełną konsekwencją swej nieobecności znikają ze świata. Czy pojawi się coś co zatrzyma ten proces? Czy będzie tak ważne dla ludzkości, że bohater uzna iż jego śmierć jest tutaj jedynym wyborem? A może umowa podlega negocjacji?

Nie napiszę wam nic więcej. Powiem jedno - czyta się to doskonale i strasznie wciąga. Postacie są świetnie napisane a zamysł historii podany w takim opakowaniu że sprawy istotne do przemyślenia przez każdego z nas autentycznie zaczynają nam wiercić dziurę w brzuchu i samoczynnie przechodzimy autoterapię porównując reakcje bohatera do własnych odczuć i refleksji.

Mógłby ktoś rzecz - ot tania psychologia i zabawa gatunkami. I pewnie tak jest. Ale nie czujemy się wciśnięci na siłę do gabinetu psychoanalityka. Każdy dzień i nowa znikająca rzecz ze świata budziła we mnie mnóstwo emocji i rozważań co by było gdyby.

Powieść Kawamury bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Nie wiem czy książka nie trafi do mojego osobistego rankingu książek 2022 roku. Czas to pokaże. Na razie byłaby w ścisłej czołówce. Żałuję że nie ma nigdzie dostępnej ekranizacji. To co widzę w zwiastunie bardzo mi się podoba choć aktor od głównej roli wydaje mi się o za młody w stosunku do książkowego pierwowzoru.

W tym roku miałam okazję przeczytać również inną powieść japońskiego autora pt Kot, który spadł z nieba – Takashi Hiraide (wydana w tej samej serii z żurawiem) i ona również (choć totalnie inna) pozostawiła doskonałe wspomnienie. Hm... może w końcu dojrzałam do literatury japońskiej. A wracając do "A gdyby tak..." to nie dopowiem wam nic na nakreśloną w tytule wizję. wiem tylko jedno: Zdecydowanie Latarnica poleca!

Podstawowe dane książki:

Tytuł: A gdyby tak ze świata zniknęły koty
Tytuł oryginalny: Sekai kara Neko ga Kieta nara
Autor: Genki Kawamura
Wydawca: Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, BO.wiem
Seria: z żurawiem
Objętość: 160 stron
Oprawa: miękka
Wydanie: 2021 (polska), 2018 (Japonia)

Na podstawie powieści Kawamury powstał w 2016 roku film. Reżyserem jego jest Akira Nagai, trwa 103 minuty i jest produkcją japońską. Kręcony był w Tokio i Buenos Aires. Zdjęcia trwały 1,5 miesiąca.

Poniżej okładka książki i plakat filmowy

Poniżej link do trailera kinowego:

https://www.youtube.com/watch?v=DF9s5Rjb_5M


Latarnica poleca [vol. 37]

W zasadzie trudno ten wpis nazwać recenzją. Więc nią poniekąd nie będzie. Dlaczego? Bo przecież nie można oceniać czyichś marzeń i jego miejsc na ziemi. To indywidualna sprawa i nie nam wchodzić w te wybory i odczucia, które dane miejsce budzi. Bo ta książka to jakby podróż po własnych, subiektywnych przyjemnościach i stąd słuszny podtytuł: "Przewodnik osobisty".

Tak, ty Czytelniku możesz się jedynie z tymi wyborami zgodzić lub nie, skonfrontować je - jeśli akurat te miejsca również znasz - ale nie masz prawa oceniać. To miejsca w naszym kraju, które są ważne z różnych względów dla Autora i tak pozostanie. Jemu są bliskie i mają szczególne miejsce w jego podróżniczym sercu.

Ale krótko od początku. Tomka poznałam (wciąż znamy się wyłącznie online) przez internet lata temu. Spoiwem tej znajomości była oczywiście jedna z jego pasji, jaką są latarnie morskie i jego blog. I tak od słowa do słowa (wystukanego), od maila do maila, od zdjęcia do zdjęcia ciągniemy ten nasz kontakt jako nieuleczalni pasjonaci morza, polskiego wybrzeża i latarń. Po drodze okazało się, że i inne pasje Tomka są mi bliskie - od zawsze fascynowały mnie stare opuszczone linie kolejowe i stacyjki (widok zarośniętych, pordzewiałych torów kolejowych i pięknych architektonicznie stacji budzi czasami we mnie emocje równe latarniom), wieże ciśnień (przecież tak bardzo czasami przypominają latarnie morskie!) i niezwykłe wiadukty. To już coś więcej poza samymi latarniami. Polska ma takie magiczne miejsca. Tylko trzeba je odkryć. Tomasz robi to za nas i oprowadza nas po swoich odkryciach w terenie.

Oczywiście na pierwszy ogień zainteresowały mnie wszystkie rozdziały o latarniach morskich. Tak przy okazji, książkę można czytać strona po stronie, albo wg własnego klucza. Ja czytałam w kolejności jakiej proponuje nam Autor.

Czym jest każdy rozdział? To po części zbiór najważniejszych informacji o danym miejscu - taka solidna baza, zwłaszcza ważna gdy gdzieś sami nie byliśmy - a po części to jak odbiera to miejsce Autor, czym jest dla niego. Wiele miejsc, które nie znam osobiście a są wymieniane stały się niejako z automatu inspiracją dla mnie. Bo skoro tak wiele pasji nas łączy to z pewnością znalazłabym te zachwyty i w dotąd nie poznanych obiektach Polski.

W każdym temacie mamy sporo zdjęć - i współczesnych i archiwalnych. Mogę tutaj dodać jako ciekawostkę, że w maleńkim stopniu przyczyniam się do wzbogacenia warstwy ilustracyjnej jednego rozdziału. Kto ma książkę niechaj sam znajdzie w jakim to rozdziale. I tu was zakończę. Nie dotyczy on latarni morskich. Jestem zaszczycona, że mogłam się pojawić takiej publikacji.

Mam nadzieję, że Tomek nie będzie miał mi tego za złe, ale sama poważnie zastanawiam się czy stworzyć tutaj cyklu o moich magicznych miejscach. Jeden wpis jeden obiekt czy miejsce. Hm.. rozważam to bardzo poważnie.

Kto zna inne publikacje Tomasza - a bardzo zachęcam do ich poszukania, także do cudownego cyklu o Mataszkach (więcej na mataszkowie.wixsite.com/mataszkowie) - to wie że potrafi pisać i można z każdą jego kolejną książką po prostu rozsiąść się wygodnie w fotelu z kawą i kotem i zanurzyć się w ten literacki świat.

Myślę, że taki przewodnik osobisty może też inspirować do poszukiwań własnych ważnych miejsc. Każdy z pewnością takie ma. Albo czekają na swoje odkrycie. Raz przychodzi to łatwiej, raz trudniej ale gdy się już przebywa w takim miejscu to się wie, że ono jest nasze. Ja mam tak zdecydowanie na Rozewiu, w kilku miejscach Półwyspu Helskiego, na Oksywiu w osadzie rybackiej. Och mogłabym teraz zacząć wymieniać. Patrząc na drugi biegun Polski zdecydowanie serce zostawiłam na Hali Gąsienicowej w Tatrach.

Jeśli znacie jakiegoś miłośnika podroży po naszym kraju przewodnik Tomka to idealny trafiony pomysł na prezent. Reasumując: Latarnica poleca!

Podstawowe dane książki:

Tytuł: Moje magiczne miejsca: Polska. Przewodnik osobisty
Autor: Tomasz Stochmal
Wydawca: STOTOM
Objętość: 130 stron
Oprawa: miękka
Wydanie: 2021

Okładka książki

Fot. Latarnica


Latarnica poleca [vol. 36]

Nie jest łatwo trafić dziś na tego typu literaturę - mam na myśli osadzenie akcji i czas (Półwysep Helski, XIX wiek). Nie znajdzie się ona na liście popularnych książek, a każdy kto poszukuje takich perełek w zasadzie nigdy może na nie nie trafić.

Podobnie było w moim przypadku z książką polskiego autora Stefana Balickiego pt. "Dziewiąta fala", której wydanie antykwaryczne dostałam w prezencie bo znalazła się na okładce latarnia morska. jakież było moje zdumieni gdy przy lekturze odkryłam iż cała akcja rozgrywa się na początku XX wieku w Rozewiu i okolicach a tamtejsza latarnia morska odgrywa istotną rolę bowiem bohaterowie żyją w gospodarstwie przylegającym do latarni i pracują w niej. Czy kiedykolwiek bym na tą książkę sama trafiła? Wątpię. Bo ani jakiś poczytny autor, ani znany tytuł. Przynajmniej dla mnie.

Myślę, że gdyby nie chęci i ogrom pracy tłumaczki pani Ireny Elsner - nikt w Polsce nie poznałby tej powieści. I nie ma znaczenia, że swego czasu autorka Fanny Lewald napisała kilkadziesiąt nowel i powieści. U nas są one nie znane. Urodzona w 1811 roku w Królewcu jako jedno z 9 dzieci kupca Davida Marcusa i jego żony Zippory, zmarła w 1889 roku w Dreźnie.

Miałam tą okazję rozmawiać z tłumaczką tej książki i wyznała mi, że ta historia czytana w oryginale czyli po niemiecku tak ją urzekła, że postanowiła ją przełożyć i wydać własnym sumptem. Trochę miałam obawy co do czasu powstania "Dziewczyny z Helu". Bałam się staroświeckiego języka, nieznanych realiów, pisarstwa na miarę tamtej epoki więc dziś dla czytelnika z XXI wieku mało strawnego.

A jednak już w trakcie lektury wiem o czym mówiła tłumaczka. Nie da się nie wciągnąć w historię Kathariny - córki kobiety urodzonej w Jastarni Gdańskiej i hiszpańskiego podoficera - która ucieka podczas oblężenia Gdańska w kierunku swojej rodzinnej wsi na Półwyspie Helskim, gdzie ma nadzieję zastać swoich wiekowych już rodziców.

Taki jest początek tej historii i myślałam, że to głównie będzie opowieść o niej, a nie jej córce. Kolejne strony pokażą że to córka jest tą tytułową "Dziewczyną z Helu".

Naprawdę ogromnym zaskoczeniem był dla mnie fakt, że ta opowieść tak bardzo mnie wciągnęła. Miałam wrażenie jakby powieść wyszła spod pióra współczesnego autora, który tylko badał przeszłość Ziemi Puckiej i wykorzystał to jako tło do swojej historii. A jednak "Dziewczyna z Helu" pokazuje te ziemie (bo akcja częściowo osadzona jest w Jastarni, Helu i Gdańsku) w czasach, gdy odwiedziła je Fanny Lewald. I musiały one (zwłaszcza Hel, co sama podkreśla w przedmowie i liście do przyjaciół) zrobić ogromne wrażenie.

Czy się dziwię? Zupełnie nie! Nawet obecnie ktoś kto widział już wielki zakątków naszego polskiego wybrzeża przyjeżdżając pierwszy raz na Półwysep helski może się poczuć zauroczony innością tego wąskiego skrawka lądu. A co dopiero Hel XIX wieku ze swoją zabudową i słynną ulicą Wiejską, którą tak wiernie Fanny Lewald oddaje. mamy też wątek z szczątkami spalonego kościoła w tzw. Starym Helu, którego ruiny jeszcze wtedy funkcjonowały.

Ta powieść zadowoli każdego miłośnika Półwyspu Helskiego. Ja akurat należę do tych osób co połykały każde historyczne i naukowe opracowanie o tych ziemiach i chłonie chętnie archiwalne sztychy i pierwsze fotografie Jastarni czy Helu. Mogę tylko Autorce pogratulować, że tak idealnie oddała realia życia w tamtym czasie, a także różnice w codziennym bycie i poziomie życia ludzi z różnych warstw od zwykłych rybaków, po samotne wdowy, sieroty czy ludzi piastujących najwyższe urzędy. W opisach Helu odnajduję stare zachowane dokumenty z sztychami i rysunkowymi wizerunkami tej miejscowości na które trafiałam szukając wszystkiego co się dało o dziejach miejscowości leżących na Półwyspie.

Powieść ucieszy też pasjonatów i miłośników latarni morskich. Mamy w tyj części dziejącej się w Helu postacie należące do rodziny tamtejszych latarników oraz opis wizyty bohaterki w ówczesnej latarni morskiej. Czegóż chcieć więcej? Fanny Lewald potroiła pisać. Akcja jest tak poprowadzona, że nie chce się książki przerywać i nurtuje nas co wydarzy się na kolejnych stronach.

Od razu dodam, że to nie jest lekka i przyjemna historia. Dramatyczne losy bohaterki są naszpikowane wieloma przykrymi wydarzeniami. Pisarka sięga też to tej części historii tych ziem, które mówią nam jak bardzo miejscowa ludność podatna była na zabobony i historia o czarach, klątwach i czarownicach. Przecież to właśnie w Chałupach na Półwyspie Helskim odbył się ostatni proces przeciwko miejscowej czarownicy Krystynie Ceynowa w 1836 roku.

Być może to co spotkało mieszankę Chałup było znane pisarce. Bowiem wykorzystuje ona w swej powieści informacje na temat sprawdzania czy dana kobieta jest czarownicą - nawet z obserwacji choćby jak zachowuje się dzika przyroda wobec jej domu i obejścia.

Osobiście nie spieszyłam się z lekturą "Dziewczyny z Helu" - chciałam jak najdłużej pobyć w tym miejscu. Akcja jednak tak przyspiesza i nurtuje, że trudno zachować dystans i nie zastanawiać się jak to wszystko może się zakończyć. A zakończenie może naprawdę zaskoczyć. Tym bardziej nie zdradzę z fabuły ani słowa. Wiem tylko jedno, że nie można nastawiać się negatywnie do tego typu lektury, bo może okazać się nawet w naszych czasach lekturą przemawiającą do uczuć i nie zostaje się wobec niej obojętnym.

O książce dowiedziałam się na profilu facebookowym tłumaczki, która wydała już kilka własnych książek, a w tym przypadku nie mogła odmówić sobie zajęcia się tłumaczeniem z niemieckiego na język polski. Powieść można kupić bezpośrednio u pani Ireny Elsner lub przez serwis aukcyjny allegro.

Reasumując: Latarnica poleca!

Podstawowe dane książki:

Tytuł: Dziewczyna z Helu (powieść społeczno-obyczajowa)
Tytuł oryginału: Das Madchen von Hela
Autor: Fanny Lewald
Tłumaczenie: Irena Elsner
Wydawca: Elsir Verlag, D-Amberg
Objętość: 280 stron
Oprawa: miękka
Wydanie: Amberg 2021 (pierwsze wydanie Berlin 1860, drugie wydanie Berlin 1876)

Fot. Latarnica, zdj. 2 - litografia z autorką książki i fragment listu do przyjaciół w którym zdradza co było inspiracją do powstania tej książki.

Poniżej XIX-wieczny Hel na starych fotografiach i kartkach, fot. aukcyjne


Latarnica poleca [vol. 35]

Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam zapowiedź tej książki a w zasadzie rzuciłam okiem na okładkę i tytuł pomyślałam sobie że ktoś zwariował. Bo nawet jeśli pisze się mały atlas latarni morskich to materiału jest tyle że można by wypełnić niejeden regał tomami o tej tematyce.

Nasz ziemski glob zdominowały morza i oceany. Mamy mnóstwo wysp i kontynentów, a one bardzo długie linie brzegowe. Tam wszędzie dla bezpiecznej żeglugi potrzeba obecności latarń. A więc obiektów nawigacyjnych na całym świecie jest tyle, że szczegółowa publikacja pobiła by objętościowo pewnie wielotomowe wydania Encyklopedii Britanniki!

Byłam bardzo ciekawa jak z kwestię mnogości materiału poradził sobie Autor, co za koncepcję przyjął, jak dokonywał selekcji. W końcu ta książka to tylko 160 stron i zaledwie 34 latarnie z całego świata (jaka szkoda, że do zbioru nie trafiła ani jedna nasza polska).

Pięknie to wszystko wyjaśnia we wstępie do Atlasu. Swoim pomysłem książki o latarniach zaskoczył bliskich bo go z nimi nikt nie kojarzył. To nie było tak, że latarnie to ogromna pasja Gonzaleza Maciasa. Ale... jak każdy wrażliwy na piękno tego świata człowiek dostrzega ich niezwykłość, ważną rolę i romantyzm. Bardzo podoba mi się to zdanie ze "Wstępu":

[...] W niemożliwej architekturze tych budowli taki piękno i dzikość.

I tak naprawdę to nie do końca książka tylko o latarniach, bo czytając o tych wybranych można jednocześnie jako czytelnik snuć rozważania o trudnym zawodzie latarnika, dzikości natury, niepohamowanej sile oceanów i mórz, radzeniu sobie z samotnością, na którą często latarnicy byli skazani. Można też zastanowić się nad przyszłością latarń. Czy będą potrzebne, czy warto by przetrwały a jeśli tak to jaką funkcję dodatkową mogą pełnić we współczesnym świecie.

Ogromnie doceniam że Autor zajął się tą książką od A do Z czyli nie tylko napisał tekst ale i sam wykonał ilustracje i opracował niezbędne mapy. Dla mnie idealny okazał się sytem czytania tej książki na raty, bowiem po każdym rozdziale uciekałam do przeglądarki Google by znaleźć aktualne zdjęcia danej latarni i doczytać inne, pominięte fakty. Bowiem rozdział poświęcony danej latarni to nie pełna jej historia a jedynie wycinek, coś co Autora poruszyło, zainspirowało, tajemnicza historia czy po prostu przedstawienie heroicznych czynów człowieka w walce z żywiołem.

Ponieważ w temacie latarń Polski i świata siedzę już ponad trzydzieści lat, prawie wszystkie historie i obiekty zaprezentowane w tym zbiorze były mi znane. Na szczęście trafiłam też na kilka, które okazały się terra incognita a tym samym ciekawym polem do eksploracji i dalszego postudiowania.

Muszę podkreślić wybitnie udaną szatę graficzną tej publikacji. Sztywna oprawa z pięknym grzbietem w pasy cudownie prezentuje się na półce. Autor bardzo estetycznie zaprojektował całość co sprawia że jest ona spójna, a wizerunki latarni tajemnicze, niedopowiedziane, ale przez to kuszące do ich zbadania.

Na kartach tej książki pojawią się również znane postacie choćby z literatury, bo coś na ścieżce życia łączy ich z daną latarnią. Nie zdradzę kto to jest, aby była większa niespodzianka podczas lektury.

Gonzalez Macias zauważył, że w dziejach niektórych latarni mamy epizody tajemniczych zdarzeń i zjawisk. O nich również można przeczytać w tej książce. Nie ma tu bibliografii (szkoda) więc nie wiem z jakich źródeł korzystał, ale poza klasycznymi danymi historycznymi Autor nie bał się sięgać też do kultury masowej i popularnej podając np. tytuły współczesnych filmów inspirowanych historią dalej latarni.

"Mały Atlas..." czytałam całkowicie pochłonięta tematem. Warto nie spieszyć się z tą lekturą, wsłuchać się w jej rytm fal przyboju uderzających o poszczególne latarnie.

"Światło na krańcach świata" to coś więcej niż po prostu atlas. Niby mamy mapy, niby mamy hasła - poszczególne 34 latarnie, ale sposób opowiadania o nich i szata graficzna sprawiają że ma się wrażenie obcowania z sztuką wyższą. Jest ogromna przyjemność kartkowania tej książki, wdychania jej zapachu, odczuwania faktur papieru i oprawy pod dłonią.

Autora do tematyki latarnianej zainspirowała powieść Juliusza Verne "Latarnia na końcu świata". Kto z nas nie czytał i nie przeżywała dzieciństwie fantastycznych opowieści francuskiego pisarza! Oczywiście latarnia z tej znanej powieści ma swój pierwowzór w świecie realnym. O inspiracjach dla Verne'a również można u Maciasa przeczytać. Książkę kończy informacja, że wydanie "Małego Atlasu..." przypada na 137 rocznicę zapalenia światła w wieży stanowiącej inspirację dla Verne'a.

Ponieważ mój blog Latarnica dotyczy głównie latarń morskich i miłośnicy tychże trafiają tutaj najczęściej od razu dodam - aby nikt nie miał wątpliwości - posiadanie i lektura książki Maciasa to jazda obowiązkowa dla faromaniaków. Będziecie do niej wracać, będziecie kartkować, będziecie drążyć temat latarń światowych i ich dziejów. Ja jestem najnowszą publikacją Wielkiej Litery oczarowana!

Reasumując:  Latarnica poleca!

Podstawowe dane książki:

Tytuł: Światło na krańcach świata. Małī atlas latarni morskich
Autor: Gonzalez Macias
Ilustracje i mapy: Gonzalez Macias
Wydawca: Wielka Litera
Objętość: 160 stron
Oprawa: twarda
Wydanie: październik 2021

Fot. Latarnica

Poniżej okładka front i tył

Poniżej ozdobna wyklejka i spis treści

Poniżej przykładowa zawartość

Poniżej całe piękno tej książki to perfekcyjne połączenie szaty graficznej z treścią i pomysłem

Serdecznie dziękuję Wydawnictwu Wielka Litera za podesłanie egzemplarza recenzenckiego z gratisowym gadżetem (uroczą drewnianą latarnią morską) oraz zasponsorowanie nagrody w konkursie facebookowym.


Latarnica poleca [34]- Zeszyt Helski nr 31

Rok temu po wakacjach, dokładnie w czerwcu 2020, napisałam tutaj o 25 Zeszycie Helskim, bo jakże mogłabym pominąć publikację całkowicie poświęconą latarniom morskim. Bardzo ucieszył mnie wtedy pomysł, że w ramach tych zeszytów jeden poświęci się TYLKO latarniom Półwyspu Helskiego.

Zeszyt Helski nr 31 był również takim bardzo wyczekiwanym. Nie dość, że miałam tą przyjemność poznać jego treść jeszcze przez ukazaniem się (serdecznie ukłony i podziękowanie dla pana Władysława Szarskiego z Muzeum Obrony Wybrzeża), to niecierpliwie wypatrywałam wersji drukowanej bo tekst znałam, ale nie miałam pojęcia jakie ilustracje i archiwalne fotografie będą jej towarzyszyć.

Zeszyt dotarł do Muzeum dosłownie dzień po tym jak je odwiedziłam w przed ostatni dzień wakacji licząc też, że nabędę na miejscu. Niestety musiałam zaczekać już w Poznaniu na wysyłkę na mój adres, ale przybyła błyskawicznie - jakby wiedziała że pośpiech wskazany (atutem wysyłki był piękny stempel pocztowy z żaglowcem).

Co mogę napisać o samej publikacji? To nie będzie typowa recenzja, bo nie mam zamiaru oceniać zebranych przez Autora faktów historycznych. To raczej pochwała tematyki i jej przekazania. Tym razem zeszyt sięga do historii Helu, ale skupiając się na aspekcie życia cywili w okresie od 20-lecia międzywojennego aż do wybuchu II WŚ.

Mam lekkiego bzika na punkcie czytania dziejów naszych kąpielisk morskich od czasów ich kształtowania się po powrocie dostępu do morza aż do lat tuż po wojnie. Ta książeczka idealnie się wpasowuje w te moje zainteresowania. Zawsze mnie zastanawia czym byłyby dziś te miejsca, jaki poziom prezentowałyby zarówno architektoniczny jak i jakości świadczenia usług letnikom, gdyby nie wojna i smutne - pełne niszczenia - czasy komuny.

Hel po powrocie do ziem polskich przebudził się jako rodzące się wspaniałe kąpielisko z perspektywami. Nadciągająca wizja II WŚ i tworzenie w nim rejonu umocnionego, a więc postawienie na militaryzację tych ziem, a nie turystykę nad Bałtykiem przekreśliły zjawisko, które nie przeszło w kolejne fazy rozkwitu.

Było to bolesne zarówno dla miejscowych jak i kuracjuszy, a także celowo zsyłanych na te ziemie wojskowych i ich rodzin. Wszyscy borykali się z wieloma problemami czy to administracyjnymi czy kwaterunkowymi. A przecież to na Półwyspie Helskim mamy przepiękne szerokie białe plaże, cudowne warunki do kąpieli w Wielki i Małym Morzu, obłędne widoki, wspaniałą nadmorską roślinność często unikatową i chronioną oraz historię, którą na każdym kroku należy przekazywać dalej, a charakterystyczną starą zabudowę ulicy Wiejskiej należy na gwałt chronić.

To właśnie z Helem związane są losy naszych wspaniałych miejsc noclegowych, w których kuracjuszom oferowano wszystko co najlepsze. Najsłynniejszym z nich był nieistniejący Hotel "Polonia" (wcześniej helski kurhaus) w okolicach cypla (dziś tereny portowe). To tam na wakacje przyjeżdżali też słynni artyści, tam spacerował z córką Moniką pisarz Stefan Żeromski, tam przyjeżdżał Juliusz Żuławski. Nie bez powodu właśnie ten obiekt znalazł się na okładce 31 zeszytu wraz z przylegającym pomostem, do którego przybijały statki wycieczkowe z Gdańska, Sopotu czy Gdyni.

W bogatym materiale fotograficznym mamy dzieje znanych obiektów ale i scenki rodzajowe z tego okresu czy prezentację mody na tzw plażowe pidżamy, w których letnicy śmiało i dumnie spacerowali uliczkami Helu.

Publikacja skupia się głównie na Helu jako kąpielisku morskim, historii spółki "HEL Kąpiele Morskie" która z czasem powstała i była niejako odpowiedzią na zapotrzebowanie, bowiem Polacy pokochali ten skrawek lądu i chętnie go odwiedzali. Ważną kwestią dla tego terenu była utwardzona droga, a niebagatelną powstanie linii kolejowej.

Na potrzeby kuracjuszy powstawała i rozbudowywała się cała infrastruktura - pierwsze hotele, duże pensjonaty, restauracje, cukiernie, łazienki plażowe. Z automatu do miejscowości przybyli ludzie oferujący usługi fotograficzne, powstało pierwsze kino, a także tworzyły się dobrze wyposażone sklepy kolonialne.

Od samego początku całym sercem wspieram działalność MOW w Helu i doceniam to jak wykorzystano pozostałości militarne i przekształcono je na placówki edukacyjne i muzealne. Na dodatek miło patrzeć jak z każdym rokiem oferta jest poszerzana. Czy to MOW czy konkretnie leżące najbliżej miasta Muzeum Helu (kierujemy się na lewo po wyjściu z pociągu i stacji PKP) - to obowiązkowe punkty w wakacyjnych wędrówkach podczas pobytu na Półwyspie.

Reasumując  Latarnica poleca!

Podstawowe dane książki:
Tytuł: REJON UMOCNIONY HEL oczami cywilów
Cykl wydawniczy: Zeszyty Helskie (nr 31)
Autor: Marek Prabucki
Wydawca: Stowarzyszenie Przyjaciele Helu, Helski Kompleks Muzealny, Wydawnictwo MS Wejherowo
Objętość: 88 stron
Oprawa: miękka
Wydanie: maj 2021

Poniżej okładka (front i tył) 31 Zeszytu Helskiego

Poniżej wybrane przykładowe strony

Zeszyty Helskie można zamawiać bezpośrednio ze strony muzeum - tutaj:

https://helmuzeum.pl/pl/wydawnictwa/zeszyty?fbclid=IwAR1pa8USBJQetr7bHXo9frheWXyd_xd4Ov6U_iFVTVtKQZrIRIUM5woi-CU

lub na miejscu w Helu w sklepiku muzealnym do czego bardzo zachęcam.


Latarnica poleca - vol. 33

To w zasadzie nie będzie i nie może być recenzja. Nie mnie osądzać ludzkie losy i życiowe wybory oraz ścieżki karier zawodowych. To raczej garść refleksji po lekturze, luźne przemyślenia i zachęta do poczytania.

Książka dotarła do mnie dzięki Towarzystwu Przyjaciół Narodowego Muzeum Morskiego, do którego od lat należę i przy okazji przynależności do niego staram się dalej (głównie poprzez internet) propagować tematykę latarnianą i morską.

Zawsze z przyjemnością czytałam biografie ludzi morza, relacje z wypraw żeglarskich, wielkich eskapad oceanicznych, historie budowy portów, łodzi, rodzenie się i rozwój jednostek muzealnych powiązanych z morzem i wybrzeżem. Ta książka i pomysł na nią doskonale się w te gusta wpasowuje. Nie obawiałam się, że stracę na nią czas. Mimo, że z opisywanych osób znam osobiście zaledwie kilka. Nie miało to większego znaczenia. To kolejna lektura z wielką wodą i marzeniami w tle.

Sama idea ukryta już w tytule podoba mi się. Bo życie czasami tak nas pokieruje, że nie zawsze wielcy i znani ludzie morza czy zasłużeni dla spraw morskich są osobami z dziada pradziada urodzonymi na wybrzeżu. Otóż jak widać po tych zebranych rozmowach - wcale tak nie jest i nie musi tak być. Nie ma żadnej reguły!

Bohaterowie rozmów o morzu, wybrzeżu i swojej pracy zawodowej związanej z morzem często pochodzą z odległych zakątków kraju oraz z samego południa kraju, a w morzu zafascynowało ich coś dzięki przeczytanym w dzieciństwie lekturom, napotkanej osobie, która przeżyła coś fajnego na wybrzeżu lub swój los z nim związała. Czasami opowieść bliższej lub dalszej znajomej zapoczątkuje zew wyruszenia w nieznane i stanie się nasionkiem wielkiego marzenia o pracy na morzu lub w instytucjach z nim związanych.

W tym zbiorze życiorysów mamy niestety tylko dwie kobiety. Ale za to jakie! Krystyna Chojnowska-Liskiewicz to żeglarka, która jako pierwsza samotnie opłynęła kulę ziemską. Druga - Anna Wypych-Namiotko - to kapitan żeglugi wielkiej i obecnie urzędnik państwowy.

Każdy rozdział składa się z dwóch zasadniczych części - krótkiego biogramu bohatera oraz właściwej rozmowy. Mamy tutaj historie m.in. kapitanów żeglugi, rybaków, projektantów statków, pracowników naukowych, nawigatorów, inżynierów, pracowników muzealnych, pasjonatów modelarstwa okrętowego czy duszpasterza ludzi morza.

Nie jestem związana z tym środowiskiem, dla mnie osoby, z którymi rozmawiał Autor są bardzo anonimowe (poza kilkoma) i czytałam ich losy i przebieg zawodowej kariery z ogromnym zainteresowaniem. Najbardziej ciekawiły mnie początki każdej z nich czyli co było tym bodźcem, który pchnął na północ ku wielkiej wodzie i zawodowej przygodzie, która w przypadku wszystkich jest również ich wielką pasją.

Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu w przypadku większości jest wymieniana lektura miesięcznika "Morze" i książki podróżnicze pochłaniane w młodym wieku. I coś w tym jest, bowiem ja również doskonale pamiętam numery "Morza" które prenumerował tutaj w Poznaniu mój dziadek i jako małe dziecko z ogromnym zainteresowaniem je przeglądałam - początkowo mogąc jedynie napawać wzrok ilustracjami - pełnymi egzotyki i przygód. Może już wtedy zakiełkowała i we mnie miłość do morza i wybrzeża, która już w dorosłym życiu tylko się rozwinęła. Było coś magicznego i namacalnego w oddziaływaniu tej gazety na ludzi młodych i ciekawych świata.

"Morze szumi pod Tatrami" to doskonała książka dla tych nieprzekonanych czy podjąć swą pracę zawodową w dziedzinie związanej z morzem. Jeśli już dziś czujecie w sobie kiełkowanie takiej idei warto spróbować. Przekona was o tym rozmowa z każdym z bohaterów.

Reasumując  Latarnica poleca!

Podstawowe dane książki:
Tytuł: Morze szumi pod Tatrami
Autor: Paweł Janikowski
Wydawca: Towarzystwo Przyjaciół Narodowego Muzeum Morskiego
Objętość: 392 strony
Oprawa: twarda
Wydanie: Gdańsk 2020

Poniżej okładka, spis treści oraz kilka przykładowych rozkładówek tej książki

Fot. Latarnica


Latarnica poleca - vol. 32

Dziś na warsztat biorę dopiero co przeczytaną i świeżo przeżytą lekturę: "Chłopca z wyspy" Maxa Ducosa. Niech nikogo nie zmyli sugerowany wiek czytelnika ze strony internetowej wydawcy określony na przedział 6-9 lat. Owszem - to będzie Czytelnik idealny - bo może się identyfikować z bohaterem książki i najpełniej go zrozumieć, ale... Dorosły wrażliwy odbiorca literatury (zwłaszcza taki, który wciąż po trochu czuje się jak dziecko w odkrywaniu nowych literackich światów) będzie równie ukontentowany tą przygodą.

Tak wiem, nie mogę być tutaj obiektywna, bo książka jest historią z latarnią w tle, a to już czyni ją w moim mniemaniu wyjątkową. Niestety nic nie poradzę na to, że stopień zamiłowania do latarń morskich osiągnął u mnie już lata temu apogeum. I nie da się tego leczyć. Ale i nawet taką historię można popsuć słabym stylem czy materiałem ilustracyjnym. W tym przypadku nie ma o tym mowy. Z resztą sami spójrzcie na sam koniec i te przykładowe ilustracje. Coś wspaniałego!

Zatem jedno jest już ustalone - co do grafik i kunsztu malarskiego Maxa Ducosa nie ma czego się doczepić. Piękne pejzaże, wspaniałe barwy, fajna kreska a latarnia, którą można zaliczyć do jednej z głównych bohaterek tej historii jest piękna i jak malowniczo położona. Aż mnie ciekawi czy autor inspirował się jakimś autentycznym obiektem z wybrzeża Francji. Tak czy inaczej ogląda się te obrazki przy lekturze z ogromną przyjemnością i wyszukuje detale.

Fajnym zabiegiem jest wyróżnienie kolorystyczne i stylistyczne ilustracji, które są powiązane z opowieścią z przeszłości jednego z dwóch męskich bohaterów. Mamy bowiem tutaj zetknięcie dwóch światów: realnego (ten świat reprezentuje Tymek) i tego zza... Oj chyba za dużo bym zdradziła. Powiedzmy, że druga płaszczyzna akcji rozgrywa się w świecie z latarnią, wyspą o stromych brzegach i wodach, w których postrach sieje Dodekapus. Tam mieszka też drugi chłopiec - Morgan. Tajemniczo brzmi? I niechaj tak pozostanie, bo podczas czytania będzie mniejsza przyjemność zaskoczenia.

Sama historia bazuje na sprawdzonym i tak lubianym w pewnym wieku schemacie: ja żyję tu i teraz, ale nagle pod wpływem pewnego zdarzenia czy gestu odkrywam wrota do innego świata i tam się udaję by przeżyć wielką przygodę. Niech ktoś powie, że w młodym wieku nie marzył o takiej historii? Przejścia/bramy do innych światów zdarzały się bowiem na kartach książek, za drzwiami starych szaf, w dziuplach drzew, za zarośniętymi nieużywanymi drzwiami itp. Tutaj jest to coś zupełnie innego.

Treści niesione nie bezpośrednio w głównym nurcie tej opowieści są bardzo uniwersalne. Na wierzchu mamy historię z gatunku przygody - fajną i trzymającą w napięciu z elementami historycznymi i wspominkowymi. A między wersami mamy podrzucone tematy dojrzewania, relacji wśród rodzeństwa gdy jedno dorasta i zaczyna się interesować innymi sprawami niż zabawa, mamy temat ekologii i szacunku dla świata przyrody, wykorzystywania w życiu nauk wpajanych nam przez rodziców, ekspansji cywilizacji bardziej rozwiniętych na małe lokalne społeczności, a także obnażenie brzydkich ludzkich cech jak chciwość i kierowanie się w życiu tylko władzą pieniądza.

Zatem historia uniwersalna, mądra i pobudzająca do myślenia na wiele tematów. Może też wywołać dyskusję na tematy pokrewne między dziećmi i rodzicami.

Reasumując krótko i zwięźle: Latarnica poleca!

Podstawowe dane książki:
Tytuł: Chłopiec z wyspy
Tytuł oryginalny: Le garcon du Phare
Autor: Max Ducos
Przekład: Monika Szewc-Osiecka
Ilustracje: Max Ducos
Wydawca: Polarny Lis
Objętość: 64 strony
Format: 224 x 300 mm
Oprawa: twarda
Wydanie: Warszawa 2020

Poniżej aranżacje z okładką i kilka przykładowych rozkładówek tej pięknie ilustrowanej książki

Fot. Latarnica

Kocia modelka przeszkadzajka: kotka Mysza


Latarnica poleca - vol. 31

Dziś lektura dla miłośników kotów. raczej tych młodszych, choć mnie się bardzo podoba, bo opowiada historie prawdziwe. Z dwoma się wcześniej zetknęłam w prasie o kotach, trzy pozostałe były mi całkiem nieznane.

To tylko malutki wybór z mnóstwa takich niezwykłych historii o bohaterskich kotach, ale tak czy inaczej może zaciekawić i być wciągający, bo opisane sytuacje są aż nieprawdopodobne i poruszające.

Autorka musiała dokonać wyboru, ale uczyniła to biorąc na swój warsztat historie różnorodne a więc nie mamy pięciu opowieści, w których koty dokonały takiego samego bohaterskiego czynu, tylko całkiem różne opowieści z różnych stron świata.

Wszystko przepięknie zilustrowała pani Aleksandra Gołębiewska, nadając grafikom styl, który mnie skojarzył się z 20-leciem międzywojennym.

Książka idealnie nadaje się na prezent pod choinkę czy inną uroczystość dla młodego miłośnika zwierząt, a szczególnie kotów. Przekona się jak na kolejnych stronicach padają fałszywe bite i przekonania na temat tych zwierząt. Opowiedziane historie pokazują te stworzenia jako istoty wierne, odważne, przywiązane, bardzo towarzyskie, ceniące kontakt z ludźmi i mające terapeutyczne właściwości.

Warto po każdym przeczytanym rozdziale poszukać informacji i archiwalnych zdjęć danego kota w internecie. Poza tym zalecałbym czytać jedną opowieść dziennie lub nawet co kilka dni, tak aby każdą na spokojnie przeżyć i przemyśleć w sobie, pochodzić z nią w głowie.

Tytuł dobrze oddaje przesłanie tej publikacji. Zwierzęta mogą i często ratują nas ludzi w różnych trudnych sytuacjach. Bywa że dosłownie, a czasami w wymiarze poprawy naszego nastroju czy przegnania smutku. Temat bohaterskich kotów, które zmieniły świat szerzej omawia nowa pozycja na naszym rynku pt. "Opowieści o kotach które rządziły światem. 30 kocich bohaterów, którzy dokonali niezwykłych rzeczy" Hamilton Kimberlie i myślę, że wkrótce wam rownież o niej opowiem.

Jeśli chodzi o "Kota na medal" po prostu Latarnica poleca!

Podstawowe dane książki:
Tytuł: Kot na medal - prawdziwe historie bohaterskich kotów
Autor: Małgorzata Kur
Ilustracje: Aleksandra Gołębiewska
Wydawca: Ezop
Objętość: 104 strony
Oprawa: twarda
Wydanie: Warszawa 2018

Poniżej okładka i dwie ilustracje

Poniżej książka jako idealny dodatek do kawy i ciasta.

Poniżej wnętrze książki: (wybrane strony)

Fot. Latarnica / modelka: kocica Mysza


Latarnica poleca - vol. 30

Dziś taki nietypowy wpis w ramach tego cyklu, bo łączony: książkowo-filmowy. Ale od razu wyjaśniam skąd taki duecik. Nie poznałabym tego filmu, gdyby nie zainspirowała mnie do szukania informacji na ten temat wspaniała powieść jednego z moich ulubionych autorów - Petera Maya z Glasgow.

W książkach Maya zakochałam się już przy pierwszym kontakcie z jego prozą. Był to "Czarny dom" - tom 1 trylogii Wyspa Lewis. Przepadłam! Trochę się bałam czy autor utrzymuje poziom i dziś po poznaniu 5 powieści (na szczęście jeszcze jedna przede mną) wiem, że będę go czytać w przyszłości w ciemno.

To najwyższa półka i na dodatek akcja w większości osadzona jest na Hebrydach - wyspach u wybrzeży Szkocji. A takie nadmorskie klimaty i małe rybackie społeczności uwielbiam. Nie dziwi więc, że pisarz pojawiał się w moich osobistych rankingach książek NAJ w podsumowaniach czytelniczych danego roku.

Tej jesieni sięgnęłam po niezależną od innych jego książkę pt. "Na szlaku trumien". Jak zwykle to doskonały kryminał z akcją na wyspach. To tak najbardziej skrótowo. Ale nie bez powodu na okładce powieści grafik umieścił latarnię morską.

Ależ się ucieszyłam, gdy jednym z wątków i plenerów tej opowieści okazała się wyspa Flannana z latarnią morską - konkretnie wyspa Eilean Mòr. Nie jest to zasadniczy pion akcji, choć ma znaczenie. Ale dzięki wymieniu tej wyspy i opisaniu latarni od razu zaczęłam szukać czy to miejsce fikcyjne czy istnieje naprawdę.

Wujaszek Google od razu zaprowadził mnie opisami i zdjęciami do NAPRAWDĘ istniejącej latarni na wyspie Flannana. Tak naprawdę istnieją Wyspy Flannana (liczba mnoga bo tych niezamieszkanych wysp jest aż 41!). Na jednej z nich (Eilean Mòr) stoi niewielka latarnia morska.

Poniżej archiwalna kartka pocztowa z tą latarnią, fot. leuchtturm-welt.net

Poniżej 4 widoki z wyspy Eilean Mòr - latarnia i strome podejście do niej kamiennymi schodami, fot. geograph.org.uk (fot. Peter Standing 2x, Chris Downer 2x]

Dlaczego tak mnie poruszył ten wątek, że drążyłam temat dalej? Otóż Peter May tylko sygnalizuje w swojej książce (początkowo myślałam, że to pomysł autora) historię tajemniczego zniknięcia pełnej obsady latarników z Eilean Mòr, która miała miejsce w 1900 roku. Zagadka do dziś nie jest rozwiązana i należy do tzw. tajemnic świata. Teorii jest wiele od całkiem sensownych do najbardziej fantastycznych, w których wszystko sprowadza się do porwania przez kosmitów.

Bardzo ciekawy artykuł na ten temat znajdziecie tutaj: https://joemonster.org/art/39504 oraz na blogu: http://tajemniczezaginiecia.blogspot.com/2015/09/zaginiecie-latarnikow-z-flannal-isle.html

O samej powieści trudno pisać więcej, aby nic nie zdradzić, ale porywa od pierwszych stron. Mamy tu bohatera, który odzyskuje świadomość na pustej plaży i ma zanik pamięci. NIe wie o sobie nic. Tak zaczyna się ta opowieść. A im dalej tym większy mętlik czułam w głowie. I sama nie potrafiłam przewidzieć zakończenia tej historii.

Tytułowy Szlak trumien jest szlakiem istniejącym na wyspie Harris, na której rozgrywa się główna akcja. Bohater odkrywa, że mieszka tam od roku bo przyjechał pisać książkę (o tajemniczym zniknięciu latarników z 1900 roku) i znajduje mapę z Szlakiem Trumien, na której ma pozaznaczane konkretne punkty. To tyle na start i zachętę. Naprawdę warto poznać tą książkę.

Podstawowe dane książki:
Tytuł: Na szlaku trumien
Autor: Peter May
Tytuł oryginału: Coffin Road
Tłumacz: Lech Z. Żołędziowski
Wydawca: Albatros
Gatunek: kryminał/thriller
Objętość: 384 stron
Oprawa: miękka
Data wydanie: pierwsze 2017 rok, drugie 2018 rok

Szukając już w trakcie lektury informacji o tajemniczym zniknięciu latarników natrafiłam na trailer filmu "Keepers" (polski tytuł "Bez śladu"), który okazał się ekranizacją tej historii i jest jedną z możliwych interpretacji tego co zaszło na Eilean Mòr w 1900 roku. Trailer zachwycił mnie na tyle, że musiałam ten film obejrzeć. Do wyboru dla chętnych jest albo zakup za kilkanaście złotych dvd na serwisach aukcyjnych albo obejrzenie w internecie (np. na stronie Cinema.pl).

Podstawowe dane filmu:
Tytuł: Bez śladu
Tytuł oryginału: Keepers
Reżyseria: Kristoffer Nyholm
Scenariusz: Joe Bone, Celyn Jones;
Wybrana obsada: Gerard Butler, Peter Mullan, Connor Swindells, Søren Malling, Ólafur Darri Ólafsson
Gatunek: kryminał/thriller
Produkcja: Wielka Brytania
Premiera: październik 2018

Trailer do obejrzenia tutaj: https://www.youtube.com/watch?v=c23jxbbIgPg

Moja osobista opinia na temat tego filmu jest jak najbardziej pozytywna i zachęcająca. Historia jest prawdopodobna i bez udziwnień i uciekania się do świata nadprzyrodzonego. Ogromnym atutem jest fakt, że to kino brytyjskie. Doskonała gra aktorów, obłędne pejzaże, wspaniałe sceny z udziałem latarni i jej wyposażenia. Akcja trzyma w ogromnym napięciu.

Poniżej kilka zdjęć z filmu, fot. filmweb.pl

Jednym zdaniem: Latarnica poleca!


Latarnica poleca - vol. 29 - zeszyt helski nr 25

W zasadzie o książce Marcina Wawrzynkowskiego wydanej w serii helskich zeszytów mogłabym napisać jedno zdanie i brzmiałoby ono: "Brać w ciemno!"

Ale to czasami zbyt mało, nawet żeby przekonać miłośnika latarni morskich. Odbiorcą tej książki powinien być ktoś, kto sercem jest przy naszych rodzimych blizach, a na dodatek serce skradł mu rejon Półwyspu Helskiego. To tyle jeśli chodzi o Czytelnika idealnego. Ale na pewno "Latarnie morskie Półwyspu Helskiego" zadowolą kogoś i z mniejszą, i większą wiedzą tematu.

Autor pokusił się wziąć na warsztat tylko część naszego latarnianego wybrzeża. Dla mnie osobiście tego najlepszego. W publikacji poza początkowym ogólnym wprowadzeniem na temat historii latarń morskich i oznakowania nawigacyjnego przechodzimy do kolejnych rozdziałów, które są już omówieniem poszczególnych latarni.

25 zeszyt helski omawia latarnie: Rozewie I i II, Jastarnia, Jastarnia Bór (nieistniejąca), Góra Szwedów (wyłączona) i Hel. Na sam koniec jest słów kilka o tym czym zajmie się Autor - o modelarstwie czyli latarniach morskich w miniaturze.

Nie będę ukrywać, że trochę pomagałam przy narodzinach tej książki. Kiedy napisał do mnie Marcin - pomysł bardzo mi się spodobał bo jeszcze nikt nie potraktował wybiórczo tego odcinka wybrzeża pod kotem latarni w jednej publikacji drukowanej. udostępniłam część zdjęć i podsunęłam źrodła do pozyskania innych oraz doradziłam w kwestii materiałów, które warto przejrzeć, poczytać, czy uwzględnić. Ogrom pracy wykonał sam Autor, a efekt jest idealny.

Atutem tego wydawnictwa są świetne załączona ilustracje - i te historyczne i te współczesne. Mamy też ciekawe cytaty z literatury tematu. Omawiane historie poszczególnych latarń są ujęte rzeczowo i z pasją. Dłuższe wprowadzenie ogólnohistoryczne (do strony 48) fajnie nakreśla rolę i dzieje tych obiektów nawigacyjnych na świecie i w Polsce.

Jak na tak niewielką książkę ilość podanych informacji jest konkretna i nie traktuje tylko tematu po łepkach - jak czasami bywa w oprazownaich typu "polskie latarnie morskie" gdzie mamy kilka suchych faktów, parametry i stale powtarzane te same suche fakty. Przy lekturze czuje się, że to coś więcej, że Autorowi bardzo zależy na Czytelniku i tym co chce mu opowiedzieć. W moim prywatnym rankingu jedna z lepszych pozycji w tym temacie na polskim rynku wydawniczym.

Reasumując - Latarnica poleca! Dla początkujących miłośników tematu jak i tych szukających poszerzonych treści. Dla zakochanych w Półwyspie Helskim obowiązkowo!

Dane książki: 
Tytuł:  Latarnie morskie Półwyspu Helskiego
Autor:  Marcin Wawrzynkowski
Seria: zeszyt helski nr 25
Wyd. Muzeum Helu Stowarzyszenia "Przyjaciele Helu"
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 110
Oprawa: miękka, klejona

Poniżej okładka i wybrane rozkładówki.

Autor tej książki jest wielokrotnie nagradzanym modelarzem i dzięki niemu placówka Muzeum Helu wzbogaciła się latem 2019 roku o przepiękny model do latarnianej sali. Jest to w skali latarnia na Górze Szwedów pod Helem. Poniżej tuż przed instalacją w sali muzealnej, jeszcze na terenie MOW w Helu i sam Autor ze swoją pracą. Wykonanie i detale na najwyższym poziomie. Polecam obejrzeć tą ekspozycję jak i całe Muzeum Helu. Więcej o tej chwili przekazania modelu w archiwalnym wpisu blogowym:

https://latarnica.pl/2019/08/23/latarnia-morska-na-gorze-szwedow-modele-muzealne/

Latarnica poleca - vol. 28 - Sentinels of the Sea

Dziś w tym cyklu nietypowe, bo anglojęzyczne dzieło. Ostatnio było już nietypowo, bo zamiast książki omawiałam film. To trzymam się teraz konwencji, aby było trochę inaczej.

Nie jestem osobą znającą biegle języki obce, aby w nich czytać literaturę. Więc jeśli trafia się coś w języku obcym o latarniach to interesują mnie bardziej wydania albumowe, takie książki do oglądania, niż czytania.

O istnieniu tej nic bym nie wiedziała, gdyby nie reklama internetowa, która pewnego dnia mi się wyświetliła. Myślałam, że to książka do czytania. Na szczęście na stronie księgarni było też pokazane wnętrze i wtedy mnie aż zapowietrzyło z wrażenia.

"Sentinens of the Sea" okazało się strzałem w dziesiątkę, bo zawiera to co lubię - stare archiwalne ujęcia dotyczące różnych latarni. I to jakie ilustracje! Przekroje, plany architektoniczne, sztychy, fotografie... Dominują ilustracje i oko zachwyca się każdą kolejną odkrywaną kartą.

Tak naprawdę w przypadku tej książki wystarczy pokazać wnętrze, aby od razu się zachwycić. Do tego przepiękna okładka w sztywnej oprawie, z płóciennym grzbietem i złoceniami. Cacko!

I tylko zaraz się marzy żeby mieć takie same piękne dokumentach dotyczące historii naszych latarni. Niestety o ile do części z nich z pewnością by się materiały archiwalne znalazły, to do wszystkich z pewnością nie.

Ale jeśli lubi się tematykę latarnianą tak globalnie, i jeszcze pod kątem historii, architektury, detali i rozwiązań technicznych oraz dawnych czasów to ta książka jest idealna. Jednym zdaniem - Latarnica poleca!

Dane książki:
Tytuł: Sentinels of the Sea. A Miscellany of Lighthouses Past
Autor: R.G. Grant
Wyd. Thames & Hudson
Ilustracje: 408 archiwalnych rycin i fotografii (National archives)
Ilość stron: 160
Oprawa: twarda

Fot. i aranżacje Latarnica


Latarnica poleca - vol. 27 - Lighthouse

Nie przypominam sobie, abym w cyklu Latarnica poleca pisała w przeszłości o jakimś filmie. Ale może taki rzadki przypadek miał miejsce. Tym razem nie mogę się oprzeć i byłoby to coś nienaturalnego dla tematyki tego bloga, gdybym pominęła powstanie filmu "Lighthouse", mającego swą światową premierę w maju 2019 roku.

Ja miałam przyjemność zobaczyć film po premierze w Polsce - w grudniu 2019. I tak byłam mile zaskoczona, że znalazł się jakiś odważny dystrybutor, bo ten film jest zdecydowanie niszowy, a nie nastawiony na zarabianie pieniędzy.

Tak naprawdę trudno o nim mówić czy pisać. Jest tak wielowymiarowym obrazem, że uważam iż każdy zobaczy w nim coś innego. A odniesień do choćby mitologii i legend morskich jest w nim wiele. Trudno też go jednoznacznie przypisać do konkretnego gatunku filmowego. Po prostu nie da się. Film płynnie przechodzi od obyczaju do dramatu, przez horror, kryminał aż do studium psychologicznego ludzkich wynaturzeń.

Jedno jest niezaprzeczalne - to zupełnie inne kino i inny odbiór obrazu filmowego dla widza. Nie mamy tam zamkniętej historii wiodącej od punktu A do Z. Nie wiemy co jest prawdą, a co imaginacją, co jawą a co snem. Ale każda z tych płaszczyzn ma taki klimat i siłę wyrazu przemawiającą obrazem, dźwiękiem i grą aktorską, że na samo wspomnienie od razu mam ciarki.

Tak, dźwięk tego filmu to zdecydowanie osobna kwestia. Kto jest wrażliwy na hałas może szybko poczuć dyskomfort. Tutaj nie znajdziemy oryginalnej muzyki napisanej specjalnie do filmu. Jest za to kakofonia dźwięków tak głośno nagranych, że od początku rozsadza widzowi czaszkę. Huczy wiatr, szumią sztormowe fale, wyją buczki przeciwmgłowe, chałupa latarników się rozpada, maszyneria latarni pracuje pełną parą, mewy krzyczą... Po prostu obłęd.

Idealnie się to synchronizuje z akcją i opowiadaną historią. Na jej temat nie powiem ani słowa. To trzeba zobaczyć. A co mamy? Jest latarnia i dwóch latarników (swoją drogą niezwykle poprowadzona scena zmiany załogi latarni), jest wyspa i ocean. Na wyspie mały klaustrofobiczny świat. To wystarczy dla kogoś, kto lubi takie klimaty. A wszystko na dodatek tylko w czerni i bieli i nie na klasycznym obrazie panoramicznym, ale zbliżonym do kwadratu. Do tego tak piękne kadry, że śmiało zdjęcia z tego filmu wieszałabym na ścianie jako obrazy.

A gra aktorska? Cóż... Dla mnie bohater grany przez Dafoe to jego najlepsza rola. Oczywiście trudno przy tym aktorze mówić o słabych kreacjach filmowych, ale tutaj wbił mnie w kinowy fotel. I ten archaiczny piękny język, te długie jakby pełne melodii kwestie. To film tylko do oglądania z napisami! To trzeba słyszeć.

Miłą niespodzianką jest gra partnera Dafoe - Roberta Pattisona. Aktor młodego pokolenia poradził sobie i udźwignął rolę. Obydwoje całkowicie przykuwają nasz wzrok i zachwycają. Widz wchodzi w tą historię i ten świat. Ale to też jeden z takich filmów, które albo się kocha albo nienawidzi.

Rozmawiałam o "Lighthouse" ze znajomymi, którzy podjęli wyzwanie i są wśród nich i tacy którzy totalnie go nie rozumieją, inni nie są wstanie obejrzeć do końca, ale są i tacy jak ja - oczarowani. Na szczęście. Podsumowanie nie mogłoby więc być inne - po prostu Latarnica poleca!

Poniżej podstawowe dane:
– reżyseria: Robert Eggers
– scenariusz: Robert Eggers / Max Eggers
– gatunek: Dramat / Horror
– produkcja: anada / USA
– premiera: 19 maja 2019 (świat)
– premiera Polska - grudzień 2019
– w rolach głównych: William Dafoe i Robert Pattison
– czas trwania: 1 godz. 52 minuty

Poniżej plakaty reklamujące film, ze strony oficjalnej filmu

Poniżej zdjęcia z facebookowej strony filmu:

Fotografia główna wpisu, fragment oficjalnej strony www: https://a24films.com/films/the-lighthouse

Poniżej link do zwiastunów:

Trailer nr 1: https://www.filmweb.pl/video/Zwiastun/nr+1-50820

Trailer nr 2: https://www.filmweb.pl/video/Zwiastun/nr+2-51334