Latarnica poleca [vol. 57]

Kochacie wombaty? Ja bardzo! Nie wiecie co to takiego? A raczej kim są? A może słowo wombat brzmi dla was obcojęzycznie albo przypomina nazwę rasy przedstawiciela obcej cywilizacji? Nic bardziej mylnego. Wombaty to nieduże ssaki z rodziny torbaczy - prawdopodobnie blisko spokrewnione z uroczymi misiami koala. Zamieszkują tak odległy dla nas kontynent australijski, ale są w tej chwili bardzo popoularne w internecie - podobnie jak kapibary i kawie domowe (dawniej nazywane świnkami morskimi). Jak wygląda w naturze wombat? O właśnie tak:

Fot. wikipedia.org

Taki właśnie futrzasty australijski ssak jest bohaterem serii książeczek "Malinka Wombat". A raczej bohaterką, bo jak imię wskazuje Malinka to dziewczyna, która umiłowała podkreślać swoją urodę malinową kokardą na głowie. Poniżej sami zobaczycie jak pięknie ona wygląda i jakie same ciepłe uczucia wzbudza.

Do moich rąk trafił drugi tom serii pt. "Malinka Wombat i Kanagurek". Zatem już po spojrzeniu na okładkę wiemy, jakie zwierzaki będą bohaterami tej egzotycznej przygody. Ale zanim się ona wydarzy poznamy rodzinę Malinki - Tatę Wombata (zapalony czytelnik), Mamę (miłośniczkę sztuki) i jej dwóch braci: Klopsa (kto zgadnie co lubi?) oraz Maksymiliana - znanego podróżnika - bohatera innego cyklu powieści.

Malinka też ma swoją specjalizację - jest reporterką (coś czuję, że duży wpływ na to miał brat podróżnik). A skoro tak, to musi być czujna i mieć bystre oko na to co się wokół dzieje, bo nigdy nie wiadomo, co nas spotka wartego szybkiego opisania. Czasami powodem do chwycenia za pióro może być spotkanie Pani Kangurowej wraz z jej synkiem Kangurkiem.

Malinkę i Panią Kangurową połączyło jedno zadanie - obie miały trafić do biblioteki w wombackim lasku, aby oddać pożyczone książki. Ale jak to w życiu - nie wszystko poszło gładko po ich myśli.

Cykl o "Malince Wombat" skierowany jest do dzieci w wieku 4-8 lat. To nieduże objętościowo książeczki, ale jak się już zacznie je czytać i oglądać ilustracje to nawet ja - czytelnik dorosły - całkowicie dałam się uwieść tej opowieści. Autor Marcin Kozioł (znany mi już z cudownej "Mony Mysi" - zajrzyjcie koniecznie do 56 odcinka cyklu Latarnica poleca) jak zawsze pisze zabawnie, lekko i nie da się powstrzymać uśmiechu przy lekturze. W takich opowieściach sami stajemy się tą historią, bo całkowicie wchodzimy w nią i nie jesteśmy już w Europie Środkowej, ale teleportujemy się do gorącej Australii. Lektura uczy i pobudza do poszerzania wiedzy o nowych gatunkach zwierząt. Może zainspirować młodego przyrodnika do dalszego rozwijania swojej raczkującej pasji.

Podobnie jak przy "Mona Mysi" książeczkę ilustrowała Monika Urbaniak. Tego się nie da oddać słowami - to trzeba oglądać i chłonąć wzrokiem. Wombaty są oddane przeuroczo. Podobnie jak środowisko, w którym żyją. Aż chciałoby się pogłaskać ich futerka. Jeśli ta historia się wam spodoba koniecznie sięgnijcie też po tom 1 pt. "Malinka Wombat i Klops" (książki z tej serii można czytać w dowolnej kolejnosci). A jak potrzeba wam szerszego spojrzenia podróżniczego to lekturą obowiązkową będzie "Wombat Maksymilian".

Na samym końcu książeczki właśnie swoje przysłowiowe trzy grosze wtrąca starszy brat Malinki i prezentuje  swoje notatki z obserwacji kangurów - przez co mamy wiedzę w pigułce o tym gatunku zwierząt. Ta lektura może też być zachętą do rodzinnego odwiedzenia ogrodów zoologicznych, gdzie można spotkać prawdziwe wombaty i kangury.

Reasumując: Latarnica poleca!

Podstawowe dane książki

Tytuł: „Malinka Wombat i kangurek”

Autor: Marcin Kozioł

Ilustracje: Monika Urbaniak

Wydawca: Bumcykcyk

Objętość: 432 stron

Oprawa: twarda

Format: 220 x 265 mm

Poniżej okładka – front i tył

Poniżej wyklejka w australijskim stylu oraz strona tytułowa

Tak zaczęło się nasze czytanie czyli ja i kotka Mysza podczas lektury "Malinki Wombat"

Poniżej okładka oraz wybrane rozkładówki książki

Poniżej fotosesja z moją kocią modelką Myszą

Fot. Latarnica

Wpis powstał dzięki współpracy z Wydawnictwem Bumcykcyk.

Tą oraz inną książkę tego Autora i Wydawcy możecie nabyć (również w opcji z autografem Autora) na stronie wydawnictwa:

https://www.bumcykcyk.com


Latarnica poleca [vol. 56]

W zalewie wiosennych nowości książkowych reklama premiery „Mony Mysi” zdecydowanie przykuła mój wzrok. Jak tylko zobaczyłam postać uroczej myszki z parasolką patrzącej na mnie z okładki od razu kliknęłam w tytuł, aby dowiedzieć się o niej coś więcej.

Mam słabość do zwierząt. Mam słabość także do myszek i gryzoni, bo są urocze i piękne. Nie rozumiem krzyków i paniki na obecność myszy w jakimś pomieszczeniu. Według mnie dodają tylko uroku – gdziekolwiek by się nie pojawiły. Dlatego mysia bohaterka książeczki to dla mnie strzał w dziesiątkę i strzał prosto w moje serce. Byłam pewna, że Mona Mysia mnie zauroczy. A dodatkowo chciałam poznać jaką historię skrywa ta piękna książeczka.

Czy dzieci nudzą się w muzeum? Z pewnością tak. Duże sale, w których panuje zazwyczaj cisza i słychać tylko pisk podeszw butów zwiedzających. Wielkie obrazy, często w ciężkich złoconych ramach, tajemnicze postacie zerkające na nas z płócien. To nie jest środowisko, o którym marzą aby spędzać w nim czas.

A gdyby tak jednak zainteresować dzieci sztuką i tym co może nam dać obcowanie z wielkimi mistrzami pędzla z różnych epok? Niemożliwe? Ależ skąd! Jeśli przewodnikiem po muzealnych salach poświęconych różnym stylom w sztuce będzie sympatyczny rysunkowy bohater można przemycić w historię o łasej na ser myszce mini lekcje o wielkich malarzach dawnych epok i współczesności.

A najlepiej gdy treść współgra z tym co oczaruje oczy. A muzealne sale mają ten atut. Trzeba tylko poprowadzić przez nie Monę Mysię i dać jej wejść w świat obrazów  (wręcz poczuć na sobie) dzieła malarzy epok dawnych jak i tych z XX wieku.

Od pierwszej strony dałam się wciągnąć tej opowieści. Z równie dużym zainteresowaniem spojrzałam na szyld i stanęłam pod gmachem muzeum jak Mona Mysia. Co czekało za jego drzwiami? Na pewno przygoda. Ale nie ona kusi myszkę. Jak u każdego zwierzaka – wizja smacznego posiłku może zmotywować do przełamania pewnych barier i strachu. W tym przypadku wizja smacznego sera stała się zapalnikiem do wejścia na nieznany teren muzeum.

„Mona Mysia” Marcina Kozła jest fantastycznym startem i pierwszymi krokami do ukazania dzieciakom ogromu i bogactwa świata sztuki malarskiej minionych epok. Dzięki temu, że bohaterka  w poszukiwaniu swojego celu musi przejść przez kolejne sale staje oko w oko z obrazami reprezentującymi różne style malarskie. A da się to wszystko intensywnie przeżyć dzięki idealnemu połączeniu słowa z obrazem.

Tutaj muszę osobno podkreślić ogromne zasługi ilustratorki tej książki – Moniki Urbaniak. Wykonała wspaniałą pracę! Dzięki jej wybitnemu talentowi stworzyła przeuroczą postać Mony (ach ten nosek, wąsiki, zalotne oczy), a i potrafiła cudownie wkomponować ją w znane dzieła twórców sztuki dawnej i współczesnej. Prawdziwa uczta dla oczu. 

Lektura tej książki przypomniała mi dwa piękne filmy dla dorosłego widza, w których bohaterowie wchodzą namacalnie w obrazy i jest to niezwykle ukazane na dużym ekranie. Mam na myśli film z 1999 roku „Między niebem i piekłem” z Robinem Williamsem oraz ekranizacje biografii malarki Fridy z Salmą Hayek z 2002 roku. Tam obrazy na naszych oczach ożywają i podobne doświadczenia ma mała myszka odczuwając na sobie artystyczne temperamenty malarzy, ich styl pociągnięć pędzla cz feerię barw. Aż kręci się w głowie. 

W historii Mony młody odbiorca może zapoznać się między innymi z takimi nazwiskami i pojęciami stylów jak: Monet (impresjonizm), Picasso (kubizm), Dali (surrealizm), Warhol (pop-art) czy Rembrandt (sztuka baroku). Informacje o charakterystycznych cechach prac danego malarza są tak wplecione w treść, że zupełnie nie odbiera się ich jako suchych i niestrawnych faktów z historii sztuki. Tutaj wielki ukłon w stronę Autora, który świetnie podszedł do tematu i w żadnej części tej opowieści nie zniechęca i nie nudzi czytelnika.

Byłoby wspaniałe, gdyby po lekturze „Mony Mysi” dzieciaki same chciały odbyć wycieczki do muzeów w swojej okolicy. Po cichu liczę że będą takie przypadki, podobnie jak to, że książeczka skusi do samodzielnych prób malowania i testowania różnych metod kładzenia farby i używania różnych podłoży malarskich.

Jako miłośniczka sztuki i absolwentka szkoły sztuk pięknych odnalazłam w tej książce swoje dawne, pierwsze fascynacje malarstwem  i wróciłam pamięcią do kilku ulubionych malarzy (Picasso, Dali, Warhol). W dzieciństwie uwielbiałam przeglądać albumowe wydania książek z reprodukcjami malarstwa z różnych epok. „Mona Mysia” z pewnością skusi i inne dzieci do takich doświadczeń, a może w domowych biblioteczkach znajdą książki o sztuce.

Opowieść o myszce Monie przeznaczona jest dla czytelnika w wieku 5-9 lat. Już do samodzielnego czytania, ale i również do wysłuchania i pooglądania. Jestem przekonana, że spodoba się dzięki niezwykłemu połączeniu treści z obrazem. Ilustracje mają tutaj ogromne znaczenie i dopowiadają o malarstwie to co nie opisano słownie. Premiera książki odbyła się w kwietniu tego roku. Trzymając egzemplarz w dłoni czuć miły aromat farby drukarskiej. A może to magiczny zapach farb z pracowni opisywanych artystów? W końcu książki to magiczny świat dzięki któremu przenosimy się, gdzie tylko chcemy. „Mona Mysia” zawędrowała wraz z Autorem na targi książki do Bolonii gdzie prezentowała się wspaniale razem z innymi tytułami wydawnictwa Bumcykcyk.

Marcin Kozioł jest autorem kilkudziesięciu książek dla dzieci i młodzieży. To wytrawny podróżnik pasjonat, który przez wiele lat pracował w National Geographic Polska. Z aparatem fotograficznym zwiedził ponad 60 krajów. Bogactwo doświadczeń zawodowych i podróżniczych czuć na kartach jego książek. Z ilustratorką Moniką Urbaniak współtworzy także serię przygodowo-podróżniczą „Malinka Wombat”. Ale o tym napiszę Wam już wkrótce przy innej okazji.

Reasumując: Latarnica poleca!

Podstawowe dane książki

Tytuł: "Mona Mysia"

Autor: Marcin Kozioł

Ilustracje: Monika Urbaniak

Wydawca: Bumcykcyk

Objętość: 48 stron

Oprawa: twarda

Format: 220 x 265 mm

Poniżej okładka – front i tył

Poniżej wyklejka w styla malarstwa Pollocka oraz strona tytułowa

Poniżej okładka oraz wybrane rozkładówki książki

Poniżej fotosesja z moją kocią modelką Myszą, z którą wspólnie przeczytałyśmy tą książkę

Fot. Latarnica

Wpis powstał dzięki współpracy z Wydawnictwem Bumcykcyk.

Tą oraz inną książkę możecie nabyć (również w opcji z autografem Autora) na stronie wydawnictwa:

https://www.bumcykcyk.com


Latarnica poleca [vol. 55]

To miała być taka recenzja jak zwykle. Ot zebrane myśli na temat książki, którą z przyjemnością przeczytałam. Ale już czuję, że musi tu wkroczyć trochę prywatnej historii i taka będzie ta opowieść o Kociołku - nowości Wydawnictwa bis -  mająca dla mnie swoje korzenie o wiele, wiele wcześniej niż teraźniejszość. Bo jak tylko zobaczyłam zapowiedź i okładkę "Kocioł - pierwszy astroMIAUta" od razu przypomniałam sobie o swojej pierwszej kosmicznej zwierzęcej książce, która bardzo mnie ukształtowała. Ale to mogłam dostrzeć dopiero z perspektywy lat i upływu czasu.

Dawno, dawno temu kiedy Monika była jeszcze małą Monisią zaczytywała się w książeczce "Szare Uszko" Mieczysława Piotrowskiego (a najpierw wsłuchiwała w jej treść,  bo nie potrafiła jeszcze czytać). Pokochała głównego bohatera zajączka, który sprzeciwał się okrutnym działaniom myśliwych, a ostatecznie trafił do szkoły dla zwierząt, w której uczono latać w przestrzeni kosmicznej. Co ważniejsze Szare Uszko po edukacji w szkole dla astronautów zakwalifikował się do lotu w kosmos i wyruszył rakietą poza ziemię by ujrzeć z bliska twarz księżyca.

Poniżej moja ukochana książeczka z dzieciństwa:

Ta historia była dla mnie tak czarująca i znacząca, że kosmos, astronautyka, astronomia, obce cywilizacje i kolonizacja kosmosu pojawiły się w moich wyborach książkowych i filmowych przez całe życie bardzo często. Po drodze pojawiło się i marzenie o studiowaniu astronomii, ale jednak poziom nauk ścisłych byl dla mnie - jako humanistki - nie do przejścia.

Nic dziwnego, że zalotne spojrzenie kota Kociołka z okładki książeczki pani Marty Rydz-Domańskiej natychmiast sprawiło, że serce zabiło mi mocniej. Bo coż mi mogła ta lektura ofiarować? Podwójne szczeście w postaci bohatera, który należy do mojego ulubionego gatunku zwierząt jak i kosmiczną wyprawę! Nic więcej do pełni szczęścia mi nie potrzeba! Duet KOT-KOSMOS to to, co gwarantuje szybkie bicie serca, uśmiech na ustach i nieziemskie emocje.

Nie będę ukrywać - jako "konsument literatury" - nieznane książki czy niesprawdzonych autorów zdecydowanie oceniam najpierw po okładce czy tytule. Tutaj od razu aż zaiskrzyło! Ze stacji kosmicznej spogląda na mnie sympatyczny Kocioł - kot astroMIAUta, a w przestrzeni kosmicznej wędruje pracownik stacji. Cudowne kolory, wspaniala kreska, styl który od razu mi przypasował no i to cudne oryginalne imię kota! Natychmiast książkę zamówiłam i nie mogłam się doczekać na paczkę.

Kiedy trzymałam już w dłoniach historię astroMIAUty aż mnie kusiło, by rzucić wszystko i od razu zagłębić się w lekturze. A ponieważ miałam rozpoczęte inne książki zaczekałam parę dni i z wielką lubością, w ukochanym fotelu, z kubkem herbaty w dłoni oddałam się tej kosmicznej opowieści. Plan był taki by sobie dawkować i za szybko nie dotrzeć do celu, ale... plany jak to plany, a życie swoje. Zapadłam się dosłownie w tej historii i na jeden wieczór oddałam kosmosowi i stacji z kotem na pokładzie.

Nie podejrzewałam jak wielu silnycn emocji mi dostarczy, jak bardzo będę się martwić, denerwować, bać ale i również uśmiechać, przytakiwać, a chwilami wręcz mruczeć przy niej. A jako, że czytaniu towarzyszyła moja kotka Mysza leżąca na kolanach to i ona usłyszała wiele fragemntów tej książeczki.

"Kocioł - pierwszy astroMIAUta" ma w sobie wszekkie cechy książki idealnej. Świetna, trzymająca w napięciu historia - pięknie przyprawiona informacjami ze świata nauki, które zupełnie nie odbiera się jako suchych informacji z astronautyki. Mamy wspaniałego, sympatycznego bohatera - nierasowego kota o wdzięcznym imieniu Kocioł, który jak to każdy kot z własnej ciekawości i wygody dobrego spanka może nagle znaleźć się w bardzo niekomfortowej sytuacji. Stacja kosmiczna to nie najlepsze środowisko bytowania dla domowego kota. Nagle rodzi się wiele problemów - choćby w kwestiach żywienia czy załatwiania swoich potrzeb fizjologicznych.  Obecność Kociołka totalnie zaskakuje pracowników stacji, ale stając przed tym faktem będą musieli po prostu dostosować swoje zadania i obowiązki tak, by kot mógł ten czas spędzić po kociemu i mając zaspokojone swoje potrzeby.

Kocioł jest cudownym stworzeniem, zaskarbia sobie załogę, ma do dyspozycji kosmiczny ogród w którym są prowadzone badania biologów nad uprawą roślin w tak innych niż ziemskie warunki. Po drodze przyjdzie nam i bohaterom zmierzyć się z kosmiczną przygodą mrożącą krew w żyłach i nic już więcej nie zdradzę. Ale tak czy inaczej lektura tej książki to sama przyjemność. Jej treść wciąga, fascynuje miejscem akcji, a strona wizualna czyli ilustracje Autorki są cudowne. Z przyjemnoscią wpatrywałam się w każdą i błądziłam wzorkiem po detalach i sylwetce Kociołka.

Śmiało mogę powiedzieć, że przy lekturze tej książki przyjemność znajdą nie tylko dzieci, ale i dorośli. Jedyny minus to taki, że opowieść za szybko dobiegła końca. Z przyjemnością poczytałabym więcej,  a sam Kocioł jest tak fajnym bohaterem, że mógłby pojawić się w jakiejś inneg książkowej historii i przeżyć kolejne przygody - choćby miały być tylko ziemskie.

Reasumując: Latarnica poleca!

Podstawowe dane książki:

Tytuł: Kocioł pierwszy astroMIAUta

Autor: Marta Rydz-Domańska

Ilustracje: Marta Rydz-Domańska

Wydawca: Wydawnictwo bis

Objętość: 64 strony

Oprawa: twarda

Format: 165 x 235 mm

Poniżej okładka – front i tył

Poniżej wybrane rozkładówki książki

Poniżej sesja z moją kocią modelką Myszą - wspaniale się nam razem czytało o Kociołku i przeżywało kosmiczne przygody.


Latarnica poleca [vol. 54]

Chyba nikt nie ma wątpliwości, że w końcówce XX wieku, a już na pewno w XXI wieku koty rządzą internetem i naszym życiem. Trudno jest się oprzeć urokowi tych mięciutkich istot o wielkich oczach, którymi potrafią wyprosić u człowieka niemal wszystko na zawołanie. Kochamy koty w filmach, w literaturze, w reklamie i na opakowaniach stosowanych produktów. Wiadomo – kot sprzeda dziś wszystko samą swoją obecnością. A życie u jego boku nigdy nie będzie już takie samo i podobne do tego z okresu „przed posiadaniem kota”. Sama to wiem i już trudno mi wyobrazić sobie jak wygląda żywot bez współdzielenia go z tą istotką na czterech łapkach.

Podobne podejście do życia ma rodzina bohaterki książeczki „Minka i jej kocie przygody” Anny Bichalskiej. Bo nie tylko dzielą swoje życie z malutką i pełną szalonych pomysłów kotką Minką, ale i jej rodzeństwem Łatką i Szarusiem i kocią mamą Łapką. Z kociakami jak z małymi dziećmi – żywe srebra gotowe czerpać z życia ile się da, ciekawskie i chętnie stawiające czoła wyzwaniom, nawet jeśli nie do końca zdają sobie sprawę z ich skutków.

Minka jest najbardziej ciekawska i odważna. Gdy rodzeństwo śpi nocą wtulone z futerko mamy wsłuchując się z jej równy oddech, bicie serca i czerpiąc kojące ciepło koteczka gotowa jest na nocne zwiedzanie mieszkania i odkrywanie nieznanych przedmiotów, zapachów i wysokości. Bo wysokie ciągi komunikacyjne to kotki lubią zbadać. Inaczej stamtąd widać świat i można zaczaić się na rodzeństwo. Dewizą życiową Minki jest, że życie jest pełne niespodzianek i fascynujących zjawisk. I one tak bardzo ją kuszą że jest w stanie prowadzić samotne nocne badania choćby kosztem swojego snu. Przecież kotki – w przeciwieństwie do ludzi - mają ten komfort i odeśpią wszystko za dnia!

Książka Anny Bichalskiej w kilku niedługich rozdziałach idealnie oddaje pomysłowość małego kota mieszkającego z ludźmi w jednym mieszkaniu. Wszystko może go zainteresować. Ludzki umysł nie potrafi nawet sobie wyobrazić jak atrakcyjne mogą być zupełnie niepozorne przedmioty. Z kociej perspektywy kwiatki doniczkowe to dżungla, wiadro z wodą ocean, zasłona ścianka wspinaczkowa, a odkurzacz to straszny wyjący potwór, choć można go okiełznać i się z nim zaprzyjaźnić. Ale to trzeba być tak odważną kotką jak Minka. 

Autorka doskonale oddaje pozytywne wartości jakie wnosi w nasze życie kot. Ludzka rodzina Minki – a zwłaszcza dziewczynka Lusia – ma wiele rozrywki z samej obserwacji pomysłów koteczki. Minka jako ta odważniejsza bywa prowodyrem zabaw z rodzeństwem podsuwając im różne scenariusze zabaw w mieszkaniu. Najlepsze są zdobywania nowych – niedostępnych dotąd – obszarów. A że czasami po wejściu nie da się już zejść to inna sprawa.

Dla kogo jest ta opowieść o sympatycznej odważnej kotce? Na pewno dla młodszych dzieci. Jeśli same mają kota odbiorą te historie przez pryzmat własnych doświadczeń. Jeśli nie mają, może książka będzie dobrym wstępem do rozmów o wprowadzeniu do rodziny zwierzęcego przyjaciela. Dużą czcionka będzie wygodna dla dzieci już czytających ale sprawdzi się również w wieczornych czytaniach przed snem przez rodzica.

Na koniec muszę podkreślić atuty wizualne tej publikacji. Bo książki jak jedzenie też często kupuje się a na pewno sięga po nie patrząc na okładkę. To ona przykuwa nasz wzrok i woła z półki. A na okładce widzimy prześliczną słodką koteczkę. Chce się od razu zajrzeć do środka. Jestem zachwycona ilustracjami Anety Krella-Moch! Wszystkie kotki z obrazków są tak słodkie a ich oczka i spojrzenia czarujące. Wygodny format i sztywna oprawa ułatwia śledzenie ilustracji przez dziecko podczas czytania np. w łóżku. Jeśli ta historia Wam się spodoba z pewnością poszukacie innych książek Anny Bichońskiej. Zajrzyjcie koniecznie na ofertę na stronie wydawcy (www.wydawnictwobis.com.pl).

Reasumując: Latarnica poleca!

Podstawowe dane książki:

Tytuł: Minka i jej kocie przygody

Autor: Anna Bichońska

Ilustracje: Aneta Krella-Moch

Wydawca: Wydawnictwo bis

Objętość: 84 strony

Oprawa: twarda

Format: 165 x 235 mm

Dziękuję Wydawnictwu bis za egzemplarz recenzencki.

Poniżej okładka - front i tył

Poniżej wybrane rozkładówki książki

Poniżej sesja z moją kocią modelką Myszą – która cierpliwie wysłuchała w dwa wieczory historii o kotce Mince

Fot. Latarnica / marzec 2024


Latarnica poleca [vol. 53]

Mają wiele uroku książkowe cykle, bo zapewniają, że przy końcówce lektury nie żegnamy się z bohaterami i ich światem na zawsze. Jeśli książka jest dobra, jeśli postacie wzbudzają w nas pozytywne emocje, a ich życie jest takie, w którym chętnie jako czytelnik się odnajdujemy, to dobijając do ostatniej strony lektury czuje się ogromny żal. Opuścimy znany teren i ruszymy w nieznane. A czasami uczucie tęsknoty jest tak dominujące, że nie wiemy czy będziemy chcieli przeskoczyć w inny literacki świat. Doświadczałam tego stanu od dziecka i mam nadal już jako dorosły czytelnik.

Na szczęście istnieją cykle. I cyklem jest też "Ulica Pazurkowa". Miałam tą świadomość zaczynając czytać tom pierwszy i zapoznając się z historią rodziny Kociejków. Poznajemy ich w chwili wyjątkowej. Po pierwsze ta historia dzieje się  tuż przed i w święta Bożego Narodzenia (a kto zaprzeczy i nie przyzna wyjątkowości tej porze roku?). Po drugie, los rodziny za chwilę bardzo się zmieni. A to za sprawą nieplanowanej wizyty kota Ogryzka i jego apetytowi na karpia. Podwójny życiowy fikołek! Niecodzienność wkraczająca w codzienność!

I tak odkrywamy, że na ulicy Pazurkowej jest nieduży wielorodzinny dom. W domu tym poza Kociejkami mieszka i kilka innych rodzin oraz osób samotnych, które próbują jakoś te swoje sąsiedzkie układy, swady i zgody klocek po klocku na co dzień poukładać. Ale jak wiadomo ile ludzi tyle charakterów, temperamentów i poziomów relacji.

Życie codziennie domu na Pazurkowej wywraca do góry nogami kot. Ale czy to kogoś dziwi? Skoro koty rządzą światem to co dopiero jednym domem. Taki tam fikuśny rudzielec skrada natychmiast serca Kociejków i ich dzieci, ale obecność kota szybko staje się  już nie tylko ich sprawą. Ona płynnie przejdzie na każdego mieszkańca tego niewielkiego domostwa. Nie dość, że kot wzbudzi różne emocje i odkryje prawdziwe twarze kociarzy i antykociarzy to po prostu pewnego dnia Ogryzek tak jak nagle się pojawił tak zniknie!

NIe jest moim zamiarem opowiadanie tej historii, bo cała radość to jej odkrywanie karta po karcie. Od karpia i Ogryzka się zaczyna, ale idzie swoim torem dalej i tak mając na półce już cały cykl (w chwili obecbej 4 tomy) możemy wskoczyć w życie bohaterów i w inne pory roku. Nie dość, że mamy stały zestaw postaci (mieszkańców domu przy Pazurkowej) to na plan wchodzą i nowi bohaterowie (także zwierzęcy). W kolejnym tomie poznamy nowych lokatorów (a jak i dlaczego jest nagle wolne mieszkanie to już sami doczytacie). Rodzina Nowicjuszów przybywa z synkiem i swoim psem Pierogiem, a Karolek idealnie pasuje jako kolejny chłopiec do zgranej paczki dzieciaków z domu przy Pazurkowej.

W tomie 2 i 3 (Nowi lokatorzy oraz Matylda i Klopsik) mamy porę letnią. Cudowny czas wakacji kiedy dziecaki mogą sobie wymyślać od samego rana zabawy, kiedy pogoda pozwala na bieganie w terenie, a okolica ulicy Pazurkowej całkiem fajna, bo i w pobliżu Lasek Kocimiętki, Kocia Polanka, Różany Stawek i ulice o wdzięcznych nazwach: Majerankowa, Jabłkowa, Truskawkowa czy Nagietkowa. Od razu miałam jakieś takie luźne skojarzenia do cudownego własnego okresu wakacji z lat szkoły podstawowej, kiedy zachwyciłam się lekturą "Dzieci z Bullerbyn". Tak samo ciepłe emocje, grupka przyjaciół, zabawy i wspólne przygody.

Najnowszy tom 4 (Zaklinacz kotów) ukazał się w 2023 roku i dostał nagrodę Książki Roku 2023 portalu granice.pl. Z niego to dowiemy się m.in. jak można poradzić sobie ze spanikowanym kotem na drzewie oraz pomalutku dorastamy wraz bohaterami dziecięcymi. Lokatorzy domu przy Pazurkowej wciąż są dla siebie jak jedna rodzina i łączą ich wspólne cele, pasje oraz zwierzęta. Suszarnia - poza latem, kiedy najchętniej odwiedzany jest domek pod drzewem w ogrodzie - jest miejscem spotkań dzieciaków, ale i regularną miejscówką na omawianie bieżących spraw wszystkich mieszkańców. Z resztą popatrzcie na nią na ilustracjach. Aż chce się tam pójść!

Patrząć jak rozwija się akcja spodziewam się kolejnych tomów i nie bedę ukrywać, że chętnie już bym poznała ciąg dalszy. "Ulica Pazurkowa" to przesympatyczna opowieść dla młodszych i starszych. Czytelnik w każdym wieku coś odkryje dla siebie i ma szerokie spektrum postaci z kilku pokoleń - więc zawsze można się z kimś zidentyfikować. Podoba mi się, że opowieści Aleksandry Struskiej-Musiał poza główną osią akcji poruszają ważne problemy i zjawiska takie jak nasz stosunek do zwierząt, osób starszych, wzajemna opieka międzypokoleniowa, uczynność, tolerancja dla inności, niepełnosprawność, akceptacja wśród rówieśników, ucieczka od problemów w swój wąski świat, współpracwa w grupach, rozwiązywnaie konfliktów u dzieci i dorosłych.

Książki z tej serii mogą wnieść dla dziecka wiele dobrych treści, podsuwających nienachalnie różne rozwiązania w sytuacjach, które każdy z nas kiedyś przeżywał. Główne opowieści każdego tomu są wciągające, lekko i dobrze napisane. Aż sama się zdziwiłam jak bardzo mocno i głęboko wskoczyłam w ten świat i się w nim rozgościłam jako niewidzialny obserwator/ czytelnik.

Bardzo polecam te książki na prezenty dla dzieci. Są wspaniałe na tzw. wieczorne lektury przed snam i do polekturowej dyskusji. Zadowolą młodych miłośników psów i kotów. A może wspomogą czasami tak trudne rodzinne rozmowy na temat tego czy przygarnąć psa lub kota. Autorka pokazuje jkak wiele dobrego wnoszą w nasze życie zwierzęta i jak pozytywnie potrafią nas odmienić.

Na koniec muszę jeszcze podkreślić, że tekst dopełniają cudowne ilustracje, a sztywna oprawa i poręczny format z dużą czcionką pomagają w dobrym odbiorze i np śledzeniu treści przez oglądanie obrazków w czasie gdy dorosły czyta książkę dziecku.

Reasumując: Latarnica poleca!

Na cykl "Ulica Pazurkowa" składają się 4 tomy przygód bohaterów mieszkających w jednej kamienicy przy tytułowej ulicy

4 tomy mają nie tylko przepiękne ilustracje ale i cudowne, dobrane graficznie wyklejki okładek

Poniżej okładki cyklu front i tył

Podstawowe dane książki:

Tytuł: Ulica Pazurkowa

Podtytuł: tom 1 Na tropie Ogryzka, tom 2 Nowi lokatorzy, tom 3 Matylda i Klopsik, tom 4 Zaklinacz kotów

Autor: Aleksandra Struska-Musiał

Ilustracje: Monika Rejkowska (tom 1-3), Katarzyna Zielińska (tom 4)

Wydawca: Wydawnictwo bis

Objętość: 64 strony

Oprawa: twarda

Format: 165 x 235 mm

Poniżej przykładowe rozkładówki z wnętrza książki:

Nie byłoby recenzji, a już na pewno nie ominęłaby ona  tzw. kociej historii, gdyby nie pozowałaby z tymi egzemplarzami moja doświadczona kocia modelka Mysza.

Dziękuję Wydawnictwu bis  za egzemplarze recenzenckie (tom 1 i 4) i możliwość szybkiego zapoznania się z tym cyklem!

Fot. Latarnica / luty 2024


Latarnica poleca [vol. 52]

Ponieważ wciąż mamy zimę - jakby nie było to styczeń - więc bieli za oknem nie ma się co dziwić. Tym łatwiej przychodzi nam jeszcze zmierzać się i powracać myślami do klimatu świąt Bożego Narodzenia. Nie udało mi się szybciej przygtować wpisu o tej książce, a nie chcę by czekał cały rok do kolejnej Gwiazdki. Dobrze jeśli historia bylaby czytana w okolicy  świąt czy też w same poranki lub wieczory Bożego Narodzenia ale nic nie stoi na przeszkodzie by traktować ją szerezj - jako zimową opowieść. Bo śnieg rownież znajdziemy na jej kartach i uroczych ilustracjach.

Tak się złożyło, że zapoznanie się z bohaterami miejsca nazywanego Mysią Doliną nastąpiło u mnie od ostatnio wydanej części czyli tomu 3 - okolicznosciowego. Tą okolicznością są właśnie tak wyjątkowe dni świąteczne. Mają one tyle właścucych sobie cech, że trudno je pomyslić z innym okresem roku. Bo co widzimy w wyobraźni i jakie zapachy czujemy gdy słyszymy słowa: choinka, śnieg, pieczenie pierników, prezenty, wielopokoleniowe spotkanie rodzinne?

Czytająć tą skromniejszą objętościowo niż poprzednie tomy historię od razu wchodzimy w sedno czego dotyczy - czas przedswiąteczny, jakże piękny ale i pełen prac i obowiązków. Do rodziny myszek przybywa Babcia. A tylko z bacią najlepiej się piecze ciasteczka i tylko Babcia zna najlepsze histoprie i ma cały wszechświat opowieści do przekazania swoim wnukom.

Ale jak to bywa często w okresie swiąt dochodzi do wlekich i małych katastrof. Czasami są to przewrócone tylko choinki (gorzej gdy spalone), a czasami nieudane zupełnie wypieki bo jeden najważniejszy składnik został pomylony...

Takie nieszczęśliwy splot zdarzeń trafia się również w rodzinie myszek. A jego konsekwencje mogą nawet dotknąc wikszej ilości mieszkanców Mysiej Doliny. Można by się obawiać, że ich tegoroczne święta już nie da się uratować. Ale od czego są Babcie i ich mądrość i doświadczenie...

Piękna opowieść Agnieszki (tekst) i Pauliny (rewelacyjne ilustracje - takie które bardzo cenię w literaturze dziecięcej) powodują, że na chwilę my dorośli, którzy czytamy tą książkę powracamy do czasów dzieciństwa i tego jak czuliśmy i odbieraliśmy wtedy ten niezwykły, czasami i mocno tajemniczy czas świąt, a młodsi czytelnicy lub tacy, którym "Świąteczna opowieść"  jest czytana wskoczą w pełną ciepła historię rodzinną, w której liczą się więzi rodzinne i trzymanie tradycji. Maluchy odnajdą w postaciach rodzenństwa myszek swoje zabawy i relacje z ludzkim rodzeństwem. Wydarzenia z Mysiej Dolny równie dobrze moglyby wydarzyc się i w ich domu i na ośnieżonym podwórku.

Ciepła historia, która otula nas jak kocyk i rozgrzewa jak kubek gorącego kakao. Może podtrzymać ogień magii świąt, być idealnym zakończeniem grudniowego dnia przed snem lub jego początkiem. Książka stawia na wartość tego, że lepiej jest coś budować razem, rodzinne niż od tego uciekać. Uważam że "Mysia Dolina" sprawdzi się jako doskonały prezent dla młodszych dzieci, a i dorośli znajdą przyjemność obcowania z tak dopracowaną książeczką. Reasumując: Latarnica poleca!

Podstawowe dane książki:

Tytuł: Mysia Dolina - Świąteczna opowieść

Autor: Agnieszka Wiszowata

Ilustracje: Paulina Engen

Wydawca: Bookolika

Objętość: 56 stron

Oprawa: twarda

Format: 210x250 mm

Poniżej okładka front i tył

"Mysia Dolina - Świteczna opowieść" to trzeci tom z tymi bohaterami, który obecnie tworzy trylogię ale podejrzewam że autorka tekstu i ilustracji na tym nie poprzestanie. Poniżej tom 1 i 2 (okładki).

Fot. z serwisu lubimyczytac.pl

Poniżej kilka przykładowych rozkładówek z pięknymi ilustracjami Pauliny Engen

 

Poniżej książka w świątecznym klimacie Bożego Narodzenia

Poniżej z książką pozuje moje ulubiona modelka i wierna czytelniczka - kotka Mysza. Z pewnością z racji imienia identyfikuje się z bohatrami Mysiej Doliny

Fot. Latarnica / grudzień 2023


Latarnica poleca [vol. 51]

51. odcinek cyklu recenzenckiego Latarnica poleca jest pierwszym wpisem w Nowym 2024 Roku o przeczytanej niedawno książce. Zanim powiem coś o niej samej chciałabym, abyście sobie przypomnieli czy macie lektury, które ewidentnie kojarzą się Wam z czasem okołoświątecznym i końcem roku. Tak się złożyło, że egzemplarz od Wydawcy przybył do mnie krótko przed świętami. Początkowo chciałam się zachłannie rzucić do lektury i połknąć ją w 1-2 wieczory. A potem zajrzałam w spis treści i okazało się, że gdybym codziennie czytała jeden rozdział to skończyłabym lekturę w drugi dzień świąt. Spodobał mi się ten pomysł powolnego delektowania się klimatem książki i sprawieniem, że Boże Narodzenie AD 2023 będzie kojarzyło mi się z tą konkretną książką.

Nie wiem jak wy, ale ja tak mam, że określone histore czytane w święta i na przełomie starego i nowego roku bardzo zapadają mi w pamięć i mam jakiś punkt odniesienia we wspomnieniach. Nigdy nie są to złe skojarzenia, a ponieważ często dostaję jako prezent właśnie książki -  one same stają się potem takim wyznacznikiem tego wyjątkowego czasu. Lubię też na zimę wybierać powieści z akcją rozgrywaną w święta Bożego Narodzenia lub co najmniej w jakimś zimowym, śnieżnym i mroźnym plenerze.

"Kota Erwina" chciałam przeczytać, gdy tylko po raz pierwszy zobaczyłam informacje o jego ukazaniu się. Dlaczego? Autorka Arleta Remiszewska nie jest mi kimś nieznanym, kogo prozy jeszcze bym nie próbowała poznać. W moim blogowym podsumowaniu czytelniczym 2022 roku jej powieść dla młodzieży pt. "O latarniczce, miłości i samotnym humbaku" znalazła się pośrod trzech najlepszych książki dla dzieci i młodzieży. I to w naprawdę doskonałym towarzystwie dwóch zagranicznych pisarek. Poprzeczka została postawiona wysoko, bo "O latarniczce..." było dla mnie przemiłym i wielkim zaskoczeniem. Nie spodziewalam się wtedy tak dobrej książki.

Po cichu zakładałam że "Kot Erwin..." nie może zawieść. Przecież styl i poziom pisania autorki już znałam, a że w tytule pojawił się kot - to wręcz niemożlie bym się nie zapoznała z tą historią i nie pokochała kolejnego kociego bohatera. Kocie lektury pochłaniam jak ulubione ciasto czy gorzką czekoladę. Czy to dla dorosłych czy dla dzieci - wzruszam się i śmieję równie intensywnie. Każdy z was odwiedzających Latarnicę wie, że oprócz latarni morskich i książek to koty są moją trzecią pasją i miłością (kolejność tych bzików przypadkow i bywa zmienna). Zatem wzięłam do rąk nową książkę Arlety Remiszewskiej (ach ten miły satynowy papier okładki! - uwielbiam przesuwać po nim palcami) i dałam się wciągnąć w świat miasteczka z wysoką wieżą z zegarem od jej pierwszych stron.

Czy mogę dużo napisać o samej intrydze, aby nic nie zdradzić? Nie bardzo! I spokojnie możecie czytać dalej, a nie pisnę ani słówka by zepsuć komuś przyjemność z czytania. Ale jest wiele myśli i odczuć, ktorymi mogę się tu z wami  podzielić. "Kot Erwin i tajemnica milczącej kukułki" (też uwielbiacie słowo "tajemnica" w literaturze?) już samym tytułem sprawia, że wchodzimy w świat, w którym spotkamy się z jakąś zagadką. Bohaterm książki jest Erwin - dachowiec, który był kotem "widzącym więcej". Tak, to był jego dar, ale zastanawiam się czy właśnie nie w tym tkwi niesamowitość kotów domowych, że są istotami widzącymi ze znacznie szerszej perspektywy to co je otacza. Erwin miał dar wchodzenia w ludzkie emocje i trudne sytuacje - widział i czuł, gdzie istota poruszająca się na dwóch nogach w pozycji pionowej - wymaga wsparcia z jego strony. Noc w noc kiedy na zegarze z wieży wybijała północ opuszczał swoje ciepłe mieszkanko i wyruszał na spacer by koić pokruszone ludzkie serca.

[...] "ludzie zwykli nazywać go widzącym duszę, czytającym w myślach lub naiwnym, ponieważ we wszystkich zdawał się dostrzegać dobro".

Rozdział otwierający przepięknie oddaje kocią naturę opisując ją z czułością, przenikliwością i delikatnością. Czuć, że Autorka zna te stworzenia i nie raz doświadczyła tego jak kot (choć mówi się, że to tak niezależne, nie przywiązujące się do człowieka istoty) potrwafi wyczuć nasze nastroje, a jeszcze dodatkowo jak potrafi nas pocieszyć, odstresować, zrelaksować. Sama doświadczam tego na co dzień i całkowicie się zgadzam z terapeutyczną rolą kota. Erwin ma swoje stałe rytuały i ścieżki i potrafił zawsze dostrzeć sytuacje i ludzi, gdzie pocieszenie i wsparcie było potrzebne choćby miało przyjść od rozmruczanego futerka.

Bohater dzieli życie z panem Miłoszem - astronomem i wykładowcą na uczelni. Opiekun nie wie, że wraz z północą jego kot ma do wykonania swoje tajne - jakże ważne - misje. Erwin nie rozumie pasji swego pana , wręcz nudzą go dysputy naukowe. A ponieważ dla Miłosza fizyka jest zrozumiałą i otwartą księgą nie mógł kota nazwać inaczej niż poprzez powiązanie go z bardzo znaną postacią ze świata tej nauki. Nie zdradzę o kogo chodzi, ale historia jest bardzo interesująca. Drugim głównym bohaterem ludzkim tej powieści jest przyjaciel domu pan Kordian - również astronom. A gdy spotka się dwóch takich naukowców to wiadomo... dyskusji i sporom nie ma końca. Ależ oni potrafili się ścierać siedząc przy jednym stole - każdy ze swoim laptopem i przekonaniami, których kurczowo się trzymali.

Arleta Remiszewska doskonale przemyca nam w tej opowieści wiele teorii z fizyki i astronomii. Czyta się to doskonale, bo nauka podana jest w sposób przystępny i wciągający. Nie jestem do końca laikiem, bo w szkole z fizyki tylko astronomia mnie pasjonowała i kiedyś nawet chciałam ten kierunek studiować. Ale na fizyce ogólnej poległabym więc te plany poszły w odstawkę. Mam więc tutaj dla siebie aż dwa przysmaczki - kota i dziedzinę nauki, którą bardzo lubię i wciąż śledzę co się w niej dzieje.

Jesteśmy więc wciągnięci w powieść o kocie i dwóch astronomach i niby wszytsko miło i gładko posuwa się do przodu, ale nagle życie Erwina wywraca się do góry nogami. A wszystko za sprawą tytułowej milczącej kukułki. Zegar z wieży kościoła pewnej nocy trwale milknie i nasz mruczący bohater nie ma sygnału kiedy może ruszyć na swoje nocne spacery i odwiedzać potrzebujacych go ludzi. To jest zagadka, wokół której skupi się dalsza akcja i do samego końca będziemy jak Sherlock Holmes - tym razem w postaci kota - szukać podejrzanych, analizować dowody, odrzucać co ma sens a co kogoś od razu dyskwalifikuje.

Nie bedę udawać, dałam się wciągnąć w to śledztwo tak samo mocno jak Erwin. Szukałam winowajcy i składałam elementy tej łamigówki. W kolejnych rozdziałach poznamy nowe osoby w postaci ekscentrycznego zegarmistrza, miejscowego księdza, łowcy duchów oraz pisarki Augustyny - pierwszej opiekunki Erwina (przy okazji dowiemy się jak i dlaczego trafił do pana Miłosza). Po nitce do kłębka - jak przystało na kota - dotrzemy do finału i rozwiązania zagadki kłującej w uszy ciszy z kościelnej wieży, która zdezorganizowała życie nie tylko kotu. Czy warto było przejść przez to kocie śledztwo? Oczywiście! Sama wpadałam w pułapki błędnego myślenia, chwytałam się fałszywych tropów i rozglądałam po kartach powieści za winowajcą. Ileż to razy westchnęłam, że ponownie źle kogoś wytypowałam na głównego podejrzanego. Wielki finał was nie zawiedzie. Obiecuję!

Czy "Kot Erwin..." to coś więcej niż kryminał dla starszych dzieci? Oczywiście! Arleta Remiszewska zna się na swoim pisarskim rzemiośle. To co cenię w jej opowiesciach to pogłębiona psychologia postaci. Bohaterowie są tacy prawdziwi, łatwo się z nimi i ich zachowaniami identyfikować. Pisane przez nią powieści wciągają od pierwszych stron. Nie trzeba się zmuszać, by czytać. Trzeba się zmuszać by książkę odłożyć. Ja akurat musiałam się przed czytaniem powstrzymywać, bo nie chcęiałam tych światow tak szybko opuszczać.

Mam wrażenie, że przez większość czasu, który obejmuje akcja "Kota Erwina..." panuje noc, a na pewno jest już pora po zapadniuęciu zmroku. Przez to ta historia staje taką z pogranicza jawy i snu. Jakbyśmy balansowali na cienkiej linie nie wiedząc czy coś jeszcze jest realne czy już przeszliśmy do krainy szalonego snu. Idealnie oddaje to okładka - w kolorze nocy i cieni zalegających okna, gdy zapadnie zmrok. Atutem jest też piękne wydanie: sztywna oprawa, miły w dotyku papier, interesujące ilustracje. Całość pod kątem edytorskim przemyślana i sprawa ogromną przyjemność komuś kto ceni książki. Mam nadzieję, że są dzieci, które pod choinką znalazły zapakowną w piękny papier właśnie tą książkę. Ja byłabym takim prezentem zachwycona.

Po drugim udanym zetknięciu z pisarstwem tej Autorki z przyjemnością sięgnę w przyszłości po jej inne historie.   Takie książki spełniają to wszystko co poszukuję w literaturze dla młodszych czytelników. I kto wie czy za parę lat nie obdaruję na święta w rodzinie kogoś "Kotem Erwinem..." by powielić to niesamowite doświadczenie Bożego Narodzenia z tak nastrojową, mądrą, chwilami magiczną i tajemniczą lekturą.

Kto ma ochotę niech śledzi na instagramie profil Autorki (IG: arleta.remiszewska_autorka), bo wrzuca fajne fotki z książkami i kotami (a to jak wiadomo duet idelany), informacje o swoich publikacjach i pokazuje scenki z życia pisarki.

Reasumując: Latarnica poleca!

Poniżej okładka front i tył - ponieważ w tytule i treści książki jest tajemnica postanowiłam ją sfotografować w półmroku

Podstawowe dane książki:

Tytuł: Kot Erwin i tajemnica milczącej kukułki

Autor: Arleta Remiszewska

Ilustracje: Aleksandra Lisek

Wydawca: Czytalisek (Helion S.A.)

Objętość: 124 strony

Oprawa: twarda

Format: 165 x 220 mm

Poniżej przykładowe rozkładówki z wnętrza książki - popatrzcie jaka piękna wyklejka z kukułką i odbicie łapek na końcu książki! Wartość tej edycji dodają ilustracje Aleksandry Lisek.

Ponieważ książka przybyła do mnie przed świętami to poniżej kilka ujęć w klimacie świąt. Pod choinkę dostałam w prezencie swój własny Ex libris - "Kot Erwin" jest jedną z kilku książek, które zostały nim już trwale opieczętowane.

Nie byłoby recenzji, a zwłaszcza z tzw. kociej literatury, gdyby nie pozowałaby z książką moja doświadczona kocia modelka Mysza. Poniżej jej 5 minut sławy. Poradziła sobie znakomicie. Mieliśmy przy sesji dużo zabawy.

Dziękuję Wydawcy za egzemplarz recenzencki i możliwość szybkiego zapoznania się z tą książką!

Fot. Latarnica / grudzień 2023


Latarnica poleca [vol. 50]

Dla mnie wszystko zaczęło się od głośnego okrzyku: "JEEEEEST!!!". A było to radosne potwierdzenie faktu (gdy po raz pierwszy na facebooku zobaczylam reklamę na stronie Wydawnictwa ZNAK), że wkrótce premiera nowego tomu autorstwa Kota Nieteraz. W moim przypadku to kontynuacja wspaniałej literackiej przygody, która zaczęła się 3 lata temu wraz z ukazaniem się "Typowego kota", który również trafił na moją top listę ulubionych stron facebookowych i bohaterów tychże stron.

Jeśli czytając te słowa martwisz się, że nie znasz Kota Nieteraz ani bohatera historyjek Typowy kot więc na nic sięganie ci po tą książkę od razu uspokoję. NIe trzeba zaczynać lektury od pierwszego tomu. Spokojnie "Kot na szczęście" może się stać twoim pierwszy razem z Kotem Nieteraz i jego ludzką i zwierzęcą rodziną. Nic straconego! Zapewniam, że kiedy dotrzesz do ostatniej strony bardzo szybko poszukasz poprzednich tomów i z równą przyjemnością zagłębisz się w ich treści.

To tyle tytułem wprowadzenia i niejako wyjaśnienia skąd dziś pod moją lupką recenzeta znalazła się TA, a nie inna książka. W końcu to okrągły 50-ty odcinek cyklu Latarnica poleca.

A teraz będzie wyznanie w stylu 3 x TAK.

Tak, to ABSOLUTNIE nie przypadek że musiałam poznać 3 tom serii!

Tak, identyfikują się z bohaterami serii! I podpisuję pod wieloma stwierdzeniami i ich doświadczeniami.

Tak, jestem posiadaczką i przerobiłam we wszystkich kierunkach lektury typu "Bądź jak kot", Żyj jak kot", "Bierz przykład z kociego życia" itp. itd. (to w kontekście treści 3 tomu).

Czymże jest "Kot na szczęście"? Poradnikiem? Pamiętnikiem z życia kota, a może jego ludzi? Humorystycznym komiksem? Satyrą na koty, a może na relacje zwierzęco-ludzkie? Literaturą faktu o opiece nad zwierzętami? Literaturą popularno-naukową o tym jak radzić sobie w trudnych sytuacjach na linii zwierzę-człowiek i odwrotnie?

Odpowiedź na te wszytskie pytania brzmi twierdząco! Zdecydowanie "Kot na szczęście" jest wspaniałą mieszanką wielu gatunków i może w tym tkwi jego siła. Książka w swej strukturze nie nuży, bo nie ma jednolitej zawartości. Kolejne rozdziały przerywane są historiami obrazkowymi oddającymi kwintesencję tego jak swoje życie widzą i planują koty. I pokazują bez pardonu czym my jesteśmy w ich wielkim planie przejęcia władzy nad światem. Te komiksowe wtrącenia świetnie rozładowują atmosferę i tak zabawnie opowiadanej historii. Ja siedząc wgapiona w strony "Kota na szczęście" w ulubionym fotelu do czytania (z kotem na kolanach) raz po  raz wydawałam z siebie parsknięcia bądź dłuższy rechot zadowolenia i rozbawienia.

Oś główną książki stanowi (jak miło było powrócić do świata bohaterów!) relacja pisana przez Beatę lub Kota Nieteraz (ach ten cięty język, te błyskotliwe wnioski, czarny humor) obejmująca kilka tygodni (a może i miesięcy?), ale zaczynająca się nomen omen rankiem 1 stycznia. Jak wiadomo dla wielu z nas 1 stycznia to katorga. Zawalona wcześniej noc przez sylwestrową zabawę, zmęczenie, niedospanie, bałagan wokół i straszny bałagan w nas samych, bo to NOWY rok: nowe wyzwania, nowe plany, wszystko postawione na głowie i każdy z nas o rok starszy. W taki to dzień wchodzimy w świat tej rodziny, w skład której wchodzą: Beata, Adrian oraz pies Nierusz i kot Nieteraz.

Beata postanawia przeorganizować swoje życie i po pierwsze zacząć rok od regularnego chodzenia na siłownię (to ma być ta część postanowień na temat dbałości nad ciałem), a po drugie pragnie na zasadzie empirycznej poprzyglądać się własnemu kotu i wcielić w życie te wszytskie mądrości z poradników coachingowych typu "bądź jak kot". A ponieważ jej dotychczasowym hobby życiowym było leżenie na kanapie, oglądanie seriali i podjadanie to sami widzicie jak wiekopomnych zmian chce dokonać.

A w tym czasie jej partner Adrian (zdecydowanie bardziej zajmujący się psem niż ona, bowiem pies to spacery, to wczesne wstawanie, wysiłek fizyczny) postanawia wykorzystać część marnującego się metrażu w ich mieszkanku w starym bloku i zaczyna budowę antresoli.

W historii pojawia się świetnie zarysowana postać trenerki personalnej Kasi w studio fitnessu oraz... hm nie chcialabym uprzedzać, ale jednak bez tego ogniwa nie ma "Kota na szczęście" - rodzina powiększa się o jeszcze jednego... kota Eklenia (młodszy model i klon kota Nieteraz).

Uwielbiam podczas lektury te zmiany optyki odbierania rzeczwistości. Jeszcze przed chwilą patrzyłam na wszystko oczami Beaty, a tu już powracam do widzenia świata kota Nieteraz, a ten to ma dopiero gadane! Książka jest świetnie osadzona w naszych realiach. Mamy zalety i wady pracy hybrydowej, plusy i minusy życia pod jednym dachem z przedstawicielami aż dwóch gatunków zwierząt bo z kotami i psem. A skoro pojawił się nowy kot to na karty książki wjeżdża to co każdy wielozwierzakowy opiekun wie - historia o tzw. wprowadzaniu nowego zwierzaka do stada czyli socjalizacja z izolacją w praktyce. Jedna z historii funduje nam też refleksje nad kondycją systemu zdrowotnego NFZ oraz uzmysławia koszty posiadania zwierząt i kwoty, które trzeba brać na swoje barki u weterynarza, gdy już musimy spotkać się z lecznictwem tzw. zwierząt towarzyszących.

Nie mam najmniejszej wątpliwości co do tego, że "Kot na szczęście" okaże się strzałem w dziesiątkę dla miłośników zwierząt. Lubimy się pośmiać z nas samych - zwłaszcza wtedy, gdy widzimy lub czytamy, że innym zwierzolubom też nie jest tak łatwo. Ba! Bywa nawet bardzo, bardzo ciężko. Jakoś robi się wtedy lżej i czujemy się rozgrzeszni z zakupów najlepszych karm z górnych półek, najlepszych zabawek choć jak wiadomo kota ucieszy i tak karton, w którym owa zabawka przyjedzie.

Beata konsekwentnie wypisuje (na zakuionej uprzednio tablicy) i realizuje podpowiedzi autorów poradników by brać przykład z kotów, bo one są mistrzami zen i najlepszymi nauczycielami życia. W praktyce różnie to jej wychodzi, ale wnioski i wynikające z prób realizacji sytuacje dają Czytelnikowi naprawdę przednią zabawę. To jest też taka książka, przy której zdecydowanie dużo potakujemy głową. Co chwila trafiamy na taką "akcję" w życiu bohaterów, że możemy to od razu przyłatać do naszych doświadczeń. I ta bliskość i wspólnota myślenia, doświadczania, cierpienia na różne sposoby nas łączy i jesteśmy w jednej drużynie.

Podtytuł tego tomu "Czyli dlaczego kociarze to najwięksi szczęściarze" tak czy inaczej znajduje uzasadnienie w życiu Beaty i Adriana. I zapewne w życiu wielu z nas. Przecież jakże często patrzymy na swojego kota (koty) z miłością i mówimy pod nosem - jakie to szczęście że go (ich) mamy. I to jest prawda. Mimo, że po drodze mamy tak bardzo pod górkę lub z górki na zderzenie czołowe jak opiekunowie Nierusza, Nieteraza i Eklunia - kota ze schroniska, który w ogłoszeniach umierał na samotnść w malutkiej klatce, a wpuszczony do domu okazał się diabłem wcielonym i zarządcą psa. Tak to już w życiu bywa. Nie pierwszy i nie ostatni raz.

Na koniec trochę o stronie wizualnej. Książka ma wygodny zbliżony do kwadratu format, jest świetnie opracowana graficznie i tekst czyta się wygodnie. Razem z poprzednimi dwoma tomami pięknie prezentuje się na półce jako trylogia i może być idealnym prezentem na nadchodzące święta. Nie zawiedzie opiekuna zwierząt, spędzi z nią wiele zabawnych chwil i z pewnoscią poleci innym znajomym w zakoconych domach oraz tych, w których pod jednym dachem żyją i psy i koty. Bo jak wiadomo pies z kotem nie zawsze oznacza kotostrofę czy katastrofę.

Reasumując: Latarnica poleca!

Poniżej okładka front i tył:

Podstawowe dane książki:

Tytuł: Kot na szczęście. Czyli dlaczego kociarze to najwięksi szczęściarze
Autor: Kot Nieteraz
Ilustracje: Maciej Zaręba
Wydawca: Flow Books / Wydawnictwo Znak
Objętość: 304
Oprawa: miękka
Format: 16x20 cm

Poniżej przykładowe rozkładówki z wnętrza książki:

Poniżej cały (dotychczas wydany) cykl Kota Nieteraz - "Typowy kot", "Kot kontra pies" i "Kot na szczęście" (czekam na więcej!)

Poniżej tzw. backstage sesji czyli te chwile, gdy ustawiałam dobry kadr, a na plan wchodziła ONA - Mysza a ja krzyczałam: "NIE TERAAAAAAZ!"

Dziękuję Wydawnictwu Znak za egzemplarz recenzencki i możliwość szybkiego zapoznania się z tą książką tuż po premierze!

Fot. Latarnica / listopad 2023 (kocia modelka - Mysza Errorka)


Latarnica poleca [vol. 49]

Dzisiejszy post z tego cyklu nie jest klasyczną recenzją, bo też opisywany produkt nie jest klasyczną książką choć na taką wygląda. Ale nie mogłam się oprzeć pokusie pokazania wam tego wydawnictwa. Jestem nim po prostu zauroczona.

Nie wiem jak wy, ale ja nadal nie funkcjonuję w ciągu roku bez tradycyjnego kalendarza książkowego oraz naściennego. O ile na ścianie co roku dominuje jeden latarniany, a drugi koci to z książkowych zazwyczaj wybieram takie, które mają nie tylko kocie okładki, ale i też we wnętrzu dorzucają coś fajnego i powiązanego z kocią tematyką.

Dzięki wpisowi polecajce na profilu facebookowym i instagramowym Kocibehawiozrym dowiedziałam się, że na rok 2024 przygotowano takie piękne kocie wydawnictwo. Nawet Mysza od razu przybiegła, by popatrzeć co to za cudo pojawiło się w naszym domu.

Wiedziałam od razu, że skoro doszło do połączenia sił wydawnictwa z Gosią, bo znam jej książki i regularnie czytam profile społecznosciowe, to otrzymamy produkt wyjątkowy i pomocny. Nadal ma to być jednak przede wszystkim kalendarz. Więc wszytskiego jest w nim w odpowiednich proporcjach tak by ostatecznie dać danie smakowite.

Po przeglądnięciu zawartości uważam, że to taki typowy must have dla kociarza. Akurat mamy IV kwartał roku - okres, w którym myślimy o świątecznych prezentach dla bliskich. Jeśli niektórzy z nich korzystają z kalendarzy papierowyvch - zakup będzie strzałem w dziesiątkę.

Atuty? Wygodny układ z możliwościami wpisów swoich uwag i notatek (ja akurat dużo notuję więc dla mnie idealnie). Jeden tydzień roku zajmuje stronę (parzystą), a na sąsiadującej mamy miejsce na zapiski (wszytsko to jest na zdjęciach poniżej).  Gdy kończy się dany miesiąc kalendarium przrywają strony z pięknymi ilustracjami a przy nich znajdziemy ważne dla kociarzy treści.

Nowy 2024 rok zaczynamy z oszacowaniem wieku kotów oraz mamy pożyteczny Kalendarz weterynaryjny kota przypisany do wieku pupila, Informacje napisane przez behawiorystkę Małgorzatę są z różnych dziedzin, ale wszytsko to ma ostatecznie sprowadzić się do jednego - abyśmy dobrze zadbali o dobrostan naszych mruczków: posiadali odpowiednie przedmioty w ich otoczeniu, stosowali wlaściwą dietę, potrafili odczytywać subtelne komunikaty, zadbać o opiekę weterynaryjną i ich bezpieczeństwo w naszych domach. Rok 2024 zakończymy z quizem dla kocich opiekunów.

Jako pracownik poligrafii szczególną uwagę zwracam też na wygląd i jakość wydawnictw, które kupuję. Macam papier, wącham druk, oglądam okładki pod różnym kątem by dostrzeć tzw uszlachetnienia druku. Tutaj mamy wszystko idealnie dobrane. Wygodna sztywna oprawa z pięknymi wybiórczymi błyszczeniami na okładce, miły matowy papier w środku, na którym dobrze się notuje w kolorze ecru, przepiękna miedziana tasiemka do zaznaczania na jakim etapie roku jesteśmy. Po prostu dobra robota drukarni i introligatorni!

Tak jak nie lubie przejśćia z jednego roku w drugi (jakoś ten przełom grudnia i stycznia zawsze powoduje u mnie obniżenie nastroju) tak teraz cieszę się, że styczeń przywitam z fajnym kalendarzem, po ktory będę chętnie sięgać. Reasumując: Latarnica poleca!

Pewnie od razu was zainteresuje, gdzie można go nabyć. Z tego co widziałam ma go sieć Empik stacjonarnie i online, jest też w ofercie wielu sprzedawców na popularnym serwsie aukcyjnym. Tak więc z nabyciem problemu nie ma - chyba że wyczerpie się szybko nakład. Ja zdecydowanie doradzam kupić jak najszybciej.

Podstawowe dane kalendarza książkowego:

Tytuł: Koty 2024
Autor tekstów: Małgorzata Bieganska-Hendryk
Ilustracje: Ilona Andrzejczak
Wydawca: Zielona Sowa
Objętość: około 200 stron
Oprawa: twarda
Format: 135 x 210 mm

Poniżej okładka front i tył.

Okładka jest przemiła w dotyku, druk uszlachetniony złoceniem i błyszczącymi czerwieniami, całość bardzo elegancka i poręczny węższy format - dla mnie idelany by mieszkał w mojej torebce i towarzyszył mi na co dzień

Poniżej przykładowe strony z wnętrza. Jak widzicie są ciekawe wartości dodatnie - treści, które zainteresują każdego kociarza. W ramach rozkladowki mamy jeden tydzień roku i sporo miejsca do zapisków. Jest też planer na początek roku i strony na luźne notatki i myśli na samym końcu.

A któż by się oparł kociemu quizowi? A i taki się znalazł! Kotkę Myszkę najbardziej zainteresował jednak planer. Ciekawe co w tej kociej główce planuje na 2024 rok?

Czasami sesja z kotem w domu wygląda po prostu tak jak na fotografiach poniżej. Więcej prób odwrócenia jego uwagi niż samego fotografowania tego co się zaplanowało.

A na ostatnim zdjęciu NIESPODZIANKA! Wydawnicywo Zielona Sowa przygotowało na rok 2024 dwie różne okładki do wyboru. Ja mam dostęp tylko do białej, ale jest również i czarna. Okładki prezentuje cudowny kot Stefan - podopieczny Gosi - autorki tekstów do kalendarza.

Fot. Latarnica / listopad 2023 (ostatnia z dwoma okladkami kalendarza - Małgorzata Biegańska-Hendryk)

 


Latarnica poleca [vol. 48]

O książce Sari Peltoniemi dowiedziałam się zupełnie przypadkowo. Robiąc zakupy na popularnym portalu aukcyjnym musiałam dokupić coś do wybranych już książek chcąc mieć darmową wysyłkę. I tak w oczy wpadła mi niepozorna książeczka z kotem w tytule, a skoro pojawił się kot to już mnie zaintrygowała.

Jeszcze większą radością było, gdy już paczka do mnie dotarła, że autorka opowieści okazała się pisarką fińską, a ja mam ogromną słabość do tego kraju. Od razu ochoczo zaplanowałam szybką lekturę "Kociego taksówkarza", choć założyłam po tytule, że będzie to opowieść miejska z prawdziwą taksówką w tle. Nic bardziej mylnego!

Historia ta otworzyła przede mną zupełnie inny świat niż się spodziewałam, ale jakże fiński i jakże taki jak w literaturze dziecięcej czy młodzieżowej lubię.

Bohaterem książki jest starsza kobieta nazywana Babcią. Babcia ma imię Sirkka i mieszka z 9 kotami i czule się nimi opiekuje. Ale kobieta jest wdową i jej życie straciło blask odkąd nie ma już przy jej boku męża. Nawet (a może zwłaszcza!) koty to odczuwają. I choć robią co mogą swoimi czułościami i nie odstępowaniem babci na krok to uszła z niej cała radość życia.

W pewnej chwili na scenę tej historii wkracza chłopiec o imieniu Juho, który najpierw z ciekawością podgląda i obserwuje przez okienną szybę życie babci z 9 mruczkami. Kiedy zjawia się w domu starszej pani poznaje nieznany sobie koci świat, bowiem sam w domu ma ukochanego psa. Co jeszcze ciekawsze zauważa że babcia doskonale rozumie kocią mowę i z nieznanych mu dźwięków wydawanych przez mruczki potrafi usłyszeć cale historie i sensownie im w tych samych tematach odpowiedzieć.

Juho przy kolejnym spotkaniu przy kawie i ciastku (ach jak Finowie piją dużo kawy i mleka!) słyszy do Babci, że koty powzięły pewien plan. Ma on przywrócić jej sens i radość życia. Ale do jego realizacji potrzebny będzie im chłopiec razem ze swoim rowerem.

Plan kociej bandy zakładał znalezienie poza terenem miasta kandydata dla Babci, który przyjedzie i złączy swój los z kobietą. Oczywiście musi to być osobna godna, o określonych cechach i a pewno lubiąca koty.

Juho miał przewieźć pierwszego kota na obrzeża miasta rowerem i zostawić go w ustalonym miejscu. Kot miał się tam zorientować czy znajdzie pana godnego ich opiekunki. Po ustalonym czasie chłopiec miał przyjeżdżać po niego i wracać do miasta i znajomego domu . Gdyby pierwszemu kotu się nie udało, czekało chłopca jeszcze 8 kursów w obie strony z kolejnymi kotami.

Oczywiście łatwo się domyślić, że zarówno chłopiec w drodze i jak i koty w terenie podmiejskim trafiają na różne typy ludzi i wpakują się w różne sytuacje. Po drodze chłopak spotyka interesującą dziewczynę Miarkę, która widząc jak jeździ z kotami martwiła się czy aby nie robi krzywdy zwierzętom. Po bliższej rozmowie okazuje sę że są podobni w sposobie patrzenia na świat i mają podobną wrażliwość. Miarka postanawia jeździć swoim rowerem razem z Juho oraz kolejnymi kotami.

Czyta się te historie naprawdę  z zainteresowaniem. Część rozdziałów to tzw. sprawozdania z punktu widzenia kota, który udał się w podroż w poszukiwaniu mężczyzny dla Babci. Oczywiście wiadomo, że w takich historiach nic nie dzieje się gładko, ani nie idzie po myśli bohaterów.

Nie zdradzę finału tej opowieści ani czy kończy się szczęśliwie czy też pomysł kotów był zbyt trudny do zrealizowania. Pisarka kreśli po drodze różne postawy ludzi wobec zwierząt. Pokazuje że parą człowieczeństwa jest nasz stosunek do braci mniejszych. Jak sami widzicie, taksówki tu nie ma, ale jest rower za nią robiący i wiele godzin podróży z różnymi charakterologicznie kotami.

Powieść "Koci taksówkarz" bardzo mile mnie zaskoczyła i chętnie poznałabym i inne opowieści Sari Peltoniemi. Z tego co sama rozeznałam, kilka zostało już przetłumaczone na język polski. Podsumowując: Latarnica poleca!

Podstawowe dane książki:

Tytuł: Koci taksówkarz
Autor: Sari Peltoniemi
Wydawca: grupa Wydawnicza Foksal
Objętość: 166 strony
Oprawa: twarda

Poniżej okładka front i tył

Poniżej przykładowe ilustrowane rozkładówki

Poniżej autorka oraz fińskie wydanie "Kociego taksówkarza", fot. ze strony facebookowej pisarki

Poniżej sesja mojej kocicy Myszy z książką


Tak się jakoś złożyło, że ostatnie recenzowane tytuły zawsze były powiązane z historiami zwierzęcymi, a w szczególności z kocimi. Tak samo będzie i tym razem. "Kocur" to nieduża książeczka, więc w tej chwili myślę, że i wpis o niej nie będzie rozbudowany. Ale mimo, że przeczytałam po niej już kilka innych tytułów z zupełnie innych gatunków literackich, wciąż we mnie mocno siedzi i emocje po niej nie oklapły. Pomyślałam, że skoro nadal tak bardzo jestem pod jej wrażeniem, to zasługuje na recenzję w moim cyklu i chciałabym się nią z Wami podzielić .

Nie będę ukrywać. Przed lekturą "Kocura" nie znałam Autora i jego twórczości. Egzemplarz powieści wpadł mi w oko na tegorocznych marcowych Targach Książki w moim rodzinnym Poznaniu. Niestety biorąc ją do ręki od razu westchnęłam, że przecież nie mam już miejsca na kolejne papierowe wydania. Już w trakcie przekartkowywania czułam, że to historia dla mnie i mnie na pewno wciągnie. Ostatecznie wróciłam do domu bez zakupów, ale już następnego dnia poszukałam w internecie opcji - czy "Kocur" dostępny jest jako ebook. Gdy się okazało że jest, natychmiast go zakupiłam.  I szybko przystąpiłam do lektury. Jak mało która książka wzywała mnie mentalnie choć naprawdę był to strzał w ciemno. Zadziałał jakiś dziwny czar, któremu miałam szybko ulec.

Jak byłam w trakcie poznawania tej historii poszukałam również trochę informacji o Autorze. Okazało się, że urodził się i tworzy w Gdyni co niejako było dla mnie takie oczywiste i wyjaśniające to dziwne poczucie, że to będzie książka dla mnie. Bo starzy Czytelnicy tego bloga doskonale wiedzą jak kocham jako miasto Gdynię  i jak fascynuje mnie jej historia. Kadyna debiutował w 2015 roku. Już dziś powzięłam decyzję, że sięgnę również po inną powieść tego Autora. Na tą chwilę kusi i wzywa "Mały kapeć" z akcją w Gdyni.

Ostatnio - już po skończonej lekturze - wrzuciłam na facebooka post polecający tą powieść. Znajoma (która połyka wszystkie książki o tematyce kociej) zapytała w nim czy naprawdę warto ją poznać. Potwierdziłam, choć od razu też dodałam, że uprzedzam iż historia jest smutna, a często bardzo brutalna i opisana naturalistycznie. Jeśli ktoś spodziewa się po okładce lekkiej i przyjemnej historii o kocie niechaj po nią nie sięga.

"Kocur" to opowieść o wychowanym w dużym mieście klasycznym kanapowcu Berecie. Jako malutki kilkutygodniowy kociak został zabrany z miejsca narodzin - klasycznej polskiej wsi - i odtąd w domu miał życie jak w Madrycie czyli swoje bezpieczne terytorium z wieloma miejscami na spokojne drzemki, nieograniczone smaczne posiłki, ciepło, najlepsze zabawki i wymyślne drapaki. Ot koci żywot stworzenia niewychodzącego, nie znającego świata zewnętrznego i niebezpieczeństw, które ze sobą niesie.

Niestety jego stabilne i spokojne życie nagle wywraca się do góry nogami. Jego ukochana opiekunka, której na co dzień mruczy i nadstawia się jej do głaskania pakuje go w znienawidzony samochód i gdzieś ruszają. Podróż trwa na tyle długo, że kot już wie iż to nie jest wyprawa do weterynarza. To coś innego, nowego, nieznanego... Tego koty zdecydowanie nie lubią: niewiadoma i brak stabilizacji oraz codziennej rutyny.

Beret trafia na polską wieś. Tam jest puszczony z kontenera samopas w nieznany teren gospodarstwa, na którym w odpowiedniej hierarchii - ustalonej przez lata walk - koegzystują psy, koty, kury, świnie, szczury, konie i inne zwierzaki. Pachnący miastem i luksusem kot od razu jest traktowany jako wróg numer jeden, a on sam jest przerażony nieznanym otoczeniem i zapachami pełnymi nienawiści. Na dodatek widzi jak jego ukochana pani odjeżdża w siną dal, nie oglądając się za siebie. Początkowo wierzy że to chwilowe, że zaraz wróci na swoją kanapę i musi tylko te parę godzin jakoś przetrwać. Niestety nadchodzi pierwszy wieczór, a nikt po niego nie przyjeżdża. Jest głodny, zziębnięty i skrajnie przerażony. Miejscowe zwierzaki są coraz bardziej agresywne i gotowe atakować intruza choćby miał od razu zginąć.

Beret musi odtąd zmienić swoje życie i nauczyć się przeżyć w tak niesprzyjających warunkach. Okazuje się, że nie był tolerowany przez teściową swojej opiekunki, że czasami posikiwał gdzie nie powinien, a wieś na którą trafia tak naprawdę jest miejscem jego narodzin i bytowania kiedyś jego kociego ojca i matki. Miejscowe zwierzaki doskonale pamiętają kocura, który spłodził Bereta.

Od samego początku ta historia wzbudzała we mnie ogromne emocje. Nie spodziewałam się tak ekstremalnej jazdy i wręcz fizycznego bólu, gdy czytałam o tym jak Beret stara się przeżyć na wsi w towarzystwie brutalnych psów i stada kotów, które go nie chcą na swoim terenie.

Kadyna naturalistycznie odmalowuje polską wieś, na której zwierzaki mają ludziom służyć i są mocno eksploatowane i wykorzystywane. Psy są na krótkich łańcuchach lub biegają luzem siejąc postrach. Koty pełne chorób i skutków wzajemnych walk ledwie się snują - często głodne i zdominowane przez silniejsze osobniki. Mamy więc wyzierający z każdego rozdziału głód, agresje, strach, choroby, nienawiść, samotność, ból. Cała historia jest opowiedziana z punktu widzenia kocura Bereta.

Jest wiele brutalnych scen, realnie opisujących los zwierząt wiejskich. Gospodarze przemykają w tle rzucając im odpadki i nie troszczą się o to, że do misek dopchają się tylko najsilniejsi. Słabsze i stare osobniki w bólu i męczarniach umierają na polach, czy w stodołach szukając sobie odosobnionego kąta by dokonać żywota.

Powieść Kadyny walnęła mnie po głowie z taką siłą, że nawet teraz, gdy wspominam niektóre sceny czuję kulę w żołądku nie pozwalającą nic przełknąć, czuję też ten zwierzęcy strach i odczuwam ich los przy boku ludzi. Nie mamy jako ludzkość czym się pochwalić. Opisy rozmów świń w zagrodzie, które od samego początku odczuwają w jakim celu są hodowane i tylko czekają kiedy nadejdzie ten dzień, gdy po nie przyjdą aby zakończyć ich żywot i przerobić na pokarm dla ludzi. Opisy krzyku kotów rozrywanych przez psy, zabijanych świń... Kadyna nie ubarwia niczego i nie tuszuje realiów wiejskiego życia. Czytelnik siedzi w tej historii wstrząśnięty, zrozpaczony, nie mogący zaingerować w dalszą akcję. Chciałoby się Bereta wyrwać z tego świata, na nowo utulić, zabrać do bezpiecznego mieszkania. Ta niemoc równie mnie bolała co przeżycia bohaterów.

Już dawno nie czytałam powieści, a zwłaszcza książki z bohaterami zwierzęcymi, która by mnie tak wstrząsnęła ale i nasuwała liczne refleksje. Sama mam kota domowego, kolejnego już. Każdy był adoptowany ze schroniska, każdy po przejściach, ze swoim bagażem doświadczeń i chorób. Obecna kotka 4 lata musiała niczym Beret na wsi, przeżyć swoje na ulicach wielkiego miasta bezbronna. Nie wyobrażam sobie teraz  - patrząc jak bezpiecznie śpi na ciepłym kocu, jest syta, kochana - wyrzucić ją na ulicę.

Ale taki los spotyka wiele zwierząt i często są to straszne historie z ludźmi potworami w tle. Tak, potrafimy zgotować naszym braciom mniejszym piekło. Nie mam litości dla takich ludzi. Polska wieś to wciąż słabe ogniwo. Pomału dociera na nią świadomość kastracji zwierząt, dbałości weterynaryjnej, odpowiedniej diety dostosowanej do gatunku. Ale wciąż jest bardzo, bardzo źle. Nadal walczymy - my miłośnicy zwierząt - o brak łańcuchów, o ciepłe domy i empatię. "Kocur" Kadyny to ważny głos w tej walce. Unaocznia te problemy, stawia nas do pionu i oby nie pozwalał zaraz po lekturze po prostu powrócić do swoich spraw i wygodnego życia.

Podsumowując: Latarnica poleca!

Podstawowe dane książki:

Tytuł: Kocur
Autor: Bruno Kadyna
Seria: Ukryte światy
Wydawca: Bibliotekarium
Objętość: 174 strony
Oprawa: miękka lub ebook
Wydanie: I, 2020

Tą książkę zakupiłam i czytałam jako ebook więc nie miałam możliwości zrobić sesji fotograficznej z papierowym egzemplarzem.

Na taką książkę czekałam. Wydawnictwo, które wypełni lukę pomiędzy wspaniałą relację z przebiegu ścieżki zawodowej amerykańskiego weterynarza Philippa Schotta (Weterynarz z przypadku), a realiami z rodzimego podwórka lekarza weterynarii Łukasza Łebka (Co gryzie weterynarza). Tym razem otrzymujemy opowieść z pierwszej ręki o studiach i doświadczeniach w pracy od szkockiego lekarza zwierząt Garetha Steela. Przeskakuję więc do realiów tego zawodu na Wyspach Brytyjskich i w Irlandii, bowiem właśnie tam Autor szlifował tajniki tego trudnego zawodu.

A realia anglosaskie są zupełnie inne. Nie ma porównania z tym co funkcjonuje choćby w Polsce. Przede wszystkim głęboko rozwinięty jest system tzw. polis ubezpieczeniowych na zwierzęta co na starcie chroni przed błyskawicznym bankructwem. Bowiem ceny usług brytyjskich mogą statystycznego polskiego opiekuna zwierząt zwalić z nóg. Z tego co sama widziałam, u nas polisy dopiero raczkują i mało osób jest do nich przekonanych. W którym kierunku to pójdzie czas pokaże. Ale już widzimy i czujemy po portfelu, że korzystanie z klinik weterynaryjnych może błyskawicznie podnieść nam ciśnienie.

Wymowny jest oryginalny tytuł „Weterynarza na dyżurze” - „Never work with animals”. Choć to taki zabieg przewrotny, bowiem Autor nie wyobraża sobie siebie w innym zawodzie. Obecnie Steel ma już za sobą ponad 20 lat doświadczenia. Ale początki miał trudne i mogły go zniechęcać. Nawet najlepsza nota na studiach nie zapewni praktyki w terenie z konkretnymi przypadkami. A te od pierwszego zlecenia (pacjentem był byk) nie napawały optymizmem.

Od samego wstępu wiemy, z jaką książką będziemy mieć do czynienia. I nie mam tu na myśli, że tytuł sugeruje wspomnienia weterynarza. Wiemy, że mimo radości czy smutku jakie wnosi ten zawód, opowieść Steela będzie okraszona brytyjskim poczuciem humoru. A to gwarantuje przyjemność czytania i lżejszy emocjonalnie odbiór historii tragicznych, które rozładuje sposób snucia opowieści i czasami wręcz czarny humor. Dzięki temu Czytelnik (zapewne wrażliwy na los zwierząt) nie rozpadnie się na kawałki i zamiast zapłakać nad losem ciężko chorego czy uśpionego psa albo kota zachichocze pod nosem.

Ale od razu też naprostuje, że Autor nie podchodzi lekko i ironicznie do powagi wielu opisywanych przypadków. Sam zresztą w codziennej pracy stosuje metodę, że lepiej odciążyć zawiesistą atmosferę i tragizm sytuacji zabawnym komentarzem niż pozwolić zapaść się w dojmującym smutku i niemocy. Opowieść Steela nie jest bajaniem niedouczonego wesołka, a rzetelną historią o tym z czym mierzy się młody, a potem już coraz bardziej doświadczony lekarz weterynarii.

Gareth Steel pracował w zawodzie jako wiejski weterynarz, lekarz w prywatnej klinice, weterynarz na placówce dyżurującej 24 h na dobę, specjalista od zwierząt gospodarskich i małych zwierząt towarzyszących. Odkrywając arkana pracy weterynarza pokazuje, że to ogromnie ciężki zawód zajmujący czas nie tylko w godzinach pracy, bo w jego przypadku nigdy takich nie było. Kiedy oficjalnie kończył dniówki zaczynały się telefony z nagłymi przypadkami, a on sam przechodził w tryb weterynarza pod telefonem dostępnego na zawołanie. Oczywiście wiązało się to z notorycznym zmęczeniem, brakiem snu, niedojadaniem i krążeniem po bezdrożach Wielkiej Brytanii i Irlandii w celu dotarcia do często trudno oznakowanych i niemal niedostępnych gospodarstw. 

I tu dochodzimy do momentu, wspólnego dla wszystkich książek pisanych przez weterynarzy, które było mi już dane przeczytać. Praca w tym zawodzie to przecinające się dwa tory, po których na co dzień podąża lekarz. Jeden to praca z pacjentami. Drugi to ich opiekunowie czy właściciele gospodarstw. O ile w przypadku pacjentów weterynarz po prostu zgodnie ze swoją wiedzą działa to kontakty z ludźmi często stwarzają ogromne problemy. Zaczynając od podważania wysokości opłat za usługi a kończąc na narzucaniu swojej wizji terapii czy chęci uśpienia zwierzaka, który bez problemu nadaje się do szybkiej diagnozy i całkowitego wyleczenia. Po drodze lekarz zwierząt zmierzy się z całym spektrum uwag i zachowań włącznie z utrudnianiem pracy, naruszaniem nietykalności, grożeniem itp. Ludzie (Klienci) są zdecydowanie w tym zawodzie słabszym ogniwem.

Fot. freepik.com [3x]

Ogromnym atutem wspomnień z zawodowych wyzwań jest również edukacyjna rola tej książki. Z jednej strony opisując konkretne przypadki schorzeń i wypadków zwierząt (często tytułem rozdziału jest imię delikwenta) mamy dokładnie przedstawione co się wydarzyło, że wymagało interwencji lekarskiej oraz jakie środki zastosowano bądź jak przebiegały zabiegi chirurgiczne. Jest to bardzo interesujące i czasami – w przypadku zwierząt typu kot, pies, królik – może nam coś zasugerować w postępowaniu z naszymi pupilami, może skłonić do potrzebnej refleksji lub rozmowy z naszym weterynarzem.

Pacjentami Garetha Steela były przeróżne stworzenia małe i duże (niesamowite są rozdziały o poranionych łabędziach, domowym uciekinierze króliku, który utknął w małej przestrzeni, operacji kury nie mogącej znieść jajka, rodzinie z patyczakiem). Mam ogromny szacunek do tzw. weterynarzy wiejskich, bowiem praca z chorymi końmi, krowami, bykami czy owcami to ciężki kawałek chleba i wymaga doskonałej kondycji fizycznej. Opatrywanie i badania poszkodowanych odbywają się często w naturalnym środowisku – stajni, łące, błotnej kałuży czy wręcz na bagnach. Bywa, że pada deszcz czy śnieg, a podstawowym oświetleniem do działań jest latarka czołówka. Po takich doświadczeniach gabinet w klinice jawi się jako iście królewskie warunki.

Książka jest aktualna, bo oryginał wydano w 2022 roku więc opowieść Steela zahacza też o czasy utrudnionej obsługi weterynaryjnej za pandemii COVID-u. Możemy porównać to sobie z tym czego sami jako opiekunowie zwierząt doświadczaliśmy przez ostatnie lata. Bardzo ważne są też treści przemycane w poszczególnych rozdziałach na temat kondycji współczesnego świata pod kątem ekologii, hodowli zwierząt na pożywienie (zasadności spożywania mięsa, diety wege itp.), bezzasadności hodowli określonych ras psów – tylko ku zaspokojeniu próżności ludzi – które już trwale zmutowane są stałymi pacjentami klinik od chwili narodzin, postępu nauki w farmakologii, technice wspomagającej szybką diagnostykę, nowoczesnym chowie zwierząt. Jak podkreśla Autor – to co się sprawdzało 20-30 lat temu nie znaczy, że teraz jest dobre i akceptowalne bo czasy, instrumenty i okoliczności uległy zmianie. 

Identyfikuję się również z Autorem w kwestii adopcji zwierząt towarzyszących. Póki schroniska pękają w szwach lepiej zdecydować się na danie domu psu czy kotu z takiej placówki niż wspieranie hodowli – które jak wszędzie – często niestety są bardziej tzw. pseudohodowlami, gdzie jedynym wyznacznikiem działań jest zysk za każde narodzone stworzenie. W rozdziale temu poświęconym Steel pisze:

[...] A zanim zwrócisz się do jakiegokolwiek hodowcy, proszę weź pod uwagę jedno z wielu wspaniałych zwierząt znajdujących się w schroniskach, które zasługują na kochający dom tak samo jak każdy inny potencjalny pupil. [...] Jeśli zastanawiasz się na zakupem zwierzaka z ras brachycefalicznych dogłębnie przeanalizuj sprawę. Nawet najbardziej egoistyczni z nas dostrzegą, że do wysokiej ceny na metce trzeba doliczyć ogromne rachunki związane z opieką weterynaryjną.

W całej tej opowieści przeplatanej ze zdarzeń pięknych i o budującym zakończeniu z tymi, gdzie nawet lekarz ponosi porażkę, bo często z winy opiekuna nie może już nic zrobić, mamy obraz bardzo obarczającej odpowiedzialnością pracy, w której wciąż tra walka na linii śmierć-życie. Mam ogromny szacunek do przedstawicieli tego zawodu. Tym bardziej, że własnymi metodami muszą komunikować się z pacjentami, którzy nie powiedzą o tym jak się czują ani słowa.

Znaczący dla lepszego poznania specyfiki tego zawodu jest przedostatni rozdział traktujący ogólnie o pracy lekarskiej, którą sobie Autor wybrał. Pisze o kosztach tych mierzalnych i niemierzalnych, o zarobkach weterynarzy (realia Wysp Brytyjskich) w zestawieniu z lekarzami ludzkimi czy prawnikami. Wspomina też o wysokim koszcie emocjonalnym i braku czasu na zwykłe życie prywatne. Kto jeszcze nie wie, dodam że weterynarze to grupa zawodowa najbardziej narażona na samobójstwa. W końcu ich codzienny dzień to prawdziwy rollercoaster emocji - w jednej chwili odbierają poród i widzą cud narodzin by za chwilę przejść do gabinetu i dokonać eutanazji. To nie pozostawia obojętnym nawet największych twardzieli.

A żeby książka nie kończyła się tak bardzo smutno mamy na finał podnoszącą na duchu opowieść o labradorze Billy - niemal wskrzeszonym z martwych. Bo i takie zdarzenia dzieją się za drzwiami klinik, które odwiedzamy z domowymi pupilami.

Weterynarz na dyżurze” nie zawiedzie Czytelnika chcącego zajrzeć za kulisy tego zawodu. Nie zawiedzie też zwykłego zwierzoluba, który nie raz odwiedzał gabinet weterynaryjny. Nie ma na kartach tej książki wybielania prawdy i mydlenia oczu. Autor jest  szczery do bólu, ale przez to wierzymy w każdy prezentowany przypadek. Do tego Gareth Steel jest wspaniałym mówcą na temat swojej pracy i refleksji z nią związanych. Z pewnością po książkę sięgną najczęściej opiekunowie małych zwierząt domowych licząc na liczne przykłady z życia wzięte z ich pupilami w roli w głównej. To od razu uspokoję i potwierdzę, że przypadków z psami i kotami jest całkiem sporo. Jeśli lubicie literaturę faktu o zwierzętach to ta lektura jest stworzona dla was.

Podsumowując: Latarnica poleca!

Podstawowe dane książki:
Tytuł: Weterynarz na dyżurze. Szczery do bólu dziennik lekarza zwierząt
Tytuł oryginalny: Never work with animals.The unfiltered truth of life a vet
Autor: Gareth Steel
Tłumaczenie: Maja Zawierzeniec
Wydawca: Społeczny Instytut Wydawniczy ZNAK
Objętość: 378 strony
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Wydanie: I, Kraków 2023

Książka jest również dostępna jako ebook.

Poniżej własne kompozycje – inspirowane lekturą i wspólnym czytaniem tej książki z kotką Myszą

Fot. Latarnica / styczeń 2023

Latarnica poleca [vol. 45]

Jakże trudno pisać cokolwiek o tej książce nie ujawniając zbyt wiele z jej treści. A każde zdradzenie wydarzeń, które pojawią się na kartach tej opowieści zepsułoby jej odbiór i liczne elementy zaskoczenia. Spróbuję zatem jak najogólniej, dorzucając czasami coś konkretniejszego, co szczególnie przykuło moją uwagę.

Polski wydawca reklamując tą książkę obok okładki "Thomasiny" zestawiał inną powieść Paula Gallico pt. "O chłopcu, który był kotem". Te dwie książki łączy osoba autora oraz fakt, że bohaterka jest potomkinią Jenny - kotki, pojawiającej się w "O chłopcu...". To tyle jeśli idzie o relacje wiążące te dwie historie. Więc niech nikt się nie martwi, jeśli wcześniej nie miał styczności z tą pierwszą. Śmiało może to zignorować lub nadrobić lekturę już po przeczytaniu "Thomasiny".

Paul Gallico to amerykański pisarz urodzony jeszcze w XIX wieku - a konkretnie w Nowym Jorku w 1897 roku. Powieści o kotach powstały w latach 50-tych XX wieku. I mimo, że pisane były kilkadziesiąt lat temu przygody bohaterów nadal wciągają od pierwszych stron i tylko nieliczne sformułowania czy wygłaszane ustami bohaterów poglądy dają odczuć, że nie jest to książka współczesna. Mnie przy czytaniu zupełnie to nie przeszkadzało.

Prawdopodobnie to ogromna zasługa bardzo dobrej tłumaczki pani Anny Bańkowskiej - której prace translatorskie ogromnie cenię oraz wykazuję się pełnym zrozumieniem wobec faktu, że kocha koty. Sama popełniła kiedyś książkę pt. "My mamy kota na punkcie kota" z najlepszymi fragmentami światowej kociej literatury - prozą, wierszami i tekstami piosenek. Rzecz obowiązkowa i znana miłośnikom mruczków. W mojej biblioteczce też ma swoje zaszczytne miejsce.

Gallico akcję swojej powieści osadził w historycznym hrabstwie Szkocji - Argyll. Tam poznajemy bohaterów - mieszkańców malutkiej nadmorskiej miejscowości o nazwie Inveranoch (dodam od razu, że fikcyjnej). Są przybyszami z wielkiego miasta Glasgow. Jednak życiowe okoliczności sprawiają, że zmieniają otoczenie by zacząć wszystko od nowa.

Bohaterem książki jest Andrew MacDhui - wdowiec z kilkuletnią córeczką Mary. Pogrążony w rozpaczy po śmierci ukochanej żony całą swoją miłość i opiekuńczość przelewa na swoją małą dziewczynkę. Andrew to ciekawa postać. Od samego początku czujemy, że jest bohaterem negatywnym. Bo jakże to tak, aby weterynarz - kiedyś miejski, a teraz wiejski - nie znosił swojej pracy, pacjentów i jeszcze bardziej opiekunów zwierząt. Z całej gamy możliwości najlepiej jeszcze toleruje zwierzęta gospodarskie, ale już kontakty międzyludzkie to jego pięta Achillesa. Zdecydowanie nie radzi sobie z empatią i samym spojrzeniem oraz oschłym podejściem zraża do siebie mieszkańców w podlegającej mu zawodowo okolicy.

Problem tkwi w tym, że nie zrealizował swojego życiowego marzenia bycia ludzkim lekarzem tylko niejako przymuszony tradycją rodziną kontynuował zawód swojego ojca. Zawód leczniczy, ale jednak ze zdecydowanie innymi pacjentami. Ilekroć na nich patrzy dotkliwie odczuwa ból zaprzepaszczonej w przeszłości szansy.

Żeby dolać oliwy do ognia w tym pełnym skaz portrecie, Andrew musi tolerować w swym domu obecność rudej kotki Thomasiny - oblubienicy jego córki Mary Ruadh. Sam najchętniej pozbyłby się zwierzaka z domu, ale dziewczynka po stracie matki ogromnie związała się z koteczką, którą traktuje jak przyjaciółkę, członka rodziny i powierniczkę jej wszystkich sekretów. Do tego Mary nie rozstaje się z kotką dosłownie - nosi ją przewieszoną przez ramię, sadza przy stole podczas posiłków, a wieczorami nie położy się i nie zaśnie póki Thomasina nie będzie obok. Mary bardzo kocha swojego tatę i wierzy, że on może dokonać wszystko i daje jej to poczucie bezpieczeństwa. Doskonale się też orientuje w pracy jaką wykonuje.

Częstym gościem kliniki jest miejscowy pastor ze swoim chorowitym i przekarmianym smakołykami psem. To właśnie on nakłonił weterynarza do przyjazdu do Inveranoch celem objęcia wolnej posady wiejskiego weterynarza z własną praktyką dla małych zwierząt domowych. Przepięknie ścierają się te dwa światy na kartach powieści. Pastor osoba pogodna, uduchowiona, silnej wiary i argumentacji religijnej często sięgająca do działań sił wyższych kontra sfrustrowany pracą weterynarz ateista, którego wiara i pogoda ducha odfrunęły wraz ze śmiercią małżonki. Ich dialogi i starcia sił są naprawdę świetnie napisane.

Ale życie bywa przewrotne i stawia nieraz przed nami po jednej burzy kolejny sztorm. Podczas tradycyjnego spaceru Mary z Thomasiną kotka doznaje urazu, co skutkuje niesprawnością tylnych łap i niemożnością poruszania się. Mary wie, że tylko tata zaradzi niedomaganiu i wszystko się dzięki jego interwencji jakoś ułoży. Trafia z wystraszonym zwierzakiem do przepełnionej poczekalni i potem do gabinetu.

Ojciec w ferworze zadań traktuje kotkę jak jednego z wielu pacjentów i po pobieżnej ocenie uznaje uśpienie zwierzaka za najlepsze wyjście. Krótko i stanowczo oznajmia o tym córce i wbrew jej krzykom i protestom poddaje Thomasinę eutanazji. Fakt wypadku, nieodwołalna decyzja ojca i jej wykonanie powodują, że Mary zapada na tajemniczą chorobę i z dnia na dzień staje się cieniem dawnej siebie. Dla weterynarza to kolejny cios i niezrozumienie więzi, która połączyła córkę z kotką. Na dodatek każdy dzień przynosi tylko pogorszenie stanu córeczki.

Nie będę ukrywać, że ta książka od samego początku nie jest lekką lekturą o przyjaźni dziewczynki z kotem. Mamy tam ludzkie dramaty i przeróżne typy charakterów, które ścierają się ze sobą i nie potrafią znaleźć nici porozumienia.

W zasadzie ja podczas tej lektury miałam takie odczucie, że książka Paula Gallico to lektura skierowana wyłącznie do dorosłych. Mnogość życiowych problemów, straty, odejścia, niezrozumienie, alienacja, przemoc, samotność - to doświadczenia tej rodziny i jej najbliższego kręgu znajomych. Mary w nowym miejscu nie ma za bardzo towarzystwa. Dotąd wystarczała jej kotka, której teraz zabrakło. Na tym etapie opowieści wydawało mi się, że nic z tego supła złych zdarzeń i emocji nie da się już rozwiązać.

Ale wtedy na scenę wchodzą nowe postacie i nowe wątki. Poznamy kilku kolegów ze szkoły Mary (to oni zorganizuję niezwykły pogrzeb Thomasiny i prawdziwy grób z dość kontrowersyjnym opisem zmarłej), miasteczko odwiedzą wędrowni Cyganie koczujący na obrzeżach i mający mini cyrk z tresowanymi zwierzakami oraz dowiemy się o ognistowłosej dziewczynie Lori zamieszkującej dom w lesie - która ma niezwykły dar ratowania i leczenia dzikich zwierząt. To u niej pojawi się pod opieką kotka, która wierzy że jest bogiem niczym koty boginie czczone w starożytnym Egipcie. I korzystając z tego przekonania zechce dokonać zemsty na niesympatycznym weterynarzu.

Ale jak to życiu bywa w tej wybuchowej dawce przeciwieństw, odmiennych poglądów, charakterów, wierzeń i celów życiowych mogą się spotkać najwięksi antagoniści. I nie na darmo mówi się, że kto się czubi ten się lubi, że przeciwieństwa się przyciągają. Oczywiście po drodze przeżyjemy jeszcze naprawdę mnóstwo smutnych i bolesnych zdarzeń z życia bohaterów. I mimo ciężaru emocjonalnego coś kazało mi jako czytelnikowi nie odkładać książki na bok, a wręcz gnać do przodu, by poznać zakończenie.

Powieść Gallico czyta się wyśmienicie, nie ma słabych punktów i przystopowania akcji - z każdą kartą przybywa nowych dramatycznych zdarzeń. Autor porusza też kwestie traktowania zwierząt - zarówno tych dzikich jak i domowych. To nie był popularny temat w latach kiedy książka powstawała. Mnie ta historia Thomasiny zupełnie zaskoczyła. Nie spodziewałam się tak wielowątkowej i mocno szarpiącej za serce opowieści.

Myślę, że każdy miłośnik zwierząt, a szczególnie kotów będzie poruszony i skłoniony do refleksji nad tym do jakiego momentu doszliśmy dziś w kwestii opieki nad zwierzętami, co jako ludzie możemy zrobić dla naszych braci mniejszych, jakimi ustawami możemy je chronić. Naszym celem powinno się stać polepszanie świata ludzi i szeroko rozumianej natury aby przetrwał i szedł ku dobremu, a nie zgubie. Książka Paula Gallico mocno mną potrząsnęła i wierzę, że współczesny czytelnik nie pozostanie obojętny po dotarciu do ostatniej strony. Dla mnie "Thomasina" to mocna pozycja literacka, którą zdecydowanie będę polecać i może się stać interesującym i wartościowym prezentem na zbliżające się święta.

I nie mogłabym pominąć na koniec warstwy graficznej - okładka jest przecudowna (projekt i ilustracja Marianna Sztyma) z uroczą ognistowłosą Lori i jej pacjentem borsukiem (ach jaka to dramatyczna scena współpracy szkolonego, ale szorstkiego Andrew z empatyczną dziewczyną) oraz weterynarzem Andrew i Mary z Thomasiną u jej stóp. Wzrok mile łechce też urocza rysunkowa wyklejka w kolorze pomarańczowym (główni bohaterowie to osoby rudowłose, podobnie jak tytułowa kotka szczyci się rudym futrem). Podsumowując: Latarnica poleca!

Podstawowe dane książki:

Tytuł: Thomasina. O kotce, która myślała że jest bogiem
Tytuł oryginalny: Thomasina
Autor: Paul Gallico
Tłumaczenie: Anna Bańkowska
Wydawca: Wydawnictwo KROPKA
Objętość: 414 strony
Oprawa: twarda 
Wydanie: I, Warszawa 2022

Poniżej okładka – front i tył

Poniżej przykładowe trzy rozkładówki - piękna wyklejka oraz strona przedtytułowa i rozdziałowa

Poniżej własne kompozycje – inspirowane lekturą i wspólnym czytaniem tej książki z kotką Myszą

Dziękuję Wydawnictwu KROPKA za egzemplarz recenzencki.

Poniżej dzień, w którym przybyła paczka z książką - modelka kotka Mysza

Jako ciekawostkę chciałabym na koniec dodać, że w internecie trafiłam na informację, że w 1963 roku książka została zekranizowana przez wytwórnię Walta Disneya jako "The Three Lives of Thomasina".

Poniżej plakat tej produkcji filmowej i tytułowa bohaterka. Kadry z filmu z catsonfilm.net

Poniżej link do trailera tej produkcji:

https://www.imdb.com/video/vi568050457/?ref_=tt_pv_vi_aiv_1


Latarnica poleca [vol. 44]

Kiedy pobieżnie przejrzałam książkę jeszcze przed lekturą uznałam, że czytanie zajmie mi na pewno kilka wieczorów, bo treść będzie wymagała skupienia i uwagi. Kiedy rozpoczęłam czytać okazało się, że wystarczyły tylko dwa wieczory i „Boscy przewodnicy” odkryli przede mną swoje przesłanie.

Nie będę ukrywać, że mam problem z tą książką. Wiem, że trafi do rąk różnych Czytelników, a mam wrażenie, iż w pełni docenią ją jednak osoby religijne, praktykujące, mające w swym rozkładzie dnia stały rytuał czytania i rozważania Biblii.

Jak sama pisze o sobie Autorka:

[...] Jestem zaangażowaną chrześcijanką. Uczęszczam na zajęcia z teologii, działam w kościelnej wspólnocie i coraz mocniej czuję powołanie do posługi duszpasterskiej. Piszę teksty o Bogu i wierze. Czyż takie osoby jak ja nie są szczególnie narażone na atak lokalnych biesów?

Ale wizja wspólnego przyszłego życia i kontaktu ze swoimi zwierzętami, które towarzyszyły nam tu na ziemi nie jest przypisana tylko do chrześcijan. Ludzie różnych kultur i religii tworzą na co dzień bliskie relacje z czworonożnymi przyjaciółmi czy przedstawicielami innych gatunków ze świata zwierząt. Niemal codziennie widzę na portalach społecznościowych w postach o ostatnim pożegnaniu ze swoimi psami czy kotami, że większość osób (abstrahując od ich wyznań) żegna się z nimi tak naprawdę na chwilę wierząc na wspólne spotkanie kiedyś, w innym czasie, wymiarze... Tak trudno nam zerwać tą nić, która nas tu połączyła, tak bardzo chcemy jeszcze widzieć naszych futrzastych czy pierzastych przyjaciół w zdrowiu i sprawności. Jest to idea żyjąca ponad wyznaniami. To głębokie pragnienie i wiara jednocześnie, że rozstanie jest tylko czasowe, że to co razem przeżyliśmy to jeszcze nie koniec. 

Ale muszę tutaj naprostować od razu: Caryn Rivadeneira w swoich „Boskich przewodnikach” porusza nie tyle temat odchodzenia i tego co będzie po tej drugiej stronie z nami i naszymi zwierzętami towarzyszącymi ale z punktu widzenia osoby wierzącej, praktykującej, rozważającej teksty Biblijne skupia się na ich roli w boskim dziele zbawienia i obecności zwierząt na kartach świętej księgi.

Tytułowi boscy przewodnicy to według autorki ta cząstka relacji człowiek-zwierzę, która staje się naszym mostem do Boga – do prób zrozumienia jego istoty i tego co dla nas przygotował.

Rivadeneira wychodzi z założenia, że choć tylko w przypadku ludzi mówi się, że mają duszą i zostali stworzeni na podobieństwo Boga to zwierzęta są wymieniane na samym początku Biblii i w ostatnich jej tekstach – stanową więc klamrę spinającą wszystko co nam w życiu ziemskim przygotowano. Były istotnym elementem dzieła stworzenia (Dzień 6) – a co najważniejsze Bóg patrząc na stworzenia lądowe uznał, że są dobre. Zawierają więc boski element i są odbiciem jego piękna. Pisarka pisze wręcz wprost, że nie wiemy czy zwierzęta posiadają duszę (jej doświadczenie ze zwierzakami skłaniają ku temu, że mają coś na kształt zwierzęcej duszy), ale dzieło zbawienia i Nowej Ziemi dotyczy wszystkiego stworzenia –  ludzi i zwierząt. Paruzja czyli tzw. Drugie Przyjście to Ziemia w swej najdoskonalszej postaci, to powrót do raju. I w niej jest też miejsce dla zwierząt, a dowody na to znajduje ona w tekstach biblijnych, które cytuje i analizuje.

[...] Boży plan odkupienia świata obejmuje od początku naszych zwierzęcych przyjaciół.

Na książkę składa się 11 rozdziałów – w każdym z nich znajdziemy historię o innym przedstawicielu świata zwierząt w kontekście jego roli w życiu człowieka. Spotkamy psy, osły, wrony, kojoty, jeże, ośmiornice.

Tytułowy „przewodnik” to zwierzę, które dzięki swej obecności, określonemu zachowaniu, poprowadzeniu relacji staje się dla nas przewodnikiem ku boskości. Widząc te cechy patrzymy na przymioty boskie, zaczynamy więcej odkrywać na temat swojej roli tu na ziemi. Bardzo spodobało mi się przytaczane zdanie, które autorka usłyszała w dzieciństwie od swojej babci, a które - jak się okazało - rzutowało potem na jej dorosłe życie.

Babcia powiedziała:

Jeśli w niebie nie ma psów, to nie warto tam się wybierać

Abstrahując od religijnego aspektu rozważań, krótkie rozdziały przynoszą nam interesujące opowieści - często o charakterze autobiograficznym – o pewnych gatunkach zwierząt, które potrafią wspomóc człowieka i stać się dla niego terapeutą, przewodnikiem czy nauczycielem. Rola zwierząt jako świata nam towarzyszącego i bliskiego jest ogromna.

Sama Rivadeneira jest tzw. psiarą. Jej książka to też próba przekonania ludzi do psów rasy pitbul i rottweiler jako zwierząt z natury pokojowych i o pięknym charakterze, które przez złe wykorzystanie ich przez człowieka (np. walki psów) były wypaczone bądź z założenia postrzegane społecznie negatywnie. Z resztą na dowód przytacza kilka niesamowitych historii, które i u  mnie (a przyznam, że zamieram ze strachu widząc biegającego luzem pitbulla) zaczęły zmieniać postrzeganie tej rasy. Mimo afirmacji świata zwierząt Caryn przyznaje się, że zmaga się wciąż ze swoim strachem przed nietoperzami i wężami. Pracuje nad tym i z nietoperzami ma już na swoim koncie małe sukcesy. 

Na pierwszych stronach tej opowieści z pogranicza teologii i behawioryzmu zwierząt poznajemy również osobiste zwierzenia o momentach kryzysowych w wierze i próbach odnalezienia się między relacją z Bogiem, a ze zwierzętami. Bo pisarka przyłapywała się na tym, że przedkładała miłość do zwierząt – w tym do swoich psów – nad sprawy duchowe i boskie. To dawało jej poczucie porażki, ale i bunt dlaczego nie można tych dwóch aspektów połączyć.

W dobie covidu (bo książka jest efektem pisania w czasie covidowej izolacji) postanowiła przeanalizować Biblię pod kątem tekstów, w których przytaczane są zwierzęta. Okazało się, że jest ich całkiem sporo i wskazują na to jak ważne rolę Bóg im powierza. I wcale nie wskazują wyłącznie na to, że zwierzęta mają być dla nas tylko niewielkim dodatkiem bytu na ziemi. Uskarża się na tak powszechne błędne interpretowanie uczynienia sobie zwierząt poddanymi, co dla niektórych przekłada się w prosty i okrutny wniosek – że można ze zwierzętami zrobić wszystko, bo mamy nad nimi władzę.

Podoba mi się jej wielokrotne podkreślanie faktu o zwierzętach jako istot czujących, tworzących więzi, mających cały wachlarz emocji. Tak często musimy teraz w poszczególnych krajach walczyć o to by ustawowo wpisać tą prawdę w nasze prawodawstwo. Pisarka docenia też wszystkie działania osób skupionych wokół schronisk, organizacji ratujących i poszukujących domów dla zwierząt po przejściach. 

„Boscy przewodnicy” przypominali mi podczas czytania tak ważne dla mnie książki jak „Boskie zwierzęta” Szymona Hołowni, „Tęczowy Most. Opowieści czworonożnych przyjaciół z Nieba”  Kristy Robinett czy „Czego uczą nas zwierzęta” Danielle MacKinnon. Jeśli bliski jest nam dobrostan przyjaciół ze świata zwierząt, jeśli pochylamy się nad problemami braci mniejszych, jeśli kochamy bezgraniczną miłością nasze psy, koty, chomiki czy szczury to warto poznać punkt widzenia Caryn Rivadeneira.

Bo któż będąc opiekunem zwierzaka nie przytaknie tej prostej prawdzie:

[...] Zwierzęta żerując, bawiąc się czy po prostu istniejąc - sprawiają nam radość. Właśnie dlatego chcemy, żeby były częścią naszego życia: przy nas w domu lub jako nasi sąsiedzi na ziemi.

Pisarka miewa w swojej wspólnocie religijnej wystąpienia na tematy zwierzęce. Choć zdaje sobie sprawę, że czasami to co mówi bywa kontrowersyjne, często otrzymuje podziękowania od osób, które dzięki jej słowom znajdują ukojenie i wytłumaczenie dla własnych odczuć. To napędza ją do dalszych działań i pogłębiania wiary.

[...] Tak naprawdę nie wiemy co myślą (nasze psy). Możemy zgadywać, możemy się zastanawiać, obserwować, zaprzyjaźniać się i kochać. Nie zyskamy jednak pewności. [...]

Możliwe, że w domysłach na temat zwierząt mylimy się całkowicie. Nauka jest tak piękna dlatego, że ciągle snuje przypuszczenia, zmienia się, dostosowuje. Ciągle też odsłania przed nami nowe, fascynujące horyzonty, pomagając nam lepiej rozumieć świat, a zarazem ukazując, jak wiele jeszcze nie wiemy. Tutaj właśnie jest nasze miejsce: pośród tajemnic stworzenia i tajemnic Stwórcy.

Na sam koniec muszę wspomnieć o szacie graficznej tej książki. Przepiękna w barwach i formie okładka przykuwa wzrok. Kiedy dotarła do mnie paczka i ujrzałam książkę nie potrafiłam się pohamować od sięgnięcia po nią i przekartkowania. Wewnątrz mamy równie estetyczne i spójne stylem (tylko czarno-białe) ilustracje z bohaterami rozdziałów. Poręczny format i niemęcząca oczy czcionka to kolejne atuty.

Reasumując Latarnica poleca!

Podstawowe dane książki:

Tytuł: Boscy przewodnicy. Jak zwierzęta uczą nas życia
Tytuł oryginalny: Saints of Feather and Fang, How to Animals We Love and Fear Connect Us to God
Autor: Caryn Rivadeneira
Tłumaczenie: Anna Skucińska
Wydawca: Wydawnictwo Znak
Objętość: 242 strony
Oprawa: miękka
Wydanie: I, Kraków 2022

Poniżej okładka – front i tył

Poniżej przykładowe wybrane rozkładówki:

Poniżej własne kompozycje – inspirowane lekturą i wspólnym czytaniem tej książki z moim boskim przewodnikiem - kotką Myszą

Dziękuję Wydawnictwu Znak za przepiękny zestaw: książkę, magnesik oraz eko torbę z ptaszkiem.


Latarnica poleca [vol. 43]

Z ogromną przyjemnością dwa tygodnie z rzędu spędziłam z tzw. "kocimi lekturami". Tak się złożyło, że kocia tematyka utworzyła stosik książek i wieczoram zasiadałam w fotelu, by otulić się nie tylko mruczeniem mojej kotki Myszy - nieodłącznej towarzyszki czytania - ale i tematyką pełną futrzastych bohaterów.

Z bijącym sercem wyczekiwałam na przybycie przesyłki od Wydawnictwa Mando z egzemplarzem "Kociej kawiarni". Bo jakaż lektura może być idealniejsza na jesienne listopadowe wieczorny nad tą, w której pachnie kawa, mruczy kot, a na dodatek przebywamy w pięknej Barcelonie.

Zastanawiałam się jaki potencjał może mieć historia rozgrywająca się w kociej kawiarni. A z drugiej strony dostrzegałam też oczywistą prawdę - jak może nie przemawiać powieść, w której będą koty i ludzie. Bo jak wiadomo, każdy pojedynczy kot to już osobna księga do opisania, a 7 kotów z książki Anny Sólyom to cała złożona historia pełna mruczącej mądrości.

Miałam ogromne oczekiwania wobec tej prozy. Potrzebowałam dobrej opowieści, która odsunie mnie po dniu pracy wystarczająco daleko od codzienności, bym całkiem przenosiła się do innego świata. Jak zwykle dopełniłam swojego rytuału czytelniczego - poza fotelem i punktowym oświetleniem na książkę był koc, kawa i kot. Idealne by zacząć "Kocią kawiarnię" prawda? Więc otworzyłam okładkę. Na lewym skrzydle zobaczyłam sympatyczną twarz Autorki i przeczytałam te kilka znaczących słów: "pisarka, terapeutka, absolwentka filozofii". Wszystko stało się jasne. To nie będzie zwykłe czytadło. Znajdę tutaj coś więcej i bardzo tego więcej pragnęłam.

Pierwszy był element zaskoczenia: historia Nagore wciągnęła mnie od samego początku. I to jak! Planowałam podzielić lekturę na kilka wieczorów, ale nie udało się. Gdyby nie wczesna pora wstawania do pracy połknęłabym całość na raz, a tak zajęło mi to dwa - idealnie spędzone - wieczory. Powieść składa się z 23 krótkich rozdziałów. Łatwo między nimi na chwilę przerwy (na dolanie jesiennej aromatycznej herbaty lub korzennej kawy) i zadumania nad właśnie przeczytanym fragmentem.

Bohaterką "Kociej kawiarni" jest Nagore, którą poznajemy w chwili tzw. życiowego dołka. Wszystko się jej zawaliło. Rozpadł się związek, biznes - który budowała z partnerem za granicą tym samym przestał istnieć, powróciła do kraju, nie ma pracy, nie ma stałych dochodów, wynajmuje mieszkanie w nietaniej Barcelonie. Jak przetrwać i nie popadać w depresję oraz coraz większe długi? Sytuacja wydaje się patowa i coraz bliższa ku najprostszemu rozwiązaniu - powrotowi do domu rodzinnego z podkulonym ogonem. Tego Nagore pragnie się ustrzec. Nie chce pokazać rodzicom życiowej porażki na wielu frontach.

Z pomocą przychodzi jej przyjaciółka, która ofiarowuje pomoc w postaci pracy w Barcelonie. To oznaczałoby koniec choć części problemów. Ale... Jest mały problem. Ta praca nie będzie mieć nic wspólnego z tym co dotychczas robiła, nie wykorzystuje też jej wykształcenia artystycznego i co najgorsze zmusi ją do skonfrontowani się ze swoim wielkim lękiem.

Na ten moment jedyne miejsce, gdzie mogłaby od razu podjąć pracę to posada współprowadzącej lokal kociej kawiarni. W czym leży problem? W życiu Nagore to akurat kwestia bardzo trudna i zdawałoby się nie do przeskoczenia. Cierpi ona bowiem ailurofobię czyli lęk przed kotami. Niezły start, prawda?

Postawiona przez życie pod ścianą decyduje się iść na rozmowę i tak poznajemy drugą bohaterkę tej powieści - japonkę Yumi. Yumi zdecydowała się przewalić swoje życie do góry nogami i przeprowadziła się do Hiszpanii by otworzyć tak popularne w jej ojczystym kraju Neko Cafe. Mamy więc dwie bardzo interesujące postaci, z dwóch zupełnie różnych kultur. A pomiędzy nimi na scenę wkracza 7 kocich bohaterów - podopiecznych kawiarni, koty o różnej historii i po wielu przejściach przeznaczone docelowo do adopcji.

Mogłabym tu dalej snuć tą opowieść, bo kiedy do niej powracam teraz myślami czuję tą samą przyjemność i ekscytację jak wtedy gdy ją dopiero karta po karcie odkrywałam, ale nie o to chodzi by streszczać całą książkę. Mamy więc Nagore i Yumi, siódemkę kocich terapeutów i mistrzów zen oraz kilka postaci, które dopiero się w tej opowieści pojawią i na zawsze wpłyną na dalsze losy obu pań.

Powieść Anny Sólyem ma idealnie dobrane motto, które znajdziemy przed 1 rozdziałem: Zdarzyło mi się mieszkać z mistrzami buddyzmu zen, a każdy z nich był kotem - Eckhart Tolle. To prawda. Koty potrafią nas wiele nauczyć i czasami wystarczy przyjrzeć się wnikliwie jak celebrują każdy dzień, co jest im bliskie, a co ważne by dostrzec, że są idealnymi terapeutami i uczą ludzi jak żyć pełnią życia nie marnując ani chwili na to co nieistotne.

Nagore zatrudnia się w kawiarni. Staje tam twarzą w twarz ze swoi lękiem, ale i z coraz wiekszą fascynacją patrzy na koty. Musi je bowiem karmić, czyścić im kuwety, jeździć z nimi do weterynarza. Jej niekoci dotąd świat staje się bardzo kotami wypełniony. Czy da radę długo tak wytrwać?

Relacja Yumi i Nagore to przepięknie oddane spotkanie różnych kultur ale i ludzi, dla których dotąd istniały zupełnie inne priorytety życiowe. Te dwa światy połączą koty. One stają się mostem porozumienia i nowej ścieżki do dalszego etapu życia. Bohaterka nagle musi przejść przez ten most by zacząć stąpać ścieżką po zerwanym związku, po powrocie do kraju, po poznaniu, że koty nie są takie straszne...

Życie Nagore wkracza w nowy etap, gdy w Neko Cafe pojawia się Marc (odtąd stały klient kawiarni) oraz nowy kot Sort - podrzutek. Po drodze poznajemy coraz bliżej wszystkich mruczących podopiecznych kawiarni (a ich imiona to: Cappucino, Sort, Chan,Smokey, Figaro, Likier i Shere Khan) i widzimy jak ważne życiowe nauki dają one Nagore. I tu dochodzimy do istotnej kwestii jeśli chodzi o tą książkę.

"Kocia kawiarnia" jest - poza doskonałą powieścią z bardzo sympatycznymi postaciami - jednak trochę terapią i wykładem z filozofii życia. Patrząc w ten sposób na tą książkę to czuć wyraźnie wykształcenie i pracę zawodową autorki jako terapeutki. Pięknie przemyciła w historię Nagore, Yumi i Marca oraz siedmiu kotów to, co może być bazą pod nowe, pełne i wartościowe życie. W kolejnych rozdziałach poznajemy jaką życiową naukę odkrywa Nagore od kolejnego podopiecznego Neko Cafe. Wystarczy tylko zacząć dostrzegać to co jest naprawdę ważne. A mistrzami w pokazywaniu tego są koty. Te doskonałe istoty o wielkiej wrażliwości mogą nas niejednej mądrości nauczyć. Kto ma w domu kota zapewne nie raz się o tym przekonał. To proste nauki zamknięte w takich prawdach jak:

[...] Koty są ekspertami od drzemek. W ten sposób radzą sobie z traumami. [...]

Zwalczanie stresu poprzez sen. [...]

Pierwsza zasada kociej filozofii - bądź szczerze autentyczna. [...]

Zachowaj czujność, a odkryjesz wokół nowe możliwości.*

  • wszystkie cytaty z "Kociej kawiarni"

Niby oczywiste, ale jak trudno to dostrzec w codzienności pełnej pośpiechu. Książka Sólyem to opowieść o stracie, ale i o zysku. O tym co nas w życiu tłamsi, ale też o tym co może podnosić i sprawiać, że pofruniemy. Wydawca reklamując tą opowieść pisze, że ta historia otula lepiej niż ciepły kot. I jest w tym prawda. Ogrzałam się tą lekturą, podniosła mnie ona na duchu, dała dużo przemyśleń i ciepłych refleksji, pozwoliła też skonfrontować swoje życie z mądrościami przekazywanymi przez siedem kawiarnianych kotów. Czytelnik znajdzie tu też oczywiście opowieść o miłości, ale także o przemijaniu i wartości podejmowania ryzyka poprzez wkraczanie na nieznane ścieżki.

Podsumowując: Latarnica poleca!

Podstawowe dane książki:
Tytuł: Kocia kawiarnia
Tytuł oryginalny: Neko Cafe
Autor: Anna Sólyom
Tłumaczenie z hiszpańskiego: Joanna Ostrowska
Wydawca: Wydawnictwo Mando
Objętość: 192 strony
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Wydanie: I, Warszawa 2022

Poniżej okładka – front i tył oraz grafika na wewnętrznych skrzydełkach

Poniżej własne kompozycje – inspirowane lekturą i wspólnym czytaniem tej książki z kotką Myszą

Fot. Latarnica / listopad 2022


Latarnica poleca [vol. 42]

Jak tylko usiadłam do lektury tej książki miałam z nią kłopot. Kłopot nie w nazwaniu tego czy mi się podoba czy też nie, ale w klasyfikacji czym jest właściwie ta opowieść. Czy powieścią, poradnikiem, wspomnieniami, autobiografią, małą historią sztuki z kotami w tle, a może tylko historią dopisaną na potrzeby pięknych ilustracji.

Bo istotnie autorka przeplata swoją spójną i chronologiczną osobistą opowieść wstawkami będącymi poradami dla kociarzy, informacjami z zakresu kociego behawioryzmu czy przeglądem pewnej dziedziny wiedzy np. historii malarstwa pod kątem obecności w niej kotów.

Ale może zacznę od początku. Okładka "Historii pewnego kota" Laury Agusti wyświetliła mi się na portalu społecznościowym i od razu przyciągnęła wzrok. Książek o kotach jest w tej chwili tak dużo, że trudno mnie w tej dziedzinie zaskoczyć czy zapaść od razu w pamięć. Ale w tym przypadku tak się stało. Projekt okładki jest tak inny i odbiegający od tego co jest dostępne, a na dodatek trafił w styl i estetykę ilustrowania, którą bardzo lubię, że od razu się nią zainteresowałam i chciałam wiedzieć więcej.

Nazwisko autorki nic mi nie mówiło. Nawet nie miałam pojęcia z jakiego kręgu kulturowego jest i jakim językiem na co dzień się posługuje. Byłam zaskoczona, że książka jest tłumaczeniem z języka hiszpańskiego, bo takie translacje nie dominują kociej tematyki. Zapowiadała się ciekawa przygoda z kotem z roli głównej. Tytułowy "pewien kot" jest - co potwierdzi każdy opiekun kota - nie byle jakim kotem, bo takich w ogóle nie ma. Każdy mruczek to osobny wszechświat zjawisk, zachowań, preferencji więc wiedziałam, że i tym razem poznam ciekawą istotę na czterech łapkach.

Laura Agusti dzieli się z czytelnikiem swoją życiową "przygodą" z kotami i zwierzętami. Mimo, że mamy tutaj bohatera, którym jest kot rasy syjamskiej Hej, to poza etapem życia autorki, który dzieliła z TYM kotem poznajemy wątki autobiograficzne sięgające do najwcześniejszego dzieciństwa i relacji z młodszą siostrą Mariną - także ogromnym zwierzolubem. Przez pierwsze stronice poznajemy rodzinne miasteczko, członków rodziny i zwierzęta, które na trwałe zapadły w pamięć Laury i z pewnością miały wpływ na jej późniejsze życie u boku psów i kotów.

Autorka chowała się ze zwierzętami i ich stała obecność na co dzień była dla niej tak powszechna jak oddychanie. Wejście w dorosłość, liceum plastyczne oraz studia na uczelni artystycznej poza rodzinnym miasteczkiem spowodowały, że zmuszona była przez lata wynajmować mieszkania, a ich najem wiązał się z zakazem posiadania jakichkolwiek zwierząt. Był to jedyny czas, kiedy nie dzieliła życia z naszymi czworonożnymi przyjaciółmi.

Po studiach, mając 23 lata i nowy start w Barcelonie w jej życiu pojawił się kot Hej - tytułowy "pewien kot". Był to jeden z tych kotów, który miał ogromnie bliską relację z opiekunem - jedynym opiekunem - a nie bardzo lubi ludzi i vice versa - goście domu Laury nie mieli ochoty bratać się z humorzastym i agresywnym wobec nich Hejem.

I w tym miejscu opowieści zaczęła się moja bardzo silna identyfikacja z bohaterką oraz pełne zrozumienie tego o czym pisze. Sama mam za sobą 11 lat dzielenia życia z trudnym, adoptowanym ze schroniska kocurem Errorem (imię to już moja zasługa) i wiedziałam z czym się borykała i jak jednocześnie mocno zacieśniała się ich wzajemna więź. Laura pisze o swoim dorosłym życiu w kontekście dzielenia go z kotem przepięknie i bardzo życiowo. Myślę, że większość kociarzy zrozumie i odnajdzie w sobie to wszystko o czym opowiada. Poza tym kto z nas nie jest przekonany że ich kot zasługuje na swoją opowieść i książkę nim?

Jak wspominałam wcześniej główny wątek opowieści Agusti przerywany jest poradami, informacjami o kotach jako gatunku czy krótkimi wzmiankami o kotach w historii sztuki. To dobre "wstawki" pozwalające na chwilę odetchnąć od historii zmierzającej do tego co nieuchronnie czyli upływu czasu, starzenia się zwierzaka, nadejścia chorób i trudnego momentu rozstania.

Nie przypuszczałam, że tak mocno przeżyję tą część, która opowiada o seniorze Heju. Sama ponad dwa lata temu rozstałam się po 11 latach z Errorem i czytając książkę Agusti wszystko z całą mocą do mnie powróciło: tamte emocje, często bezsilność, smutek, rozpacz i łzy. Z drugiej strony pisze o kociej starości, niedomaganiach i swoich względem tego odczuciach tak prawdziwie, szczerze i trafnie, że czułam się, jakby wskoczyła na chwilę do mojej głowy i podejrzała moją historię wraz z całym wachlarzem uczuć.

Oczywiście jej kot był zupełnie inny, inne były schorzenia, które go dopadły pod koniec życia, inny kraj, kultura. Ale moment przechodzenia przez starość zwierzaka, przez towarzyszenie mu w ostatnich miesiącach życia jest poza krajami czy kontynentami. Jeśli kochamy koty to pożegnanie będzie zawsze po części końcem naszego świata i to jak potem się zachowany, jak będziemy przechodzić proces żałoby jest sprawą indywidualną.

Laura Agusti w tych "przerywnikach" pisze też o żałobie jako pewnym procesie, analizuje go pod kątem psychologicznym, wymienia etapy żałoby, które są czymś normalnym i dla każdego człowieka trwają różnie. Czytając tą historię wróciłam do własnych wspomnień, jakże wiele z tego o czym pisze było również moim udzialem. Jakże trafne choć bolesne były niektóre zdania.

Ale życie toczy się dalej. To nasze, ludzkie - o wiele dłuższe od zwierząt nam towarzyszących - możemy albo wypełnić nowym istnieniem albo pozostać na etapie wspomnień i bólu. Nie będę dopowiadać finału tej historii. To znajdzie czytelnik na jej kartach końcowych. W każdym razie nie jest to książka, która pozostawia nas obojętnym wobec tego przekazu jaki chciała nam ofiarować autorka. Jej historia to relacja Laury i Heja, ale takich opowieści są tysiące czy nawet miliony. I zawsze są pełne radości i miłości, ale również zawsze przyjdzie pora na ból i rozpacz.

Nie można w kontekście "Historii pewnego kota" ominąć warstwy wizualnej - czyli ilustracji i szaty graficznej. Od razu widać, że mamy do czynienia z artystką i absolwentką szkół artystycznych. Jak sami obejrzycie poniżej - jest czym cieszyć wzrok. Ilustracje są przepiękne, oszczędne w barwach, ale skupione na detalach. Ja wybrałam do pokazania strony z kotem, ale na kartach tej książki spotkacie przepiękne rysunki ptaków, psów, jeży, owadów, królików, roślin czy hiszpańskiej architektury małych południowych miasteczek. Pod względem graficznym dzieło wspaniałe i czuć, że pisarka włożyła w nie całe serce i dobrze zna zwierzęta.

Myślę, że najlepszym podsumowaniem tej recenzji będzie po sięgnięcie do znanego zdania wypowiedzianego kiedyś przez pisarza Ernesta Hemingwaya. I każdy kociarz ma gdzieś wpisane w swój "system" relacji z tymi zwierzętami prawdę, która za tymi słowami idzie. A zdanie to brzmi: Posiadanie jednego kota prowadzi do posiadania następnego.

Mamy ostatni kwartał tego roku, nadchodzą święta. Myślę, że "Historia pewnego kota" może być jednym z najlepszych prezentów dla kociarza czy w ogóle miłośnika zwierząt. To świetny podarunek także dla kogoś kto kocha czytać, kocha książki i lubi by były one doskonałe również wizualnie. Doczytałam w notce o pisarce, że wydała w 2018 roku również książkę "Tylko koty jej w głowie". Mam nadzieję, że polski czytelnik będzie miał również okazję się z nią zapoznać.

Podsumowując: Latarnica poleca!

Podstawowe dane książki:
Tytuł: Historia pewnego kota
Tytuł oryginalny: Historia de un tato
Autor: Laura Agusti
Ilustracje: Laura Agusti
Tłumaczenie: Urszula Żebrowska-Kacprzak
Wydawca: Wydawnictwo Albatros
Objętość: 158 stron
Oprawa: twarda
Wydanie: I, Warszawa 2022

Książka dostępna jest w internecie w wersji papierowej, ebook i audiobook.

Poniżej okładka - front i tył:

Poniżej przykładowe wybrane rozkładówki:

Poniżej własne kompozycje - inspirowane lekturą i wspólnym czytaniem tej książki z kotką Myszą

Fot. Latarnica / październik 2022


Latarnica poleca [vol. 41]

Kiedy rozpakowałam paczkę z tą książką i zobaczyłam ją w realu od razu wiedziałam, że zechcę o niej napisać. Jeszcze nie poznawszy jej treści totalnie zachwyca edytorsko - wspaniała kusząca okładka rysunkowa i przepiękne zdjęcia - staje się czymś z pogranicza albumu i nietypowego przewodnika.

"Nietypowego" to kluczowe słowo, bowiem "Dookoła Bałtyku" to nie nudny przewodnik z suchymi danymi atrakcji i wyliczanką miejsc polecanych ale raczej poszczególne rozdziały to inspiracje.

Książka ukazała się pod redakcją Agnieszki Franus, bo autorstwo rozdziałów jest różne i każdy stanowi subiektywną opowieść Autora o danym kraju czy mieście. TO właśnie oni będą próbowali nas zachwycić miejscami nad Bałtykiem, do których dotarli.

Całkowicie rozumiem taką ideę książki. Ona musi się sprawdzić. W zasadzie podobne rzeczy robię sama tutaj na Latarnicy próbując zarazić was nie tylko do polskiego wybrzeża Bałtyku, ale do MOICH miejsc na nim.

Bałtyk - to słowo które mnie osobiście kojarzy się tylko z miłymi wspomnienia i obrazami przepięknymi wizualnie. Oczywiście mam bardziej i mniej ulubione jego miejsca ale uważam że nie ma na świecie piękniejszego miejsca nad polskie plaże.

Tym kluczem szli autorzy rozdziałów i wybieramy się z nimi na długą podróż przez Polskę, Litwę, Łotwę, Estonię, Finlandię, Szwecję, Danię i Niemcy. Wszystkie te kraje mają dłuższą lub krótszą linię brzegową a na niej wspaniałe turystyczne miejsca.

Nie znam całego wybrzeża Bałtyku, nie znam nawet jego większości. Było mi dane zobaczyć tylko fragment wybrzeża Niemiec, Litwy i Szwecji. Ale te podróże utwierdziły mnie że Bałtyk to MOJE morze i styl zabudowy, przyroda, krajobraz jest tym co mi w duszy gra.

Oczywiście rozdziały zawierają pod koniec garść praktycznych i co ważne - bardzo aktualnym informacji - ale faktycznie w wielu miejscach do których nie dotarłam osobiście po prostu po lekturze się zakochałam patrząc na zdjęcia i doczytując odczucia autora.

"Dookoła Bałtyku" jest idealną pozycją na prezent dla kogoś kto równie jak my docenia nasze wybrzeże i bywa czasami ciut dalej w innym państwie nad Bałtykiem. Ale sprawdzi się również jako tzw. "kopniak na zachętę" w przypadku tych co znają tylko nasze polskie wybrzeże. Trudno bowiem oprzeć się prezentowanym miastom, wioską, wysepkom. Trudno nie cieszyć oczu przepięknymi fotografiami cudów natury czy aglomeracji z długą historią, gdzie przeszłość podaje sobie rękę z bardzo nowoczesną architekturą. Nie zawsze musi to być zgrzyt i szpetota.

Podtytuł tej książki to "100 pomysłów na przygodę życia". I tutaj się całkowicie zgadzam. Taki wypad na np. bliskie nam wybrzeże niemieckie, rejs z Kołobrzegu czy Darłówka na duński Bornholm czy wycieczka promowa z Gdyni do Karlskrony to mogą być wielkie przygody.

Z ogromnym sentymentem wspominam zagraniczne wojaże do miejsc nadbałtyckich. Wszędzie tam znalazłam analogie do niektórych naszych miejscowości, a znowu inne pejzaże są niepowtarzalne i niespotykane w Polsce. Choćby zatrzęsienie małych wysepek, gdy dopływa się do Szwecji. Dzieje się to najczęściej o wschodzie słońca i widoki bezcenne.

Autorzy poszczególnych rozdziałów swoimi opowieściami całkowicie mnie przekonywali, że miejsca które odwiedzili są niezwykle i warte zobaczenia. Książka tylko potwierdziła mnie w mojej stałej miłości do naszego morza. Wiem, że o ile nie odnalazłabym się w każdym z opisywanych krajów jako jego stały mieszkaniec, to gdyby przyszło mi żyć w pasie nadmorskim to już byłoby to o wiele łatwiejsze i do przyjęcia.

"Dookoła Bałtyku" to barwa opowieść o krajach, które łączy wspólne morze. Mamy w niej historię i współczesność, mamy niesamowita przyrodę, porty, architekturę i oczywiście latarnie morskie. Bo jak można myśleć o Bałtyku pomijając ważną rolę latarń. Oczywiście coraz więcej jest już zautomatyzowane, ale same ciekawe budynki i wieże zostają i są często popularnymi obiektami turystycznymi zamieniającymi się w placówki muzealne, hotele, kawiarnie czy sklepy z pamiątkami.

Z ogromną przyjemnością spędziłam kilka wrześniowych wieczorów z tą lekturą. Każda strona była warta nadbałtyckiej przygody. Podsumowując: Latarnica poleca!

Podstawowe dane książki:

Tytuł: Dookoła Bałtyku
Autor: pod redakcją Agnieszki Franus
Wydawca: Wydawnictwo Słowne
Objętość: 320 stron
Oprawa: miękka
Wydanie: I, Warszawa 2022

Poniżej własne kompozycje inspirowane lekturą

Poniżej kilka zdjęć ukazujących okładkę (front i tył) i wnętrze książki


Latarnica poleca [vol. 40]

Tak się złożyło, że w ostatnich tygodniach czytałam jedną po drugiej dwie książki przeznaczone dla młodego czytelnika, w których ważną rolę odgrywa motyw latarni morskiej. Pierwszą z nich była "Julia i rekin" (recenzja ukazała się w 39 odcinku tego cyklu - 1 sierpnia br.), a teraz pora przyszła na "Lampkę" Annet Schaap.

Zazwyczaj nie wrzucam tutaj tak często recenzji, ale w tej chwili boję się, że z każdym kolejnym dniem ulecą mi emocje, które ta lektura wzbudziła i odejdą w niepamięć detale treści tej książki. Nie ma więc co zwlekać. Opowiem subiektywnie, co mnie w tej historii urzekło.

Nie chciałam się wypowiadać na jej temat póki nie dotrę do samego finału. Kilka dni temu wieczorem skończyłam lekturę (czytanie jej zajęło mi parę dni, bo objętość jest całkiem pokaźna) i od razu wiedziałam, że to będzie kolejny tytuł omawiany w ramach Latarnica poleca.

Z automatu trafił jako wysoko prawdopodobny do omawiania, bo latarnia morska jest nie tylko jako element zdobiący okładkę (bywa tak często, że na tym się kończy związek publikacji z tym tematem), ale i latarnia odgrywa ważną rolę oraz jest powiązana z główną bohaterką nazywaną Lampką. Dziewczynka ma swoje imię, ale wszyscy na nią tak mówią, ze względu na fakt bycia córką miejscowego latarnika. Dla mnie to imię wydaje się bardzo urocze i budzące same ciepłe i pozytywne skojarzenia.

Mimo takiego tytułu i imienia kojarzonego z ciepłem światła wydobywającego się z laterny sama opowieść wcale nie jest łatwa i lekka a raczej spowija ją z każdą stroną ciemność wkraczająca w życie bohaterów. Annet Schaap nie przedstawiła nam jasnych stron życia. Raczej skupiła się na tym co trudne, bolesne, przewracające nasze życie do góry nogami.

Autorka na dodatek sama zilustrowała własną opowieść, co sprawia że mamy tutaj spójną artystyczną wizję tej historii. Trochę miałam obawy wyczytując na okładce, że napotkamy tu tajemnicze wodne stworzenia i otrzemy się o postacie syren. Założyłam na samym początku, że powieść może być zbyt fantastycznie i daleka od życia, abym się w niej zanurzyła i dała pochłonąć. Nic bardziej mylnego!

Pisarka potrafiła z tego doskonale wybrnąć. To nie fantastyka, baśń czy jakiś literacki eksperyment. To co zostało nam podane w skrócie na okładce jest całkowicie zgodne z prawdą. A jednak to nie fantazjowanie o morskich potworach.

O ile czytana niedawno "Julia i rekin" rozgrywa się współcześnie to trudno mi umiejscowić czasowo akcję "Lampki". Z opisów odzieży wynika, że na pewno są to lata mody na długie suknie, czasy starych wielkich domostw ze służbą i szeroko zakrojonych działań piatów na wodach mórz i oceanów.

Sama latarnia - miejsce w którym mieszka z ojcem bohaterka - jest lokalizacją anonimową. Nie wiemy gdzie stoi ta latarnia i czy ma swój pierwowzór w rzeczywistości. Schaap pisze tylko o szarej wieży na małej skale, do której wiedzie od portowego miasteczka kręta kamienna ścieżka zalewana wodami przy sztormach i silnym wietrze.

Sytuacja rodzinna bohaterki nie jest łatwa. Szybko straciła matkę, a jej ojciec żonę. Musiała gwałtownie dorosnąć i została jedyną kobietą w latarni pomagając kalekiemu latarnikowi nie stroniącemu od alkoholu i załamań. Niesie na barkach zbyt wiele spraw jak na dziewczynkę w swoim wieku.

A co może się stać kiedy zabraknie światła w latarni, a na zewnątrz szaleje sztorm i statki nie widzą jak blisko im do brzegu i portu? Katastrofa murowana! To jedne zdarzenie zmienia bieg wydarzeń i wywraca do góry nogami życie ojca i córki. Prawo zostało złamanie, a konsekwencje trzeba ponieść: zostają rozdzielni - jeden zamknięty na stałe w latarni, której wejście zabito deskami, a Lampka odesłana na służbę do "Czarnego Domu" bogatego admirała. Dom ten ma jednak niedobrą renomę i krążą opowieści i mieszkającym w nim potworze.

W zasadzie w chwili, gdy przenosimy się do tego domu akcja bardzo się zagęszcza stając się mroczna i pełna tajemnic. Napięcie budowane przez Autorkę jest naprawdę stopniowane idealnie i trudno oderwać się od kolejnych rozdziałów. Bo oczywiście coś jest na rzeczy i mieszkańcy tego domu, a zwłaszcza jeden z wieży budynku to bardzo tajemnicza i mrożąca krew w żyłach postać.

Nie będę opowiadać fabuły, bo zepsułabym każdemu lekturę tej opowieści. Ale naprawdę - ja jako osoba dorosła, do której nie jest ta literatura skierowana - dałam się całkowicie zauroczyć prozą Schaap.

Nie ma możliwości byśmy nie odczuwali na własnej skórze trudów i przysłowiowych rzucanych pod nogi Lampki kłód na tym etapie życia. Wydaje się że nie czeka ją już nic dobrego. Ale podczas pracy w "Czarnym Domu" zdarzy się coś nieoczekiwanego. To zmieni jej przyszłość. Książka podzielona jest na 6 części, które zatoczą jakby pełne koło tej historii sięgając do czasów poznania się jej taty i mamy, do czasów młodości admirała i jego związku z tajemniczą kobietą.

Mamy tutaj w pięknej i przystępnej formie podanej dla starszych dzieci opowieść o tolerancji, o tym jak bywamy różni, jak każdy z nas jest osobną księgą do odkrycia i opowiedzenia.

Lampka ze swym otwartym na inność charakterem i patrzącym szeroko i bez uprzedzeń spojrzeniem dziewczynki rozumiejącej więcej niż każdy by przypuszczał, jest postacią zdecydowanie pozytywną i dającą nam lekcje o relacjach ludzi z różnych sfer i o różnych cechach. Nawet takich, które spychały je na margines społeczeństw i uznawane było za dziwolągi niewarte traktowania jak normalni ludzie.

"Lampka" otrzymała najwyższą holenderską nagrodę w dziedzinie twórczości dla dzieci i młodzieży tzw. Złoty Rysik. Ta historia została już przetłumaczona na 16 języków co świadczy o jej uniwersalności. Myślę, że w każdym kraju będzie zrozumiana. Aż prosiłoby się, aby takie powieści były szkolnymi lekturami, bo na wielu płaszczyznach jest co rozważać i omawiać. A poza tym uczy właściwych postaw.

I chociaż dla mnie zaczęło się wszystko po prostu od kolejnej okładki z latarnią - w środku odkryłam większy skarb w postaci tej opowieści - pełnej morskiej bryzy, wiatru, huku fal, wijących się ku górze stopniach nieznanej latarni, piratach i wabiących żeglarzy syrenach. Podsumowując: Latarnica poleca!

Podstawowe dane książki:

Tytuł: Lampka
Tytuł oryginalny: Lampje
Autor: Annet Schaap
Ilustracje: Annet Schaap
Tłumaczenie: Jadwiga Jędryas
Wydawca: Dwie Siostry
Objętość: 326 stron
Oprawa: twarda
Wydanie: I, warszawa 2020

Poniżej własne kompozycje inspirowane lekturą oraz kilka stron ukazujących okładkę i wnętrze książki

Wnętrze książki

Front i tył okładki

Poniżej miejsce, gdzie spędzałam najczęściej czas z "Lampką" - popatrzcie jaki piękny jest grzbiet tej książki - nawet tam jest latarnia morska.

Fot. Latarnica / 2022


Latarnica poleca [vol. 39]

Od wiosny nie sięgałam do tego cyklu, ale będąc świeżo po lekturze "Julii i rekina" od razu wiedziałam, że będę chciała się z Wami podzielić paroma spostrzeżeniami i refleksjami.

Na początek prosta i krótka konkluzja: ta książka - choć przeznaczona dla młodego czytelnika i klasyfikowana jako tzw. literatura młodzieżowa - jest wspaniała! I to pod każdym względem. Od początku jak ujrzałam jej zapowiedź wiedziałam, że chcę mieć wydanie papierowe, bo od strony edytorskiej to małe dzieło sztuki. Ale po kolei.

Co może przykuć mój wzrok w książce, o której nie wiem nic? Na pewno wizerunek latarni. A jeśli okazuje się, że na jednym wizerunku się nie kończy, to jestem już bardzo zainteresowana taką książką. Tak, tak... choć na okładce jej nie ma w środku przewinie się kilkakrotnie i to w jakiej pięknej szacie graficznej! Czytając od razu chciałam wiedzieć czy opisywany obiekt istnieje. Niestety Google ani Wikipedia nie znajdują nic pod podaną w nazwą. Przyjmuje więc, że to latarnia stworzona na potrzeby powieści. Reszta? Wszystko się zgadza. Jest wyspa Unst pośród wysp szetlandzkich, jest osada Belmont - jako terminal promowy, ale z niej nie wiedzie żadna droga do latarni Uffle-Gent. Za to wyspa Unst szczyci się kilkoma latarniami, w tym spektakularną Muckle Flugga (North Unst), która z tego co widzę, posłużyła ilustratorowi książki za pierwowzór latarni z opowieści Hargrave.

No dobrze, zobaczyłam latarnię w książce i przepadłam. Ale to była fascynacja obrazem. Nie sądziłam, że zrówna się ona z fascynacją treścią. Innych książek Kiran Millwood Hargrave nie znam. A już sprawdziłam, że wydała kilka - w tym opowieść na faktach o czarownicach z dalekiej północy ("Kobiety z Vardo"). Dodam tutaj tylko, że Autorka to rocznik 1990 [!] , absolwentka Cambridge i Oxfordu, pisarka i poetka, laureatka nagród literackich. Nie wiedziałam więc czego się tutaj spodziewać. To był pierwszy kontakt z jej pisarstwem.

Bardzo spodobali mi się bohaterowie. Brytyjska rodzina, w której tata będzie dbał by wygaszona, nieczynna latarnia automatycznie paliła się światlem, mama biolog od wszystkiego co żyje w morzach, mająca bzika na punkcie spotkania rekina, który pojawia się daleko na Morzu Północnym i Morzu Norweskim oraz tytułowa Julia - ich córka i rodzinny zwierzak - członek rodziny - kotka Kluska. To oni wyruszają w daleką drogę z Kornwalii na Szetlandy. Każdy dorosły ma tam realizować się zawodowo, a mama chce dzięki pracom badawczo-naukowym zdobyć grant uniwersytetu na badania nad rekinami.

Zatem wszystko zaczyna się w Kornwalii i mamy początkowo powieść drogi, ale szybko osiadamy na Unst na Szetlandach. Tata to osoba, której życie zamknięte jest w cyfrach, ma ścisły umysł w odróżnieniu od żony i córki - których życie opisują słowa. Są jakby z innej beczki ale wszystkich łączy silna więź.

Wydawać by się mogło, że to będzie obyczajowa historia z latarnią, kotem i wyspami na dalekiej północy w tle. Ale od samego początku czułam, że zabieg iż w całej powieści dominują kolory czarno/szaro/białe z dodatkiem tylko jednej barwy (żółtej) kryje w sobie coś bardziej mrocznego, smutnego i wciągającego nas głęboko w ludzkie emocje. Od strony graficznej wszystko wygląda przepięknie i do siebie zgrabnie pasuje. Przecież latania to właśnie coś ciemnego, obiekt który w nocy staje się ledwo widoczny, stapia z ciemnością mroku, a pośród tego budzi się do życia świetlista żółta struga światła z laterny.

Tak, nie mylicie się jeśli podejrzewacie już, że to nie jest miła opowiastka o przywracaniu do życia latarni i badaniach naukowych na statku badawczym na zimnych wodach północy. Przeprowadzka na lato rodziny z Kornwalii ujawni cały szereg skrywanych emocji i obudzi zmory przeszłości. Pomału odkryjemy tajemnice rodziny, wydarzenia z przeszłości, poznamy spojrzenie na obecną sytuację oczami każdego z bohaterów.

Nie chcę ujawniać treści, bo naprawdę wciąga od samego początku. Ja podzieliłam sobie czas na jej lekturę na trzy popołudnia. Śmiało można po prostu z tą książką usiąść i wpaść w nią po uszy do samego finału. Jednak od razu zaznaczam - nie będzie to jasna i prosta droga. Atutem jest język i styl Autorki. Od samego początku ma się wrażenie że płynnie przechodzimy od prozy do poezji - czegoś lekkiego, ulotnego, zachwycającego. To samo dzieje się w sferze edytorskiej - tekst czasami przybiera dziwne kształty morskich stworów, układa się bardziej jak wiersz niż proza. Jest to tak napisane, że miałam wrażenie, że obcuję z czymś naprawdę wyjątkowym.

Nie pamiętam już od jak dawna nie czułam takich zachwytów. Do tego przyjemność sensualna - przy przekładaniu kolejnych stron. Nie dość, że piękne ilustracje (już wiem że ilustrator Tom de Freston to prywatnie mąż Autorki) to jeszcze co jakiś czas mamy zabieg wplatania pośród papierowe strony kalek z grafiką, która przenika się z ilustracją na papierze. Dzięki temu dochodzi do mieszania się światów - wizualnie i w treści.

Uważam, że ta opowieść porusza tak ważne kwestie, że powinna obowiązkowo być omawiana w szkołach. Jest bardzo życiowa, nic nie upiększa, ale nawet w najciemniejszych zakamarkach tej historii odnajduję się światło z laterny. Dla mnie jedna z ważniejszych książek ostatnich lat. Coś naprawdę innego - podane w unikalny sposób.

Wielkie uznania dla wydawnictwa Słowne Młode za odwagę wydania w końcu tak niszowej książki - nie nastawionej na masowego odbiorcę. Ale jeśli ten masowy się odważy na konfrontację z nią na pewno znajdzie w niej coś dla siebie, poczuje się poruszony i wciągnięty w wir zdarzeń.

Nie ukrywam, że z automatu łatwiejszy start mają u mnie książki z akcją nad morzem, w małych miejscowościach czy na wyspach. Tu mamy nie tylko szetlandzką wyspę Unst, małą lokalną społeczność, ale i latarnię jako miejsce zamieszkania bohaterów. Nie mogło być lepiej. Podsumowując: Latarnica poleca!

Podstawowe dane książki:
Tytuł: Julia i rekin
Tytuł oryginalny: Julia and the shark
Autor: Kiran Millwood Hargrave
Ilustracje: Tom de Freston
Tłumaczenie: Joanna Jagiełło
Wydawca: Słowne Młode
Objętość: 224 strony
Oprawa: twarda
Wydanie: I

Poniżej trzy własne kompozycje inspirowane lekturą ( jako dodatek moja domowa Kluska czyli kotka Mysza) oraz kilka stron ukazujących wnętrze książki

Poniżej przód i tył okładki

Fot. Latarnica


Latarnica poleca [vol. 38]

Ta książka to raczej nowelka czy miniatura niż powieść, ale na tych 160 stronach (tyle ma wydanie polskie) jest takie nasycenie treści i emocji, że wystarczy za kilka tomów. I nie potrzeba ani strony więcej. Dlatego i moja recenzja nie będzie za długa.

Do literatury japońskiej podchodzę ostrożnie. Jest specyficzna i albo trafia w punkt i mnie zachwyca albo męczy. Nie będę ukrywać, że przyciągnęła mnie piękna okładka z kotem i tytuł z kotami - tak intrygujący, że postanowiłam się dowiedzieć... No właśnie nie byłam pewna czy uzyskam w książce odpowiedź na postawione w tytule pytanie, ale zaryzykowałam.

Ta książka nie odkrywa Ameryki, podobnych pomysłów było już w literaturze i filmie wiele. Ot historia stara jak świat - zawarcie paktu z diabłem - on zyskuje jedno - bohater co innego ukrywa dla siebie. Ale czy handlowanie z samym panem ciemności ma kiedykolwiek dobre zakończenie dla człowieka? Czy można przechytrzyć ustalenia i złamać zasady, a przetrwać?

Bohater Kawamury na samym początku tej historii dowiaduje się, że ma nieuleczalnego raka mózgu. Niewiele mu zostało. Wiadomość spada na niego jak grom z jasnego nieba. Można powiedzieć, że odtąd każda minuta życia na wagę złota. Czy warto ten kończący się czas stracić na byle co czy może to czas rozliczeń, pojednań, napraw...

Niespodziewanie odwiedza go diabeł pod postacią siebie samego tylko trochę w innym wydaniu i proponuje układ. Propozycja trudna do odrzucenia. W zamian za darowane kolejne dni życia (nożna to ciągnąć w nieskończoność) ma wybierać coś, co zniknie z historii świata. Jest tylko jeden warunek - musi mu na tej rzeczy zależeć. Pierwszą ofiarą staną się telefony komórkowe...

Akcja książki zamyka się w symbolicznym tygodniu - niczym proces biblijnego stworzenia świata. Przez kolejne rozdziały nazwane dniem tygodnia poznajemy przeszłość bohatera i skomplikowane relacje rodzinne. Jest co naprawiać, naprostowywać, poprawiać... Ale czy to czas na to? Diabeł wymyśla coraz ciekawsze rzeczy, które z pełną konsekwencją swej nieobecności znikają ze świata. Czy pojawi się coś co zatrzyma ten proces? Czy będzie tak ważne dla ludzkości, że bohater uzna iż jego śmierć jest tutaj jedynym wyborem? A może umowa podlega negocjacji?

Nie napiszę wam nic więcej. Powiem jedno - czyta się to doskonale i strasznie wciąga. Postacie są świetnie napisane a zamysł historii podany w takim opakowaniu że sprawy istotne do przemyślenia przez każdego z nas autentycznie zaczynają nam wiercić dziurę w brzuchu i samoczynnie przechodzimy autoterapię porównując reakcje bohatera do własnych odczuć i refleksji.

Mógłby ktoś rzecz - ot tania psychologia i zabawa gatunkami. I pewnie tak jest. Ale nie czujemy się wciśnięci na siłę do gabinetu psychoanalityka. Każdy dzień i nowa znikająca rzecz ze świata budziła we mnie mnóstwo emocji i rozważań co by było gdyby.

Powieść Kawamury bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Nie wiem czy książka nie trafi do mojego osobistego rankingu książek 2022 roku. Czas to pokaże. Na razie byłaby w ścisłej czołówce. Żałuję że nie ma nigdzie dostępnej ekranizacji. To co widzę w zwiastunie bardzo mi się podoba choć aktor od głównej roli wydaje mi się o za młody w stosunku do książkowego pierwowzoru.

W tym roku miałam okazję przeczytać również inną powieść japońskiego autora pt Kot, który spadł z nieba – Takashi Hiraide (wydana w tej samej serii z żurawiem) i ona również (choć totalnie inna) pozostawiła doskonałe wspomnienie. Hm... może w końcu dojrzałam do literatury japońskiej. A wracając do "A gdyby tak..." to nie dopowiem wam nic na nakreśloną w tytule wizję. wiem tylko jedno: Zdecydowanie Latarnica poleca!

Podstawowe dane książki:

Tytuł: A gdyby tak ze świata zniknęły koty
Tytuł oryginalny: Sekai kara Neko ga Kieta nara
Autor: Genki Kawamura
Wydawca: Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, BO.wiem
Seria: z żurawiem
Objętość: 160 stron
Oprawa: miękka
Wydanie: 2021 (polska), 2018 (Japonia)

Na podstawie powieści Kawamury powstał w 2016 roku film. Reżyserem jego jest Akira Nagai, trwa 103 minuty i jest produkcją japońską. Kręcony był w Tokio i Buenos Aires. Zdjęcia trwały 1,5 miesiąca.

Poniżej okładka książki i plakat filmowy

Poniżej link do trailera kinowego:

https://www.youtube.com/watch?v=DF9s5Rjb_5M