Latarnica poleca [81]

W październiku 2025 roku Czytelnicy spragnieni kontynuacji „Zaleca się kota” Sho Ishidy otrzymali drugi tom serii pt. „Zaleca się kolejnego kota”, który był mistrzowskim pociągnięciem historii o klinice doktora Kokoro z Kioto. Minęło niespełna pół roku i my miłośnicy kotów oraz współczesnej prozy japońskiej mamy w rękach trzeci tom tej uroczej i poruszającej serii pt. „Kot pierwszego kontaktu”. Byłam ciekawa, w którym kierunku ewoluuje tytuł, bo trudno by było ciągnąć dalej pierwotny niewiele go  już tylko przekształcając. Nie brzmiałoby to za dobrze. A ten najnowszy w sumie doskonale oddaje całą idee książek, bo na bolączki duszy i ciała dla pacjentów - którzy trafią w wąskie ciemne uliczki Kioto do zrujnowanego budynku na czwarte piętro za ciężkie metalowe drzwi - jedynym zalecanym lekarstwem zawsze będzie kot. To on jest tym głównym lekarzem i terapeutą pierwszego kontaktu, choć receptę na niego wypisuje tajemniczy - dla jednych uroczy i sympatyczny, dla innych dziwny i milczący - doktor Nike Kokoro. 

Mamy więc kolejną odsłoną kototerapii w najczystszej postaci i jeśli tylko czytelnik złapał bakcyla przy lekturze pierwszego tomu to i po kolejne z pewnością sięgnie. A jeśli ten tytuł stanie się dla kogoś początkiem obcowania z tą autorką i jej pomysłem na uleczanie współczesnego świata kotami to może i teraz zacząć nową literacką przygodę, choć osobiście jednak polecałabym czytanie chronologiczne, ze względu na taki prosty często stosowany przez pisarzy zamysł. Jak to bywa z seriami z określonymi bohaterami, kolejne tomy odsłaniają coraz bardziej zawiłą historię tego miejsca i ich losów. Można coś stracić i nie do końca zrozumieć nie mając za sobą wiedzy o poradni  i pacjentach z dwóch poprzednich tomów.

Ale może przyjrzyjmy się wnikliwiej i konkretnej premierze wiosennej Wydawnictwa Marginesy. Objętościowo „Kot pierwszego kontaktu” jest ciut obszerniejszy niż poprzednik serii i cała akcja zamknięta została w czterech rozdziałach, a tym samym czterech różnych historiach, z których ostatnia jest najbardziej skomplikowana i zakręcona czasoprzestrzenne. Trzeba to sobie zacząć pomału w głowie składać i budować pełniejszy obraz całej historii. Ale kiedyś musiało to nastąpić aż w tak intensywnej odsłonie. Również emocjonalnej, bo lepiej szykujcie zapas chusteczek i bądźcie gotowi na kołatanie serca. Zwłaszcza jeśli los zwierząt jest dla was istotny i mocno przeżywacie kocie historie często opisywane w internecie przez różne organizacje prozwierzęce.

W najnowszym tomie mamy trzykrotne leczenie konkretnym kotem zapisanym przez doktora Nike, a wydanym przez jego tajemniczą asystentkę Chitose. Ale w jednym przypadku zgłaszający się po pomoc pacjent odbywa na miejscu stacjonarnie ciekawą terapię, w której uczy się wydawać odgłosy jak kot: od delikatnych miauknięć i pomruków po przerażająco głośne wykrzyczane wręcz z całej siły w płucach ryki dzikich kotów. Wszystko pod czujnym okiem lekarza i po zaprezentowaniu przez niego samego wzorcowych odgłosów i sposobie modulacji dźwięków. Niby kota na receptę tu nie ma, ale skuteczność lecznicza równie udana. Doktor Kokoro dobierze dla potrzebującego najwłaściwszy metodę leczenia tego co jest główną bolączką osoby szukającej pomocy.

A z czym poza tym zmierzymy się w najnowszych historiach z Kioto?

W rozdziale otwierającym poznajemy Fuko Hatta - 29 letnią pracownicę dużej firmy handlującej różnego rodzaju sprzętem i gadżetami - głownie biurowymi. Fuko jest pracownikiem administracyjnym. Nie ma wpływu na zakres produktów jakimi handluje firma, nie opracowuje strategii marketingowych, nie planuje zysków - jednak od czasu do czasu każdy pracownik może zaprezentować jakiś swój pomysł na nowy produkt, zrobić badania rynku i przekonać zarząd o słuszności wprowadzenia go do oferty. Może to być pracownik dowolnego szczebla. Czasami najlepsze pomysły przychodzą z innego działu. Fuko ma swój pomysł na nowy produkt, ale wystąpienie publiczne strasznie ją stresuje i zabiera radość życia. Zjada to ją każdego dnia i nie ma żadnej przyjemności chodzenia do pracy, bo tylko powtarza w myślach swoje wystąpienie i boi się porażki i zapomnienia słów w trakcie pokazu na dużej sali przed wszystkimi zebranymi pracownikami. Jak zwykle pocztą pantoflową dowiaduje się o klinice doktora Kokoro  i tam trafia ze swoim problemem. Jak każdy czytelnik się spodziewa, do domu wraca z kotem. Jej przepisano kota syjamskiego Venę - bardzo charakternego, wiedzącego co chce i stawiającego jasne granicę co znaczy, że potrafi znienacka zaatakować i poranić opiekuna. Na drodze Fuko staje również Kinnosuke - stary przyjaciel z lat szkolnych, który akurat po rodzicach przejął interes rodzinny i prowadzi mały sklep zoologiczny. Taki znajomy w tej nowej sytuacji to wręcz nieoceniona pomoc… Nie będę spolerować treści,  bo nie o to chodzi. Tak czy inaczej obecność kota jak zwykle odkrywa w bohaterach ich nieznane oblicze i możliwości oraz sposoby radzenia sobie z codziennością. Sama obserwacja kota daje już prostą naukę by spojrzeć na świat oczami tego zwierzaka i reagować na wszystko w taki sposób - prosto i bez udawania - jak robią to na co dzień koty. A przecież one zawsze dbają w pierwszej kolejności by im było dobrze. 

Pięknie podsumowuje to cytat z 72 strony:

Taka właśnie była prawda. Dzięki Venie dom Hattów na kilka dni stał się „domem z kotem”, miejscem zupełnie innym od „domu bez kota”. Jedno nie było nijak gorsze od drugiego, ale co kot w domu to kot w domu.

W drugim rozdziale mamy już wspomnianą terapię stacjonarną, bez wydawania do domu zwierzaka, na którą regularnie stawia się bohater. Poznajemy Kotaro Dojima 33-letniego świeżo upieczonego ojca i odnoszącego sukcesy zawodowe pracownika dużej firmy. Jednak odkąd w domu pojawił się potomek, a żona została z dzieckiem zajmując się całym domem -  ich rodzinne gniazdko stało się centrum tornado - wieczne krzyki, kłótnie, obarczania się winami. Wszystko to powoduje, że Kotaro wypowiada w pewnym momencie na tzw. męskim wyjściu po pracy słowa, że nie chce mu się wracać do domu jak pomyśli o tym do czego codziennie wraca. Tłumaczy się że nieustanne awantury żony i krzyk dziecka wykańczają go i odbierają siły. Staje się to problemem, z którym trafia do kliniki Nike Kokoro.  Początkowo na zaproponowaną terapię reaguje śmiechem i zdumieniem. Nie potrafi się otworzyć i być jak kot, nie chce podporządkować się zaleceniem, ale kiedy zacznie współpracować poczuje że coś się w nim otwiera i zmienia… Tutaj również zostawię tą historię przerwaną, bo po prostu trzeba przeniknąć w los Kotaro i tego jak działa nowa metoda lecznicza, wydająca się absurdalna.

W trzecim rozdziale wchodzimy w świat artystyczny Kioto. Powraca standardowa terapia kotem z recepty. Bohaterką jest Orie Onodera. Jest 30-letnią artystką malującą głównie portrety na zamówienie, ma swoją stronę internetową przez którą można je zamawiać oraz pojawia się na różnych wystawach i jarmarkach gdzie próbuje podłapać klientów. Poznajemy ją w chwili kiedy chwilowo opiekuje się straganikiem koleżanki z wyrobami artystycznymi. To wtedy dostaje ciekawe zlecenie na portret dwóch gejsz z kotem. Obie panie przechodzą obok jej baneru i chwilę później pokazują na telefonie zdjęcia kota, który ma się pojawić na wspólnym obrazie. Artystka przejmuje zlecenie i doskonale się z niego wywiązuje. Ale jak wiadomo współcześnie trudno wyżyć ze sztuki i drobnego rękodzieła. Ona i jej koleżanki artystki, z którymi wspólnie wynajmuje mieszkanie, muszą też normalnie dorabiać, aby się utrzymać. Kiedy dowiaduje się o dużej prestiżowej nagrodzie, którą dostała jej koleżanka z szkoły artystycznej popada w przygnębienie i depresję oraz nie widzi sensu w swej działaności i całej przyszłości. Trafia do kliniki i wraca do domu z 4-letnią kotką rasy ragdoll o imieniu Mandarynka. To puchata kulka spokoju i doskonale aklimatyzuje się w domu dziewczyn. Doktor Nike wydając jej Mandarynkę mówi znaczące słowa:

Widzi pani, koty patrzą na to , co lubią najbardziej. Zawsze.

Kilka stron dalej ta sama bohaterka usłyszy od jednej ze zleceniodawczyń portretu:

Koty i ludzie patrzą na drogie sobie rzeczy w ten sam sposób.

I to jest chyba klucz do tej trzeciej historii i doskonałego portretu kobiety z dwoma kotami.

Rozdział zamykający tom 3 to największe wyzwanie dla czytelnika. Szarpie emocjami, wzrusza, ale przede wszystkim zmienia trochę czasoprzestrzeń. Nagle Autorka przenosi nas do miejsca, gdzie mamy obecnie klinikę ale lata wstecz i ujawnie historię tego lokalu z IV piętra. Bohaterką jest tu alienująca się od ludzi Ao. Odpowiada ona na ogłoszenie i zaczyna pracę w ni to sklepie zoologicznym, ni to punkcie adopcyjnym będącym też hodowlą najchętniej kupowanych ras i hybryd ras. Nini’s - bo tak się nazywa to miejsce - okazuje się biznesem, w którym pracuje tylko ona i jedna starsza stażem pracownica a obowiązków przy kocich maluszkach jest praktycznie  na okrągło. Dla Ao konkretne zadania i nie wchodzenie w relacje z ludźmi to idealna praca. Ale okazuje się, że tak nie będzie. I tu spuszczę kurtynę milczenia. Sho Ishida poprowadzi nas po przeszłości tego miejsca, przedstawi co się tam wydarzyło i dlaczego tak potoczyły losy pracownic i podopiecznych. Mroczna strona i dramat sprzed lat stał się bazą do dalszych losów tego miejsca. Jednak i w tym wątku znajdzie się kototerapia. Dla Ao będzie nią biała 4-letnia koteczka Shiro.

Na koniec muszę dodać, że wciąż mamy takie rozpoczęte wątki, które jeśli zaczyna się je próbować zrozumieć ciarki przechodzą po plecach. Szczególnie mocno w tym tomie jest to zarysowane i kawałeczkami ujawniane  jeśli chodzi o postać asystentki  i recepcjonistki Chitose. Ale pomalutku zaczyna się to się nam już od 2 tomu układać i w mojej opinii robi się naprawdę mrocznie, dziwnie, porażająco. Aż nie mogę się doczekać co zaprezentuje nam autorka w tomie 4, bo jestem przekonana, że taki będzie. Lektura obowiązkowa dla kociarzy i miłośników prozy azjatyckiej.

Reasumując: Latarnica poleca!

Podstawowe dane książki

Tytuł: „Kot pierwszego kontaktu"

Autor: Sho Ishida

Tłumaczenie: Klauda Szary

Seria: 3 tom cyklu "Zaleca się kota"

Ilustracja na okładce : Arisa Shimoda

Wydawca: Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2026

Objętość:  260 strony

Wydanie: I

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Format: 135 x 210  mm

Poniżej - tym razem galeria musi zacząć się od tego jak przybyła zapakowana paczka (po prostu zachyt!!!)  i co ujrzałam po jej otwarciu:

Poniżej okładka front i tył oraz strona tytułowa i tylna wewnętrzna okladka:

Poniżej - książki o klinice dr Kokoro to już 3-tomowa seria:

Poniżej sesja z książką z moją kocią modelką Myszą i najlepszą domową terapeutką:

Dziękuję Wydawnictwu Marginesy  za możliwość zapoznania się z tą piękną książką i egzemplarz recenzencki. Więcej książek wydawnictwa znajdziecie na marginesy.com.pl


Latarnica poleca [80]

Nie będę ukrywać, odkąd w 2022 roku tuż po premierze przeczytałam „Zapiski wrednego kota” Wojciecha Cesarza i Katarzyny Terechowicz - lekturę w ramach ukochanego cyklu o grzecznym psie – wiedziałam, że będę bardzo, ale to bardzo wyczekiwać kontynuacji. Malamut Winter to super bohater, ale odkąd serię przejął wredny kot Marian (dziki tygrys zgarnięty z Bieszczad) to dla mnie jako kociary zrobiło się już obłędnie. I tak po 4 latach wiosną tego roku Marian powraca w wielkim stylu w 7 już tomie pt. „Śledztwo wrednego kota”. 

Przygody i codzienność tej prozwierzęcej rodziny (4 dwunogów + 5 zwierzaków: dwa psy, dwa koty, jeden chomik) jest według mnie jedną z najlepszych wielotomowych opowieści na rynku o koegzystencji człowieka ze zwierzętami domowymi, towarzyszącymi nam na co dzień. Wspólna próba życia – a często nawet przeżycia – napisana jest lekko i z takim humorem, że nie uwierzę iż jakiś Czytelnik i zwierzolub nie zakocha się w tych perypetiach od pierwszego rozdziału pierwszego tomu.

Obecnie do moich rąk trafiło najnowsze wydawnictwo, które jest niejako bezpośrednim pociągnięciem historii z tomu 6, gdzie kochany obrońca domowego ogniska malamut Winter schodzi ciut na dalszy plan, a królem historii (ba! wiadomo, gatunek zobowiązuje) zostaje kot Marian przywieziony swego czasu z wakacji w górach. Polecam siegnąć do wcześniejszych tomów by zapoznać się z jego historię i tym jak wziął ludzi na litość i spojrzenie biednego kotka. Klasyczne techniki manipulacji, z których koty mają doktoraty i profesury w chwili swoich narodzin.

W „Śledztwie wrednego kota” powracamy do znanego już domu i jego mieszkańców. Kogóż  mamy do obserwacji? Gatunek ludzki reprezentuje 4-osobowa rodzina: Henryk, Hanka oraz dwójka potomstwa – nastolatki Julka i Alek. Pod jednym dachem żyją z nimi alaskan malamut Winter, Rudy – nieduży beczułkowaty piesek, gabarytowo 1/3 malamuta, Bagira (Bagi) – kocica, która nieustannie denerwuje kocura, chomik Popcorn – galopujący w swym kołowrotku oraz mistrz i narrator tego tomu – kot Marian (Marianek, Maniuś, Maniutek). Tymczasowo w historii pojawia się gadająca papuga Dżongo (bardzo zabawny epizod), zostawiona pod opieką dwunogów na czas pobytu jej opiekunki na kontynencie australijskim. Niezła ekipa prawda? Z tego mogą wyniknąć tylko kłopoty i wielka komedia omyłek.

Marian – jak widać po obu tytułach tomów, w których przejął władzę i stał się narratorem historii – jest wrednym kotem. To oczywiście klasyczny, powszechnie funkcjonujący stereotyp i często występujący przymiotnik, kiedy ktoś próbuje opisać tak powszechny w polskich domach gatunek Felis catus. Co gorsza, mimo tak niedobrej opinii koty w czasach współczesnych stały się najpopularniejszymi zwierzętami domowymi. I każdy kociarz i opiekun wie, że nie są one wredne ani złośliwe z założenia i natury. Tak to tylko bywa odczytywane po ludzku, bez znajomości kociego behawioru. Nic bardziej mylącego! Popatrzmy na Mariana. Zgarnięty z terenu dzikiej przyrody jest leniwym, rozpieszczonym kanapowcem, dla którego sensem życia jest pełna miska (i to nie byle czego!) oraz nieograniczona swoboda – czyli nieustanne otwierane i zamykane na komendę drzwi tarasowe czy sterowana pilotem brama garażowa. Bowiem co podjazd do domu to inna nawierzchnia niż taras czy ogród, a to wszystko ma ogromne znaczenie dla dobrego samopoczucia pana kota.

Marian w tej historii postanawia trochę bardziej zaktywizować swój żywot i przyjrzeć się wielu aspektom życia rodzinnego – wliczając do rodziny także zasoby zwierzęce – a tym samym prowadzi wiele śledztw, które wymagają rozwiązania i dotarcia do źródeł domowych konfliktów, tajemnic, dziwnych ludzkich zachowań, które dla kota są absurdalne. Mamy tu kilkadziesiąt krótkich rozdziałów, w których Marian niczym koci Sherlock Holmes węszy co też stoi u podnóża pewnych zjawisk i w każdych okolicznościach potrafi dopatrzeć się zagadki do rozwiązania. Ale nie myślcie, że taki z niego nietypowy kocur – robotny, że ho ho i nadaktywny. Marian między stawianiem sobie kolejnych egzystencjonalnych pytań potrzebuje dużo czasu na drzemki w ulubionym fotelu na tarasie (akurat jego zamiłowanie do mebli zawsze pokrywa się z fotelami czy kanapami wybieranymi przez Henryka), pilnowanie pustej miski i regularnych pór karmienia, stałych arii głodowych i miauczenia dla samego wydawania z siebie tych jakże rozpraszających ludzi tonów. A nocą musi oczywiście strzec bezpieczeństwa śpiących. Czasami to wymaga poskakania po człowieku. Ale nikt tego nie doceni! Jest przekonany o swojej wielkiej życiowej roli strażnika rodziny i nawet czuje się w obowiązku strzeżenia malamuta Wintera. 

Marian widzi świat po kociemu (to oczywiście jedyna słuszna wizja rzeczywistości) i często przez to jego interesy i próby naprawy sytuacji nie idą w parze z punktem widzenia Henryka czy Hanki. Doprowadza to do wielu spięć i konfliktów, w których winnym zawsze będzie kot lub koty (Bagirka chętnie włącza się w domowe psoty i intrygi), ale zazwyczaj wszystko uchodzi jej na sucho. Za to Marian bywa oskarżany o wszystko! Ale kiedy Duzi mają problemy to aż nadto często pragną wtedy przytulać swoje domowe stado. Dla Mariana nie ma nic gorszego niż namolne dotykanie jego futra czy – o zgrozo - podnoszenie znienacka i branie na ręce. Wtedy bój się człowieku wyroku łapek sprawiedliwości wyposażonych w śmiercionośne pazury.

Autorzy genialnie, lekkim stylem i z ogromną porcją humoru oddają nasze relacje z domowymi pupilami. Ludzka rodzina nakreślona jest trafnie i pokazuje tą dwutorowość podejścia do „wychowania” zwierząt. Gdy jeden człowiek krytykuje czy karci drugi natychmiast bierze w obronę poszkodowanego – z góry uznając winę swojego partnera. Bo przecież nie może potworem okazać się piesek czy kotek. To prędzej mąż, żona czy dziecko mają problem i są prowodyrami konfliktów.

W 7 tomie cyklu mamy m.in. poza czasowym pobytem z bohaterami w ich domu kolorowej gadającej papugi akcję z dzikimi ptakami, wiewiórkami, zamknięciem Mariana w szopce z artykułami budowalnymi na posesji sąsiada, w domu dochodzi do testu nowych drzwi z klapką dla kotów, kurier przywozi drogą mającą dać szczęście kotom interaktywną mysz, nadchodzą święta i do salonu zostaje wstawione ogromne drzewko bożonarodzeniowe, w okolicy wprowadzają się nowi sąsiedzi z kotem Baltazarem i wiele innych codziennych zmagań typowych dla rodzin ze zwierzakami. Cudowną historią wywołującą salwy śmiechu jest profesjonalna rodzinna sesja fotograficzna w ogrodzie, efekty której miały zawisnąć w ramce w salonie. A jak wyszło sami przeczytajcie.

Nasz bohater Marian ma cięty język, ostre riposty, nie owija nic w bawełnę i nieustannie jest oburzony, że ani Henryk ani Hanka nie doceniają jego ogromu pracy i nieustannej ochrony domowego miru. Ludzie są dla niego zagadką, bo wszystko widzą na opak, a tak w ogóle to życie z nimi jest nieustanną próbą dręczenia i prześladowania biednego kota. Podobnie jak w „Zapiskach wrednego kota” niemal każdy rozdział kończy się podsumowaniem i oceną opisanej sytuacji przez Mariana. W prosty sposób przyznaje punkty za pożądane reakcje i krótko i w punkt osądza strony konfliktu. Bo każdy dzień to ścieranie się światów ludzko-zwierzęcych i psio-kocich albo i kocio-kocich (przecież Bagirka to wstyd dla kociego rodu a on musi bytować z nią pod jednym dachem!). Chomik Popkorn ma akurat tutaj najmniej do powiedzenia i jest izolowany od tego całego towarzystwa z futrem.

Na koniec muszę podkreślić jeszcze mój zachwyt ilustracjami pani Joanny Rusinek – który towarzyszy mi podczas lektury całej serii od 2011 roku. Jej kreska i sposób ukazywania bohaterów jest idealnym dopełnieniem. Piękne okładki to również jej autorstwo. Maniuś i Bagi są cudownie nakreśleni  a ich mimika i spojrzenia wywołują u mnie uśmiech i rozbawienie. Książki Wojciecha Cesarza i Katarzyny Terechowicz są adresowane do grupy wiekowej 8-12 lat, ale uważam że każdy dorosły czytelnik również doceni ich zabawność oraz trafność i będzie miał ogrom przyjemności z ich czytania. Książka poza wersją drukowaną dostępna jest również jako e-book i audiobook - czytany i interpretowany przez Jana Marczewskiego.

Reasumując: Latarnica poleca!

Podstawowe dane książki

Tytuł: „Śledztwo wrednego kota"

Autor: Wojciech Cesarz, Katarzyna Terechowicz

Ilustracje: Joanna Rusinek

Seria: To lubię!

Wydawca: Wydawnictwo Literatura, Łódź 2026

Objętość:  192 strony

Wydanie: I

Kategoria wieku: +9 -  +12

Oprawa: twarda

Format: 150 x 210  mm

Poniżej okładka front i tył:

Poniżej piękna wyklejka przednia i tylna,  strona tytułowa i  spis treści:

 

Poniżej wybrane rozkładówki książki:

Poniżej dwa tytuły z 7-tomowej już serii - w których narratorem jest kot Marian:

Poniżej sesja z moją modelką Myszką - charakterna jak Bagirka i Marian razem wzięci:

Fot. Latarnica / kwiecień 2026


Dziękuję Wydawnictwu Literatura  za możliwość zapoznania się z tą piękną książką i egzemplarz recenzencki. Więcej książek wydawnictwa znajdziecie na wydawnictwoliteratura.pl


Latarnica poleca [79]

Jeśli zaczniemy myśleć o tej książce wnikliwie odczytując jej przewrotny tytuł to od razu będziemy wiedzieć, że ta historia przyniesie nam opowieść o relacji starej jak świat, a co najmniej relacji znanej od starożytności - kiedy to czczono tam koty jak bogów - gdzie nie człowieka ma swojego kota ale to kot ma człowieka. I na wiadomych zasadach - jako służbę dostosowującą się reguł gry. A reguły ustala i „pisze” swym zachowaniem właśnie domowy KOT. W tym konkretnym przypadku to kot miał swojego Dziadka. Owszem, jest i Babcia, ale to Dziadek jest przedstawicielem tej bystrzejszej odnogi ludzkości bowiem w moc ujął co chce od niego kot i jak ma mu służyć aby wszystko szło gładko i prosto bez większych konfliktów. Bo uwierzcie - kto nie ma kota to może nie wie - ale zatargów z naszymi mruczkami zaprawdę nie chcemy mieć, a tym bardziej wchodzić z nimi na ścieżkę wojenną, gdy dzielimy wspólnie dom i życie. Z góry ta walka będzie skazana na porażkę. A jaka dokuczliwa…

Regina Golińska-Barancewicz (prywatnie opiekunka kotów Nikity i Diega - prototyp bohatera tej historii) w „Dziadku naszego kota” wciąga nas w pasjonującą historię opieki nad kotem - rzez tzw czynnik zewnętrzny, niezaznajomiony dokładnie z obiektem opieki - czyli klasyczna sytuacja, którą przeżyło (oby bez uszczerbku na duszy i ciele) wiele polskich rodzin, gdy dziadkowie wyjeżdżają podreperować zdrowie nad morze a w tym czasie opiekę nad pupilem przejmują dorosłe dzieci i wnuki. Taki schemat działań mamy i tutaj co oczywiście się bardzo chwali, że rodzina chce w tym czasie podjąć trud dogodzenia kotu, dla którego nieobecność najbliższych to duży stres i smutek. Jak wiadomo koty to zwierzęta ponad wszystko ceniące rytuały i stały plan dnia. Taki naprawdę stały, bez odchyleń. Kiedy tego nagle braknie czują się bardzo zagubione, nieszczęśliwe i mogą nawet podupaść na zdrowiu. Nikt by tego nie chciał. Zatem córka Dziadka z dziećmi deklaruje, że na czas nieobecności rodziców zajmą się domowym jedynakiem, aby nie byłemu smutno i źle.

Wszystko wydaje się być na dobrej drodze, ale… nie mamy do czynienia z potulnym, zastraszonym tygryskiem. Nie jest to też kot o długim stażu w tej rodzinie. Jak dowiadujemy się w początkowym rozdziale Kot (bo takie imię jest używane, gdy mowa o naszym, bohaterze) to przedstawiciel rasy ragdoll - o sporych, puchatych gabarytach, długowłosy - co jak się okaże stwarza w pewnych okolicznościach niemałe problemy - ale jak mówi charakterystyka rasy: ufne, łagodne, towarzyszące człowiekowi na każdym kroku. Hm… czy rozpoznaję w tych cechach Kota? Nie do końca, bowiem Dziadkom trafił się naprawdę charakterny egzemplarz. Królowie, faraonowie czy cesarzowie przy nim to mało wymagający władcy.

Nowi czasowi opiekunowie (choć to nie jest adekwatne słowo, bo bedą musieli harować jak najniżej stojąca w hierarchii służba czy niewolnicy) chyba nie do końca zdają sobie sprawę na co się piszą. Dziadkowie wyjeżdżają nad Bałtyk, a dla ułatwienia sprawy i szybkiego dotarcia się w pierwsze trudne dni Dziadek zostawia w kuchni 15-stronicową „instrukcję obsługi” pana Kota, co by jak najmniej jemu było źle, a im jak najlżej. Czyżby?

Powieść zaczyna się od letnich wakacji. Wtedy rodzina w komplecie spędza miło czas, wyjeżdża rownież na wakacje nad morze syn nawet zaliczy fajny letni obóz. Mamy tam Mamę, tatę, syna i córkę. Oraz w szybki tempie do stanu liczebnego rodziny dochodzi kanarek i chomik. Miała być świnka morska ale Mama obawiała się czy ptaszek nie przypłaci tego życiem. Na kota czy psa absolutnie nie wyrażali zgody. Ale kotek jest u dziadków. Więc jak to fajnie będzie choć czasowo tam zamieszkać i się nim zająć. Plan był sympatyczny i bajkowy. Wyjeżdżała Mama z dwójką dzieci. Co mogło pójść nie tak. Wręcz idylla.

Czar pryska, gdy zaczynają czytać sobie na głos nakazy i zakazy, których mają się trzymać podczas wspólnego mieszkania z Kotem, przy okazji zapoznają się z zasadami karmienia, czyszczenia kuwety, czasu rozrywki, higieny i snu. Tak, nawet higieny i niech was nie zmyli wiedza że koty same dbają o swoją czystość. Kot ma z tym jeden malutki, ale bardzo doskwierający ludziom problem.

Praktyka pokazała, że przez rok Kot nie do końca dogadywał się z Babcią i nie był zachwycony tym jak się nim opiekuje, ale gdy raz wydarzyła się okazja i Babcia wyjechała na krótko to w tym czasie nastąpiła niesamowita zmiana  i doszło do uraldu. Paktu czy jak to inaczej nazwać i odtąd dziadek i Kot byli największymi przyjaciółmi i tylko dziadek wiedział co Kotu do szczęścia potrzeba i tak odtąd postępował. Dla Kota to był idealny układ. Dziadek służył tak jak Kot zagrał - nieważne jak wymyślne były jego wymagania. Nie chcę za bardzo nawet na przykładach podawać co życzył sobie kot, bo zepsuję całą przyjemność czytania i to lektury przy której gwarantuję, ze będziecie wybuchać salwami śmiechu. A kto ma w domu kota czy koty to wszystko przełoży sobie na swoje relacje i ∂oświadczenia. I na pewno się w tym odnajdzie i poczuje jak u siebie. Bo jak mocno byśmy publicznie nie chcieli się do tego przyznać - prawda jest jedna - służymy kotom uniżenie i bez zająknięcia. Nie wszystkie - ale spore grono przedstawicieli kotowatych maksymalne nami manipuluje.mają z tego doktorat a nawet profesurę.

Mama z dzieciakami wpadła z deszczu pod rynnę. Nie mogła uwierzyć co mają psy tym kocie robić. Pierwsze dni i noce to była katorga, orka i mordęga. Wrażliwsze dzieci martwiąc się o stan Kota i to że dziadek by się tym martwił naprowadzały mamę na prostą i błagały by trzymała się zasad. Ona jednak uważała, ze dziadek dał się całkowicie zamknąć pod koci pantofel a raczej kocią łapę i zwariował robiąc te wszystkie rzeczy.  Ale jak praktyka pokazała, nawet przy ludzkim buncie Kot sobie doskonale radzi i zna techniki takie które szybko nauczą ludzi, że nie warto z nim zadzierać.

Najciekawsze jest to jak przez kolejne rozdziały będziemy świadkami przemiany. Początkowa katorga usługiwania Kotu według spisanych zasad przeradza się nie tylko w sprawne działanie co daje szczęśliwego kota w domu ale i zaczyna pobudzać do usprawnienia jeszcze tych relacji, polepszenia bytu kota i czynienia wielkich zakupów. Finałem historii będzie 15 punktów spisanych  prze mamę dla dziadka powracającego do domu znad morza. Genialne  trafne i takie życiowe w kontekście całej tej historii.

Bardzo podobają mi się imina jakie nadali Kotu bohaterowie. Narratorem opowieści jest syn. Kot dla babci był zawsze Łobuzem (szybko wychodzi na jaw dlaczego), dla Mamy Kitku, dla syna Share Khan (tygrys z „Księgi dżungli”) a dla jego młodszej siostry Ulki to po prostu - i to się wypowiadała na jednym wydechu - PuszystyOgonekNiebieskieOczkoOstryPazurek. NIe zdziwicie się gdy to imię zmieni się minimalnie po przygodzie z kuwetą i niezbędną akcją kąpielową na PuszystyOgonekNiebieskieOczkoBardzoOstryPazurek. Kto próbował myć / kąpać/ czyścić kota ten wszystko wie.

O samej strukturze książki muszę powiedzieć dwa słowa. Mamy tu tylko 10 rozdziałów ale czytając je zmienia się momentami czcionka i sposób narracji. Generalnie o czasie pobytu w domu dziadków opowiada ich wnuk. Jest to wciągające i czyta się jednym tchem ale gdy przechodzimy do fragmentów gdy do głosu dochodzi Kot i jego sposób widzenia świata i relacji z ludźmi to jest to prawdziwy pisarski majstersztyk Autorki. Śmiałam się non stop. Książka poprawi humor w najczarniejszy dzień, jest opowieścią dla całej wielopokoleniowej rodziny, mogłaby być czytana na głos wspólnie i komentowana, a jeśli odbywa się to w zakonnym domu to gwarantuje salwy śmiechu.

Bardzo podobają mi się też ilustracje z Kotem Huberta Grabczaka. Świetnie oddał mimikę kocią i pełną paletę jego odczuć w stosunku do niezsubordynowanych ludzi. Kot mówi o nich: „śmieszne dwunożne istoty”, „zastępczy człowiek”, „mój osobisty człowiek”. Tylko o dziadku mówił” „Mój ukochany Człowiek”. Książeczka pokazuje też znane zjawisko, że nawet najtwardsi przeciwnicy kotów albo tacy, którzy uważają że są w stanie kocha wychować i dostosować pod swoje reguły życiowe prędzej czy później poniosą sromotną porażkę, a jeszcze jest bardzo prawdopodobne że staną się takimi samymi ślepymim wyznawcami kotów jako gatunków jak cala reszta ludzkości.

Autorka genialnie to wszystko wplata w rozwój wydarzeń, stopniuje napięcie, humor, a my jako czytelnicy dajemy się całkowicie wciągnąć w tą przygodę. Jako kociara jestem zachwycona i polecę ten tytuł każdemu miłośnikowi mruczków. Może ktoś bez kota uzna wymagania Kota za dziwactwa i fanaberie, ale dla mnie to wszystko było tak klarowne i oczywiste.

Reasumując: Latarnica poleca!

Podstawowe dane książki

Tytuł: „Dziadek naszego kota"

Autor: Regina Golińska-Barancewicz

Ilustracje: Hubert Grajczak

Seria: To lubię!

Wydawca: Wydawnictwo Literatura, Łódź 2026

Objętość:  112 strony

Wydanie: I

Kategoria wieku: przedszkolny/wczesnoszkolny (+9, +12))

Oprawa: twarda

Format: 150 x 210  mm

Poniżej okładka front i tył:

Poniżej piękna wyklejka i spis treści:

Poniżej wybrane rozkładówki książki, w tym moja ulubiona historia z nocnym krojeniem rybki  dla Kota :)

Poniżej sesja z moją modelką Myszą - adopciakiem ze schroniska:

Fot. Latarnica / marzec 2026


Dziękuję Wydawnictwu Literatura  za możliwość zapoznania się z tą piękną książką i egzemplarz recenzencki. Więcej książek wydawnictwa znajdziecie na wydawnictwoliteratura.pl


Latarnica poleca [78]

A gdyby tak wywrócić nasze życie do góry nogami? Nie, nie moje czy twoje, ale tak globalnie całej ludzkości. A dlaczego robić taką rewolucję? Bo blisko nas żyje gatunek tzw. zwierzęcia towarzyszącego, który jako jedyny wie o co w tym życiu i relacjach chodzi. Kogo mam na myśli? Kota domowego (Felis catus) oczywiście! Nie wierzycie? Zatem zapraszam was do sięgnięcia po książkę Joanny Szczerbaty pt. „Panie kocie, jak żyć?” Kluczowa jest tu dalsza część opisowa tytułu to znaczy „Przewodnik po równowadze, odpoczynku i codziennych przyjemnościach”. I chyba od razu wszystko staje się jasne. Kiedy słyszę te trzy słowa klucz: równowaga, odpoczynek i przyjemność to w ostatniej kolejności kojarzyłabym je z człowiekiem. Niestety. Za to momentalnie widzę tą przekochaną puchatą kulę perfekcji natury w każdym calu – czyli kota.

Jestem w tej szczęśliwej grupie odbiorców tego poradnika, której z pewnością łatwiej przyjdzie przyswoić podejmowane w nim treści, bowiem mam w domu na co dzień wzorzec właściwych zachowań czyli dzielę swoje życie z kotem. To już mój drugi kot więc wszystko jest ciut łatwiejsze, choć i tak często zaskakuje i pozostawia mnie w milczącej zadumie. W tej samej grupie jest również Autorka, bo mieszka z nią Biały i Czarny – dwa cudowne mruczki, które zdominowały jej media społecznościowe. Ale wiadomo nie od dziś, koty rządzą i światem i internetem. Nikt tego nie przeskoczy i nie zmieni.

Książek typu „bądź i żyj jak kot” – przeczytałam już kilka, bo i tematyka nie jest na rynku obca, ani po raz pierwszy poruszana. Ale poradnik Joanny Szczerbaty wyróżnia się wśród innych pomysłem na strukturę książki, lekkością podanego tematu (mimo, że często porusza sprawy trudne), prostym, zrozumiałym językiem co trafia od razu z przekazem i daje węcz porządnego kopa do pracy nad sobą samym. Osobno podkreślić trzeba, że w najważniejsze aspekty naszego życia wprowadza nas fantastyczny koci narrator - prezentując swój osobniczy punkt widzenia (ten jak wiadomo WZORCOWY, niedościgniony całej ludzkości). O my istoty marne i niedoskonałe! Co my wiemy? Wszystko to mrzonki i fałsz. Ale nie popadajmy w pesymizm - jest dla nas ratunek i są nim koty.

Kto ma kota ten wie – jesteśmy nieustannie obserwowani przez domowego tygrysa. Chciałabym napisać, że tylko od chwili, gdy się obudzimy. Ale nic bardziej mylnego. Ileż to razy zostaniemy wyrwani z głębokiego snu, bo instynktownie czujemy, że ktoś się w nas intensywnie wpatruje, gdy śpimy. Zatem posiadamy stały 24-godzinny nadzór, ale i... – tak, przyznajmy się – ocenę przez zwierzę, które najlepiej wie jak ogarniać cały ten życiowy bałagan. 

Kolejne rozdziały poruszają konkretne aspekty życia ludzi i kotów oraz zestawiają nasz i koci sposób radzenia sobie z danymi problemami. Wskazują także kluczowe i pożądane zachowanie w kontekście opisanych przykładowych sytuacji. Oj bladziutko wypadamy! W zasadzie nie jesteśmy godni podawania kotom przysmaków, bo każda prosta czynność, której się oddajemy nie idzie tak jak powinna. Jesteśmy mistrzami konfliktów, nadmiernych emocji, rozpamiętywania, powtarzalności błędów, hałasu lub cichych dni albo wyolbrzymionej autodramy. Koty patrzą na nas – głównie z poziomu górnych półek szaf – bo lepiej być ciut dalej i na dystans od takiej bomby negatywnej energii jaką jest człowiek. Zakręceni w cotygodniowych obowiązkach walczymy z kołowrotkiem myśli i przypuszczeń, bo ciągle coś gdybamy i czarno widzimy, choć nie mamy pewności, że się to tak naprawdę zdarzy.

Gdyby tak nas posłuchać to wszystko jest przeciwko nam i nikt nas nie rozumie. Same kłody rzucane pod nogi i absolutnie nie potrafimy wyluzować i robić to co jest dla nas naprawdę dobre. Koty wręcz patrzą na to z litością. No bo jak tak można? U nich nie ma fałszu, zakłamania, udawania. Wszystko czyste i jasne, a nadrzędną sprawą jest spokój, odpoczynek, posiłek - celebrowane z należytą uwagą i pełnym poświęceniem czasu. Nie rozpraszają się wtedy innymi rzeczami.A my? Ech, szkoda pisać… Gatunek tak wysoko rozwinięty, który eksploruje kosmos i skomplikowane dziedziny nauki, a nie potrafi ogarnąć, że po niedzieli naprawdę przyjdzie poniedziałek i cud się nie zdarzy. Dlatego koty proponują nam, abyśmy każdy dzień traktowali jak sobotę czy piątek wieczór (weekendu początek), bo jak wiadomo dla człowieka niedziela to już dramat, bo zaraz zacznie się nowy tydzień pracy.

Spójrzmy na ten poradnik jako całościowe dzieło. Na okładce i wewnętrznych skrzydełkach zobaczymy koty Autorki. Tak, tak - mamy tu kocią czerń i biel, jing i jang. Każdy tytuł rozdziału okraszony jest graficznie kocimi wąsami. I bardzo dobrze, bo to tak ważny i czuły koci organ, a nasze ludzkie wąsy to śmiechu warte dodatki. Na nic nieprzydatne i nic nie mówiące, chyba że je mocno czymś pobrudźmy.

Niejako prolog do każdego rozdziału wyraźnie wyróżnia się czcionką. To tam znajdziemy ten mądry, właściwy koci punkt spojrzenia. Mruczący narrator opowie nam jak wygląda idealna recepta na dobre i godne podejście do kluczowych spraw. Ale zaraz potem przechodzimy na nasz ludzki grunt i zazwyczaj tam robi się ciężko od emocji i porażek. Ale nie wszystko stracone. W podrozdziałach Autorka wskazuje na ścieżki rozwiązania wielu problemów, pokazuje pewne ćwiczenia, zadaje pytanie, na które możemy sobie odpowiedzieć i znaleźć się o krok bliżej kociej natury i dobrego przeżywania swego życia. 

Część opowiadana przez kota to zabawnie ujęta obserwacja gatunku dwunogów, którzy pałętają się po mieszkaniach dzieląc je często z kotami, a te mruczki nijak nie mogą się nadziwić powtarzalności naszych błędów i pomyłek oraz częstej grze udawania i nieszczerości względem siebie. Kolorowe strony z krótkimi wybranymi cytatami wyciągają te najważniejsze prawdy. Choćby dla nich samych warto wracać do tej lektury, ponownie ją przekartkowywać, wybierać sobie rozdziały pod kątem tematycznym, co akurat nas w danej chwili gryzie. Pod tym względem poradnik Joanny Szczerbaty jest uniwersalny i do wielokrotnego korzystania.

Nie wiem tylko jak po zapoznaniu się z jego treścią poradzą sobie ci czytelnicy, którzy na co dzień kota nie mają. Jak podkreśla Autorka na samym końcu - to co przeczytaliśmy powinno od razu jasno nas skłonić do refleksji, że Kota w życiu mieć trzeba. Ten spokojny obserwator, domowy mistrz medytacji może nas swoją rutyną dnia i podejściem do wielu spraw zainspirować i cenne rzeczy nauczyć. W realu wyglada to tak, że bardzo jesteśmy daleko od kociej natury i tym samym tak bardzo męczymy się często sami z sobą i swoim życiem. A wystarczyłyby drobne korekty sposobu myślenia i patrzenia. Koty - nie dość że są tak doskonałe w ciele - to duchem mogą nas zawstydzić. Wiedzą, że nigdy nie należy marnować życia - dla nich posiłek, sen, mycie się, patrzenie z okna czy zabawa (a może to być czasami tylko sama obserwacja niedoszłej ofiary wzrokiem - a już kot ma za sobą etap polowania w warunkach domowych zaliczony) to zajęcia, którym należy się w danej chwili poświęcać w 100%. My latamy od samego przebudzenia jak przysłowiowy „kot z pęcherzem”, budźmy się na dziwne głośne sygnały budzików, zrywamy, łapiemy w tym czasie pięć srok za ogon i z niczym nie zdążamy. Kot otworzy w tej samej chwili jedno oko na sekundę i wróci do snu zniesmaczony naszym szaleństwem. 

Człowiek i kot stoi na dwóch biegunach. Ale żyją często obok siebie, kochają się i kot stara się nas naprowadzić na właściwą ścieżkę. Część kocich opiekunów jest pojętna i nauczy się czegoś. 

Ważne lekcje to z naszych relacji do zapamiętania:

  • Zwolnić
  • Uśmiechać się do tych, do których faktycznie chcemy
  • Być szczerym w słowie i działaniu
  • Celebrować dzień i małe przyjemności
  • Kochać normalnie i trwale, a nie na warunkach
  • Nie chować emocji w sobie
  • Zapomnieć o wstydzie, być sobą bo jesteśmy doskonali sami w sobie

Część osób nigdy nie zrewolucjonizuje tego pędu. Ku czemu? Kto to wie… Tak już jest i tak będzie. Wypjana na jednej nodze poranne kawa, bez przyjemności, bez zastanowienia się nad wyborem filiżanki. Dla kota to nie do pomyślenia by posiłek nie był rytuałem pełnym spokoju.

Osobiście czytając tą książkę robilam sobie notatki i podkreślenia ołówkiem na marginesach. Tak wiele było trafnych zdań i celnych uwag, że bałam się, iż potem już je nie wyłapię, a są dla mnie ważne i pomocne. Myślę, że większość czytelników co chwilę poczuje, że to jest o nich samych i często też w duchu się zawstydzi ,że faktycznie tacy są i tak postępują.

Bardzo poruszylo mnie to proste zdanie:

"Bycie sobą to wielkie pragnienie człowieka, a u kota to całkiem zwyczajny dzień"

Dzięki „Panie kocie, jak żyć?” już wiem, co mogę drobnymi krokami wprowadzić do swojego harmonogramu dnia i rytmu tygodnia. Poza tym mam małą burą terapeutkę, która nie raz mnie zatrzymała w mych zapędach zarobienia się obowiązkami domowymi. A ona przychodziła, patrzyła głęboko w oczy, wskakiwała na kolana udeptując je i cały świat się zatrzymywał. I było pięknie i przyjemnie. I nie brakowało już iych niezrobionych spraw. Mogły zaczekać. Naprawdę MOGŁY.

Życzę wszystkim, aby w tej lekturze odnaleźli odpowiedzi, dziękuję Autorce, że zechciała zainspirować się swoją relacją z kotami i połączyć ją z wiedzą i doświadczeniem psychologa i terapeuty.

Jeśli interesują was rownież inne publikacje Autorki zachęcam do śledzenia jej profilu na facebooku i instagramie (fb: www.facebook.com/joanna.szczerbaty.1, IG: szczerbatyjoanna).

Reasumując: Latarnica poleca!

Podstawowe dane książki:

Tytuł: „Panie Kocie, jak żyć? Przewodnik po równowadze, odpoczynku i codziennych przyjemnościach"

Autor: Joanna Szczerbaty

Projekt okładki:  Marcin Jakubionek

Wydawca: Mando, Kraków 2026

Seria: MANDO Inside

Gatunek: poradnik

Objętość:  208 stron

Wydanie: I

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Format: 140 x 200 mm

Poniżej okładka front i tył:

Poniżej spis treści (fragment):

Poniżej wewnętrzne strony okładki ze skrzydełkami i ich detale:

Poniżej wnętrze książki i detale graficzne rozdziałów:

Poniżej sesja z moją domową modelką i terapeutką na co dzień – kotką Myszą adopciakiem ze schroniska:

Fot. Latarnica / marzec 2026


Dziękuję Wydawnictwu MANDO za możliwość zapoznania się z tą książką i egzemplarz recenzencki. Więcej książek wydawnictwa znajdziecie na mando.pl


Latarnica poleca [77]

Jeśli ktoś kocha tak jak ja astronautykę, misje kosmiczne i... koty to nie ma możliwości by zapomniał o wydanym w 2023 roku  przez Wydawnictwo Bis 1 tomie przygód Kociołka - astroMIAUty. Tak, trzy lata minęły raz dwa, jak misja kosmiczna i pobyt bohaterów na orbicie, a ja w końcu doczekałam się kontynuacji. Prawie, że biegnąc dopadłam na początku marca paczkomatu i wyszarpnęłam z przegródki kopertę z "Nową misją astroMIAUty". Od razu po rozpakowaniu było oglądanie ilustracji, przekartkowywanie, wąchanie świeżego druku i głębokie oddechy by uspokoić walące serce. Ale stało się. Książka już przeczytana (oczywiście w towarzystwie kota drzemiącego na kolanach) i wypada mi teraz zebrać myśli i pomyśleć tak globalnie o drugiej kosmicznej przygodzie kota Kociołka.

Podejrzewam, że musi to być coś wspaniałego mieć taką całościową kontrolę nad ostatecznym dziełem, bowiem Autorka Marta Rydz-Domańska nie tylko pisze teksty, ale i je ilustruje (i to jak!). A ma w domu niezłego gagatka modela, który idealnie służy jako baza do książkowego bohatera. Zatem obserwując dalej kociego towarzysza losu dała się ponieść fantazji i ponownie wysłała Kociołka w kosmos. Podejrzewam że etykietka astroMIAUty przylgnęła już na trwałe i nie będziemy mogli spodziewać się ziemskich przygód kocurka a poznamy teraz i w przyszłości tylko jego pozaziemskie przygody. Dla mnie to wielki atut, bo połączenie tych dwóch światów to coś co mnie fascynuje i bardzo cieszy.

Myślę, że każdy opiekun kota chciał kiedyś (a zapewnie nie raz i nie dwa) wysłać swojego mruczka w kosmos. Dość miał już jego psot, pobudek w środku nocy, arii wczesnoporannych, przekopów kuwetowych ladym świtem na drugą stronę ziemskiego globu. Ta, sama miewam czasami takie pomysły. Ale kota Kociołka nikt nie wysyła na orbitę księżyca bo ma go dość i chce się go pozbyć. Wręcz odwrotnie. W drugim tomie jest już o to bardzo proszony. Jak pamiętamy z pierwszej przygody trafił na stację kosmiczną przypadkiem. Po tym co przeżył i jak wpłynął na jej przebieg nikt już teraz nie będzie się migał od jego obecności. Obłaskawiony stosownymi argumentami (jedzonko, zabawki, obecność swojej Pańci) wyrusza na pokład znanej już sobie orbitującej stacji (sam miewa dylematy czy dom to już ta stacja czy to co zostawił na ziemi) w towarzystwie identycznej ekipy, a więc jak na kota warunki idealne - bo wszystko jest znajome i niejako już okocone. A rutyna i znane opisane przez pocieranie pyszczkiem wnętrza i urządzenia to to co mruczki lubią najbardziej, aby czuć się dobrze i pewnie.

Co mogę napisać o aktualnej przygodzie astroMIAUty? Nie chcę oczywiście za dużo zdradzać, bo po co psuć zabawę i przyjemność przechodzenia przez kolejne rozdziały. Tajemnicą nie jest, że bohater po raz drugi bierze udział w kosmicznej misji. Tym razem nie jako pasażer na gapę, ale pełnoprawny chciany członek załogi. Jak bardzo zależało Agencji Kosmicznej by zwerbować Kociołka? Bardzo bardzo! Czego najlepszym dowodem jest skonstruowanie specjalnie na tą okazję kociego transportera w kształcie pojazdu kosmicznego. Transporter jest nawet personalizowany, bo przy wejściu widzimy tabliczkę „Pierwszy astroMIAUta”. Jak się okaże w kolejnych rozdziałach - fakt zaproszenia Kociołka był kluczowy - bo oczywiście że nic nie może się udać bez kociej ingerencji. W historię drugiej misji Autorka wplata ciekawe informacje związane z pobytem człowieka w kosmosie. Dowiemy się tym razem o tzw. kosmicznych śmieciach, stanie nieważkości, niebezpieczeństwach czyhających na stację gdy aktualizuje się oprogramowanie, sposobach na ratowanie zanieczyszczonej wody oraz co można zrobić, gdy ludzki załogant czuje się źle psychicznie. Mamy też miły akcent dotyczący naszego kosmonauty Sławosza Uznańskiego-Wiśniewskiego, który był drugim Polakiem w kosmosie, a wszystko działo się w minionym 2025 roku. Kto śledzi astronautyczne nowinki ten wie. W „Nowej misji astroMIAUty” przeczytacie o zdarzeniach, które są niebezpieczne,  a tym samym my jako czytelnicy zaczynamy odczuwać pewien dyskomfort, będą też akcenty smutne, alarmujące, ale dla równowagi pojawi się wiele przemiłych żartów z Kociołkiem w roli głównej. Bo gdzie kot tam i uśmiech.

Chciałabym również podkreślić, że każdy kociarz rozpozna, że Autorka dzieli swoje życie z mruczącym sierściuchem. To jak o nim pisze (różne zachowania, rytuały, reakcje w określonym kontekście zdarzeń, detale wyposażenia kociego ekwipunku - np. ważność obecności pluszowej myszki ponad wszystko, kuchnia jako najbardziej strategiczne pomieszczenie) od razu pozwala rozpoznać „swego” człowieka, który niejedno z kotami już przeżył i widział. Nas kociarzy mało co zadziwi. Kot domowy - Felis catus - to tak nieprzewidywalne zwierzę, że jeśli wrócilibyśmy do domu, a kot rozmawiałby na środku pokoju z kosmitą - uszłoby mu to w granicach normy. Jeszcze dołożylibyśmy im obu tylko do miski aby nie chodzili głodni. Tak więc oddanie cech bohatera jest idealne i pozwala się tak bardzo poczuć jak u siebie w domu, choć jedyną innością będzie to, że nasze koty nie lecą w kosmos. Ale to przecież drobiazg!

Na koniec chciałabym po lekturze obu tomów przygód Kociołka sformułować dla krnąbrnych i mało bystrych (w stosunku do kotów!)  ludzi 5 PRAW astroMIAUtyki. Może wejdą kiedyś w naukowy kanon wiedzy.

1/ Misja kosmiczna w składzie wyłącznie ludzkim skazana jest z góry na niepowodzenie.

2/ Gdzie astronauta nie może tam astroMIAUTE pośle.

3/ Na niedyspozycję załogi jedyna i słuszna metoda - kototerapia.

4/ Zabawa z kotem na pokładzie stacji może podsuwać najlepsze rozwiązania dla naprawy problemów bieżących  i o wadze kosmicznej mogących wpłynąć na bezpieczeństwo i realizacje celów misji.

5/ Agencja kosmiczna NASA powinna na stałe zatrudniać na etatach koty jako najbardziej fachową pomoc ogarniającą całościowo prace naziemne przed lotem jak i te wykonywane w kosmosie.

Myślę, że wprowadzając w życie te postulaty bylibyśmy spokojniejszy o rozwój astronautyki i przebieg każdej nowej misji, a procent niebezpieczeństwa zmalałby znacząco. Kociołek pokazuje na każdym kroku, że obecność kota jest kluczowa w przestrzeni kosmicznej. Żegnając się z bohaterem, który musi odpocząć i dojść do siebie po kolejnej ważnej misji ja nieśmiało już wypatruję kolejnego tomu jego przygód. Bo loty w kosmos to nasza przyszłość, a astronautyka jest bardzo rozwojową dziedziną nauki. Ogromna prośba do Autorki: my Czytelnicy i miłośnicy kotów chcemy więcej! Mrauu!

A co do okładki i ilustracji  - w przypadku pani Marty muszę to zawsze podkreślić - jest fantastyczna w tym co robi. Ogląda się każdą stronę jak obrazek, który można by samodzielnie oprawić i powiesić na ścianie, a kolejne odsłony tej przygody to jak kadry dokumentu relacjonujące wydarzenia na stacji. Przepiękne i tak bardzo w mojej estetyce! Sam kot - rewelacja. 100% kota w kocie.

Reasumując: Latarnica poleca!

Podstawowe dane książki

Tytuł: „Kocioł nowa misja astroMIAUty" (tom 2 cyklu)

Autor: Marta Rydz-Domańska

Ilustracje: Marta Rydz-Domańska

Wydawca: Wydawnictwo BIS, Warszawa 2026

Objętość:  72 strony

Wydanie: I

Kategoria wieku: przedszkolny/wczesnoszkolny (ok. 4–8 lat)

Oprawa: twarda

Format: 165 x 235 mm

Poniżej okładka front i tył:

Poniżej Kocioł to już seria - obecnie mamy już dwa tomy i urocza wyklejka:

Poniżej wybrane rozkładówki i przepiękne zakładki opracowane by umilić nam lekturę:

Ponizej sesja z moją domową modelką i moim burym "kociołkiem" - kotką Myszą (i Myszka pozazdrościła Kociołkowi i została astroMIAUtką):

Fot. Latarnica / marzec 2026


Dziękuję Wydawnictwu bis za możliwość zapoznania się z tą piękną książką i egzemplarz recenzencki. Więcej książek wydawnictwa znajdziecie na wydawnictwobis.com.pl

Zainteresowanych zachęcam po zajrzenia do archiwalnego wpisu z marca 2024 z recenzją 1 tomu przygód Kociołka:

https://latarnica.pl/2024/03/27/latarnca-poleca-vol-55/

 


Latarnica poleca [76]

Tak się złożyło, że w krótkim odstępie czasu przeczytałam dwie książki skierowane do młodego czytelnika, w których ważną dla akcji rolę odgrywało schronisko dla zwierząt. Dwie opowieści, dwie różne historie i odmienne spojrzenie na placówkę dla zwierząt bezdomnych. Po poważniejszej (w mojej opinii) powieści „Bury i Bary. Wilk z lasu i pies ze schroniska” otrzymałam książkę pt. „Raz, dwa psy cztery” Agnieszki Elbanowskiej (obie od Wydawnictwa Bis) – obszerniejszą objętościowo (140 stron), ale zdecydowanie zabawniejszą historię, której humoru dodają główni bohaterowie, w tym szczególnie jeden, zatwardziały optymista i kawalarz jamnik Jupi.

Tytułowe cztery psy poznajemy w okolicznościach nie najlepszych dla ich codziennego bytu. Wszyscy są aktualnie podopiecznymi schroniska dla zwierząt – placówki podupadającej, niedofinansowanej, która wymagałaby gruntownych remontów i zmian organizacyjnych. Schronisko prowadzi dojeżdżający do niego codziennie pan Dyrektor, który lawiruje między nałożonymi na niego przepisami, a pozaprawiem – byle tylko spiąć finansowo kolejny miesiąc i nie dopuścić do potwornych zaniedbań. Ale realia są okrutne. Idzie zima, schronisko jest niedogrzane (brak środków na uruchomienie ogrzewania), karma byle jaka i ledwo starczająca, opieka weterynaryjna na minimalnym poziomie, a chętnych do adopcji tyle co kot napłakał. Stan liczebny zwierząt rośnie (straż miejska wciąż dowozi z licznych interwencji kolejne znalezione lub odebrane psy), a Dyrektor staje na głowie by sprostać obowiązkom, tym bardziej, że nieubłaganie nadciąga kolejna kontrola z urzędu miasta jego skromnej placówki. Od tego i ewentualnie przyznanego dofinansowania zależy jego zawodowy byt i los zwierząt. 

Z braku środków na pracowników od godzin popołudniowo-wieczornych do rana psy są bez nadzoru. Pozamykane w zimnych klatkach próbują przetrwać ten wielogodzinny czas albo szaleńczym szczekaniem i ruchem (w końcu on rozgrzwa) albo notorycznym snem i odwróceniem się plecami do całego świata.

Pośród wielu podopiecznych – w klatkach sąsiadujących ze sobą, a tym samym umożliwiających rozmowy - przebywają nasi bohaterowie, każdy niosący bagaż swojej indywidualnej historii przybycia do schroniska i niechętnie o niej opowiadający. 

Kogo poznamy bliżej? 

Jamnik Jupi – wieczny pocieszyciel, optymista, bomba energii kochająca ludzi – z chorobą kręgosłupa, którą może uleczyć tylko kosztowna operacja oraz z zanikami pamięci, które schowały traumatyczne zdarzenia z przeszłości; nieuleczalnie zakochany w Szarlocie z sąsiedniej klatki

Szarlota – rasowa psia diva, modelka wystawowa i elegantka o ciężkim charakterze, zawsze pierwsza w kolejce do adopcji, bo przecież rasowca ludzie wybierają najszybciej nie bacząc na inne jego cechy, wielokrotna recydywistka powrotów do schroniska, marząca po prostu o wolności

Buldog angielski Dżordż – dobrze zbudowany, starszy wiekiem, o zerowej kondycji, wielkiej silnej i twardej głowie gotowej wyważać kraty, miłośnik snu i odpoczynku, tęskniący za swoim Profesorem z którym dzielił kiedyś życie, pragnący odkryć jak naprawdę wyglądał premier Winston Churchill bo bywa do niego porównywany – przez co wierzący w swą inteligencję i niezwykłe strategiczne podejście do rzeczywistości

Kundzia – psi mieszaniec przez co ma silne geny, odporność  i niezłomność z działaniu; jej celem jest wydostanie się z placówki i odszukanie swojej pani Heni, która trafiła do placówki leczniczej, a rodzina nie chciała przejąć opieki nad pozostawionym w domu psem

Wszystkie cztery psy połączy szybko jedna IDEA: wielka ucieczka i spełnianie swoich marzeń! Chcą to dokonać grupowo, bo co kilka głów to nie jedna. Ale życie zaczyna rzucać im kłody pod łapy. Pierwszą jest szybka adopcja Szarloty i zniknięcie jej z orbity życia zakochanego jamnika. Jupi tym bardziej jest teraz zmotywowany do działań i chętny do porzucenia swej klatki. Swą energią zaraża pozostałych towarzyszy niedoli. Ale uciec z terenu schroniska wcale nie jest tak łatwo...

„Raz, dwa psy cztery” to awanturnicza, pełna akcji i niespodziewanych zwrotów powieść drogi. To wielka ucieczka w psim wykonaniu, zakłaczona sierścią, rozszczekana, rozmerdana ogonami. Szkoda zdradzać cokolwiek z fabuły, bowiem spod pióra Autorki wyszła wielka przygoda do śmiechu i wzruszeń. Dzięki niesamowicie pogodnemu charakterowi Jupiego wiele sytuacji ma posmak lekkości i humoru sytuacyjnego mimo dramatycznych starć ucieczkowiczów z tym co przyniesie im los poza murami schroniska. Bo uciekinierom nie jest lekko. Ciągle pakują się tarapaty, doskwiera im głód, zimno, zagubienie w terenie. Ale od czego mają Jupiego! Ten pies nie pozwoli nikomu się załamać i stracić humor.

Agnieszka Elbanowska nie stroni w swej książce od poważnych tematów. Ale są one podane Czytelnikowi tak przystępnie i tak sprytnie wplecione w akcję, że ciężar pewnych zjawisk nie odczuwa się bardzo dotkliwie. A mamy tu przemycone w psią przygodę opisy sytuacji zwierząt w kiepsko dotowanych schroniskach, problem nieprzemyślanych adopcji i szybkich zwrotów adopcyjnych – często z błahych powodów, zjawisko ludzkiej bezdomności i odrzucenia społecznego, znieczulica rodzin wobec zwierząt towarzyszących członkom swojej rodziny i masowe ich oddawanie lub porzucanie.

Jak pokazuje historia naszych odważnych uciekinierów często więcej empatii i serca okaże ci ktoś kto nie ma wiele lub nie ma prawie nic. Marzenia bohaterów są sterem ich działania, potrafią wtedy dokonywać rzeczy wielkich i heroicznych  – nawet prowadzić samochód! Nie wierzycie? Koniecznie przeczytajcie. Kiedy jedno z nich zaczyna wątpić w słuszność ich działań czy sens marzeń zawsze zostanie postawiony do pionu i zmotywowany.

Nie zdradzę czy 100% psich marzeń zostało spełnionych, czy wielka wyprawa osiągnęła cel i gdzie dotarła zgrana ekipa, a może po drodze każde podążyło osobno za swoim marzeniem?

Na sam koniec muszę podkreślić mój ogromny zachwyt okładką, ilustracjami oraz zakładką do książki, a wszystko pięknie opracowane graficznie i ilustracyjnie spod ołówka pani Niki Jaworowskiej-Duchlińskiej. Jestem oczarowana psimi bohaterami – jak każdy rysunek oddaje ich charakter i witalność albo dostojność. Od razu poszukałam w internecie więcej prac tej artystki. Tworzy wspaniałe obrazy.

Książka ma objętość 140 stron więc dla bardzo początkujących czytających dzieci będzie zbyt dużo tekstu, ale do wysłuchania jest idealna w każdym wieku, a i dorosły czytelnik znajdzie w tej lekturze dla siebie ogromną przyjemność czytania i bez pamięci zanurzy się w przygodzie, która rozwiewa wiatr we włosach. Bo pęd ku wytyczonym sobie celom to jej cecha, a my możemy się jedynie temu z boku przyglądać i poczuć również wielką ochotę na to by bez obaw sięgać do celów i nie iść przez życie w pojedynkę. Wielka wyprawa na kilkanaście łap pozostawi nas z uśmiechem na twarzy.

Reasumując: Latarnica poleca!

Podstawowe dane książki

Tytuł: „Raz, dwa, psy cztery"

Autor: Agnieszka Elbanowska

Ilustracje: Nika Jaworowska-Duchlińska

Wydawca: Wydawnictwo Bis

Objętość: 140 stron

Oprawa: twarda

Grupa wiekowa: 6-8 lat

Format: 165 x 235 mm

Poniżej okładka front i tył:

Poniżej strona tytułowa oraz bohaterowie:

 

Poniżej wybrane ilustrowane rozkładówki:

Poniżej sesja z moją kocią modelką Myszką:

Fot. Latarnica / marzec 2026


Dziękuję Wydawnictwu bis za możliwość zapoznania się z tą piękną książką i egzemplarz recenzencki. Więcej książek wydawnictwa znajdziecie na wydawnictwobis.com.pl


Latarnica poleca [75]

Kiedy w zimny jesienny dzień pod koniec 2025 roku zobaczyłam w internecie okładkę nowej książki z wydawnictwa Bis - coś szarpnęło mnie za serce. I był to skutek podziałania na mnie okładki i widniejących na niej zwierząt oraz podtytułu książki. A chodzi o opowieść dla dzieci Aleksandry Struskiej-Musiał o tytule „Bury i Bary. Wilk z lasu i pies ze schroniska”. O ile z psami ze schroniska sama mam na swoim koncie doświadczenia, o tyle wilka w naturze nigdy nie widziałam. A jednak doskonale wybrała Autorka swoich bohaterów, bo jakby nie patrzeć to dwa zwierzęce światy, które mają ze sobą coś wspólnego, a jednak są z zupełnie innych krańców bieguna podobieństwa. 

Lektura skrojona jakby na moje zainteresowania, bo od dziecka kocham świat zwierząt  zarówno ten dziki i nieujarzmiony jak i ten oswojony, bardziej znany, związany z towarzyszącymi nam na co dzień zwierzętami domowymi. Oczywiście bardziej znam psy i koty, a przyroda dzika to wielka zagadka, o której z przyjemnością czytam i odkrywam jej tajemnice. Z odległej przeszłości i mroków dzieciństwa pamiętam oczywiście postać wilka z Czerwonego Kapturka (och jak się go bałam!), czytanego mnie i siostrze przez tatę „Białego kła” Jacka Londona oraz już samodzielnie lata później „Nie taki straszny wilk” Farleya Mowata. 

Byłam ciekawa historii - można by pokusić się takim uogólnieniem - dwóch wilków: tego dzikiego drapieżnego ssaka z gatunku Canis lupus zamieszkującego lasy Eurazji (Bury) oraz wilka - jak czasami mawiamy o psach owczarkowatych np. o owczarku niemieckim (Bary). Jednak ten nasz książkowy to pies w typie wilka czyli mieszanka kilku ras z dominującą tą, która wpłynęła na jego wilczy wygląd. Jak sama pisze autorka opisując Barego to taki wilczur z domieszką husky, a może i jeszcze dokładką innej rasy psów dużych.

Wiedząc, że częścią tej historii będzie wątek schroniskowy wiedziałam, że prędzej czy później dopadną mnie podczas czytania silne emocje. Stało się to już na samym początku książki, bo wtedy odkrywamy, że piesek Bary trafia pod bramę instytucji opiekującej się bezdomnymi zwierzakami jako zwierzę niechciane, niepotrzebne, potraktowane bardziej jak rzecz, której można się łatwo pozbyć.

Przez ostatnie tygodnie wszyscy miłośnicy zwierząt w Polsce obserwują wiele pozytywnych zmian mających na celu poprawę ustawy o ochronie praw zwierząt i odkrywanie do publiczej wiadomości zjawisk „patoschonisk” czy „patohodowli”- placówek z założenia mających być DLA zwierząt w realnym świecie, a działających często wręcz odwrotnie. Tym bardziej ucieszyłam się, że schronisko trafiło na karty opowieści skierowanej do młodego czytelnika. Zapewne część dzieci je zna, bo mają w domu swoich czworonożnych przyjaciół właśnie z takich placówek. Ale dla innych będzie to coś nowego i powinny wiedzieć, że są takie ośrodki.W naszym domu zawsze funkcjonowała tradycja, że zwierzęta adoptuje się z miejskich schronisk, bo są przepełnione i wiele czeka na wymarzony dom.

Z samej treści książki nie chcę wiele zdradzać. Bo cała przyjemność czytania to nieustanne zadawanie sobie pytania : I co dalej z Burym? Co wydarzy się w życiu Barego?” i odkrywanie na kolejnych kartach jak kolejne lata życia wpływają na obu bohaterów.

Fantastycznym zabiegiem jest pokazanie nam niejako równolegle upływu tego samego okresu czasu dla dzikiego wilka z lasu i miejskiego psa mieszańca w typie wilka. Możemy sobie porównać przebieg życia zwierzęcego dziecka w stadzie i odpowiedzieć sobie na pytanie:  jaki los może mu zgotować człowiek będący wyżej w ewolucji i mający niejako z założenia sprawować opiekę nad zwierzętami. Miarą naszej cywilizacji i poziomu rozwoju jest nasz stosunek do zwierząt. Niestety bardzo często daleko nam do wzorowych opiekunów braci mniejszych.  Bywamy najokrutniejszym gatunkiem na tej planecie i potwornie mi wstyd za takich ludzi, którzy krzywdzą bezbronne istoty i wykorzystują swoją przewagę. 

Malutki Bury mógł cieszyć się życiem w rodzinnym stadzie, zaznał ciepła ciała wilczej matki, opiekuńczość ojca przynoszącego z polowań pokarm, cieszył się obecnością rodzeństwa, z którym razem odkrywał świat, ale i bawił się jak to dziecko. Nie był samotny, bo miał swoje stado i rutynę dnia. Dorastał jak jego już podrosłe rodzeństwo i tak samo przyjdzie się rozwijać kolejnym miotom. Niestety jedyne niebezpieczeństwo dla wilczego stada stanowi człowiek. Z nim często najsilniejszy osobnik może przegrać. Wilki starają się więc człowieka omijać szerokim łukiem i nie wchodzą mu z własnej woli w drogę. Zapach ludzki jest dla nich odrażający i wywołujący strach. Może dlatego tak niewielu z nas spotkało je na swojej drodze.

W tym samym czasie, gdy malutki Bury biegał po lesie i spał przytulony do bliskich w norze pod pniami drzew Bary zaznał od człowieka już na starcie życia przykrych doświadczeń. Gdzieś, w jakimś domu został uznany za niepotrzebnego, oderwany od swojej psiej mamy, choć jeszcze powinna go karmić swoim mlekiem i w chłodną noc podrzucony w kartonie pod schronisko.Tam zajęli się nim pracownicy i zaangażowany wolontariat karmiący go strzykawką czy butelką, przydzielający zastępczą psią mamę oraz innego młodego pieska - żywiołową jak on Mańkę - do zabawy i poprawnego psiego rozwoju.

Każdy kto miał styczność ze schroniskami wie, że młode zwierzęta: szczeniaki i kocięta mają większe szanse na adopcje. Ludzie wolą brać młode osobniki choć takie 2-3 letnie to również wspaniali towarzysze, niby już dorośli ale wciąż pełni energii, zdrowi, ciekawi świata i człowieka. Ale faktem jest, że szczeniak taki jak Bary - jak się okazało okaz zdrowia i  psiej energii - szybciej znajdzie dom stały. I tak się na drodze życiowej Barego się oczywiście dzieje. Wypatrzy go para Kasia i Wojtek, którzy zakochają się w psiaku i sprawią, że stanie się cząstką ich życia jako pełnoprawny członek rodziny.

Autorka pokazuje nam tą dobrą stronę adopcji i ten wymarzony wzorcowy model domu dla zwierzaka. Jednocześnie edukuje czytające czy słuchające tej opowieści dzieci jak powinniśmy zajmować się naszymi futrzastym przyjaciółmi, co jest w ich życiu istotne i rozwijające. Mamy tutaj wspaniałe zestawienie dzikiej przyrody (reprezentuje ją wilk Bury) i przyrody udomowionej (reprezentowanej przez psa Barego). Do każdego z tych gatunków należy podchodzić inaczej, ale każdemu należy się szacunek i respektowanie ich naturalnych praw i potrzeb. W przyopadku wilków muskmy też pamiętać by dbać o ich dom czyli ich środowisko naturalne, bo jeśli je zniszczymy wyginie ich gatunek. A to dzieje się na całym świecie przez działalność człowieka cały czas.

Na plus dla kociarzy mamy w tej historii i postać mruczącego towarzysza Barego - kota Chipsa, który w dniu jego adopcji był już rezydentem w tej rodzinie. Bary znał zapach kotów jeszcze ze schroniska i na szczęście nie miał z nimi złych skojarzeń.

I tak jako obserwatorzy z karty na kartę towarzyszymy kolejnym latom dorastania, dojrzewania i zmierzania ku jesieni życia naszych obu bohaterów. Powiem szczerze, że bardzo dużo o życiu dzikich wilków nie wiedziałam. Tym bardziej parę razy byłam zaskoczona niektórymi faktami i z ciekawością czytałam jak dorastają, opuszczają stado, zakładają swoje wilcze rodziny (Bury odnajduje swoją wilczycę Strzałę)  i nowe stada i powtarzają ten schemat, który toczy się w przyrodzie od dawna. Jedynym czarnym punktem na ich drodze może być człowiek. Dobrze, że i o tym oraz skutkach działania człowieka pisze Autorka. Przez to historia jest realistyczna i niczego sztucznie nie koloryzuje, a raczej edukuje i wskazuje na dobre i złe strony życia każdego z bohaterów tej książki.

Przy okazji czytania zachwycałam się kolejnymi ilustracjami Marty Rydz-Domańskiej, której możliwości znałam już wcześniej z innych książek i nadal pozostaje jej wielką wielbicielką. Przepiękne rysunki wilka i psa w ich naturalnym otoczeniu (las, dom) są zaletą podnoszącą jakość książki i dodającą smaczku. Czyta się i ogląda z największą przyjemnością. 

Niestety - w mojej osobistej opinii - „Bury i Bary” to nie jest ani zabawna, ani lekka lektura. Po drodze oba zwierzaki doświadczają jednak zdarzeń trudnych, kładących na ich życiu głęboki cień. Prześledzimy ich losy do zmierzchu ich życia. Tak jak narodziny czy to wilka z lasu czy psiego miotu w ludzkim domu w zasadzie poza otoczeniem niczym się nie różnią, tak kiedy przychodzi pora odejścia z tego świata i jest ono naturalne i związane z podeszłym wiekiem - i tutaj wilk i pies zostawia za sobą ziemskie życie tak samo - śmierć nie pyta i nie rozróżnia czy byłeś zwierzęciem towarzyszącym czy żyłeś w dzikiej naturze. Mamy więc ukazane w „Burym i Barym” wszystkie tak ważne aspekty życia zwierząt od narodzin do odejścia - by pomiędzy tą klamrą spinającą życie zobaczyć jak mogą potoczyć się losy tych dwóch bliskich, a jednak jakże oddalonych już od siebie gatunków. Już jako dorosłe osobniki wilk i pies w typie wilka mają istotne różnice fizyczne, które są uwarunkowane tym jaki tryb życia prowadzą (jako szczenięta miały najwięcej podobieństw). O tym również wspomina i uczy nas Autorka - tym bardziej chciałabym podkreślić ogromne walory edukacyjne tej książki.

„Bury i Bary” dużo mnie nauczyli. Nie podchodziłam do tej opowieści jak do książki z której wyniosę tyle wiedzy. A jednak ta wiedza fantastycznie wnika w bardzo ciekawą historię obu bohaterów. Wręcz jest tak dobrze wpleciona, że nie czuje się, abyśmy choć na chwilę opuszczali główny nurt powieści. Wnikamy w tą historię z całym wachlarzem emocji, martwimy się, wzruszamy, uśmiechamy, drżymy ze strachu. Cóż może być lepszego nad książkę, która wywołuje taki wachlarz emocji? Mnie po raz kolejny talent, wyobraźnia i styl pisania pani Aleksandry Struskiej-Musiał oczarował i pozwolił odlecieć daleko stąd. Nie było mojego fotela do czytania, herbaty, koca i kota na kolanach. Przez dwa wieczory (bo celowo podzieliłam sobie czytanie na dwa dni) przebywałam wieczorami w dzikim lesie odczuwając na własnej skórze zmienność pór roku i w schronisku, a potem sympatycznym domu bardzo odpowiedzialnych opiekunów. 

Reasumując: Latarnica poleca!

Podstawowe dane książki

Tytuł: „Bury i Bary. Wilk z lasu. i pies ze schroniska

Autor: Aleksandra Struska-Musiał

Ilustracje: Marta Rydz-Domańska

Wydawca: Wydawnictwo BIS, Warszawa 2025

Objętość: 64 stron

Wydanie: I

Kategoria wieku: +5

Oprawa: twarda

Format: 123 x 165 mm

Poniżej okładka front i tył:

Poniżej wyklejka i wybrane rozkładówki:

Poniżej sesja z moją kocicą Myszką, która zawsze towarzyszy mi przy lekturze:

Drugi wieczór czytania...

I po lekturze - sesja z książką :)

Fot. Latarnica / luty 2026


Dziękuję Wydawnictwu bis za możliwość zapoznania się z tą piękną książką i egzemplarz recenzencki. Więcej książek wydawnictwa znajdziecie na wydawnictwobis.com.pl

 


Latarnica poleca [74]

Przyjmując zaproszenie od Wydawnictwa Bis na napisanie recenzji z powieści Emilii Kieraś „Lapis” zastanawiałam się czy istnieje jakakolwiek nić łącząca tą książkę z profilem mojego blogu i osobistymi zainteresowanymi. Po cichu wierzyłam że tak, patrząc na intrygującą ciemną sylwetkę latarni morskiej na okładce, bowiem - tu będzie wyznanie - ta powieść była już    na stałe gościem mojej domowej biblioteczki w swym I wydaniu z 2021 roku, ale od jakichś 2 lat czekała na tzw. swoją chwilę. Czyli ten moment znany wielu nałogowym Czytelnikom, gdy książka stanowczo zawoła z półki i krzyknie mi prosto do ucha: „Teraz chcę być czytana!”.

Nie wiem kiedy nadeszłaby ta chwila i szansa dla „Lapis” (zawsze troszeczkę odstraszała mnie objętość 420 stron  - i od razu galopada obaw: „Kiedy ja to szybko przeczytam? Przecież tyle książek papierowych i ebooków czeka w kolejce!”). Ale życie samo podsunęło mi szansę nie do odrzucenia. Skoro właśnie ukazało się nowe, odmienione szatą graficzną   II wydanie i mogę o nim napisać to grzechem byłoby z tego zrezygnować. A jeśli latarnia morska jest w jakiś sposób powiązana z treścią „Lapisu” to nie może być bardziej trafnie dobranej książki do profilu mojego bloga. Zaryzykowałam i od razu powiedziałam TAK na taką propozycję. Ta zgoda z góry też niejako wymuszała natychmiastowe sięgnięcie po książkę i zanurzenie się w jej treści. Przecież najpierw trzeba uważnie zapoznać się z dziełem, potem poukładać sobie wszystko w głowie i ostatecznie usiąść do pisania. Bywa, że trudno się zebrać, bywa że w głowie nie formują się    żadne konstruktywne zdania, ale… tym razem było całkiem inaczej. 

Dziś będąc już po lekturze (a moje obawy co do poruszanej tematyki i objętości były po prostu głupim tłumaczeniem się przed samą sobą, bo czytanie „Lapis” zabrało mi tylko 2,5 wieczora) zupełnie nie mam w pustki w głowie. Wręcz odwrotnie - natłok myśli bombarduje, emocje szarpią,  bo jedno można powiedzieć na pewno: „Lapis” nie pozostawia Czytelnika obojętnym wobec tej historii z pogranicza baśni, legendy, opowieści historycznej z nutą dreszczyku, ale i romantyzmu. Ale po kolei. Bo jest tego wiele: pełen wachlarz skrajnych emocji, które co rusz zaskakują i nawet gdy robi się    już    zbyt późno głowa podpowiada: „Ci… jeszcze tylko jeden rozdział.” I tak od rozdziału do rozdziału skończyłam czytanie w sobotnią noc (weekend to chyba najlepszy czas na spokojne lektury bez presji wstawania do pracy i myślenia o innych codziennych obowiązkach).

Po pierwsze Autorka:  Emilia Kiereś. Nie znałam jej książek aż do chwili, gdy z racji poznańskich akcentów  trafiło od Wydawcy do mnie jej „Cacko” powieść wielopokoleniowa o poznańskiej rodzinie w klimacie świąt Bożego Narodzenia. Tak, tamtego  oku Pani Kiereś odmieniła moje święta i dokonała prawdziwego cudu wigilijnej nocy. Zatem wiedziałam już, że potrafi zagrać na emocjach jak nikt inny i trafia w czułe punkty dostarczając wzruszeń, ale i głębokich przemyśleń o życiu i relacjach.

Tak było i tym razem choć formuła powieści „Lapis” jest zupełnie inna. To nie realistyczna powieść o historii wyimaginowanego miasta. To baśń, to legenda, to tajemnicza historia wyszeptywana kolejnym pokoleniom. Opowieść z mrocznym drugim dnem, z przerażającą Poczwarą, której imienia się nie wymawia, w której więcej jest ciemności niż w niejednej głębokiej jaskini czy starej porzuconej studni. 

Po drugie – zbytnio nie spoilerować. Od razu wiedziałam, że ogromnym wyzwaniem będzie napisać o tej książce tak, aby nie zdradzić nic z zaskakujących zwrotów akcji, bo najdrobniejsze ujawnienie fabuły może zepsuć całą przyjemność   czytania. To właśnie te zwroty akcji i odkrywanie kolejnych kart jest dla Czytelnika najbardziej ekscytujące. A zagadki do rozwiązania mamy na każdym kroku. W zasadzie w głowie rodzi się co rusz więcej pytań niż otrzymujemy odpowiedzi. Bałam się, że Autorka może o czymś zapomnieć - tak bogato nafaszerowała postacie i zdarzenia w niedopowiedzenia, które w końcu powinny się    nam objawić w całej swej klarowności. Postaram się zatem NIC nie zdradzić z kluczowej fabuły i obym się jakimś stwierdzeniem nie zagalopowała za daleko. Bo sama byłabym zła, gdyby przed czasem ktoś ujawnił mi tajemnice bohaterów, miasta i tajemniczej Poczwary.

Akcja „Lapis” zamknięta jest w dwóch zasadniczych częściach rozgrywających się w różnych okresach czasu, a dokładnie dzieli je pół wieku. W części 1 poznajemy głównych bohaterów tego dramatu, bowiem od razu trzeba zaznaczyć, że historia nie jest lekka i pogodna choć dotyczy miłosnego związku miejskiego architekta Tobiasza Hiro i jego wybranki - żony Elżbiety oraz postaci jej brata miejskiego bibliotekarza Benedykta. Ta para (mieszkająca za murami miasta w uroczym domku pośród drzew) to główna oś i wokół niej rozgrywa się tragiczna w skutkach historia o zdradzie, ludzkiej nienawiści, zakłamaniu, strachu, ucieczki od odpowiedzialności za swoje czyny. Miastem rządzą w tym czasie burmistrz i Hrabia Less - postacie totalnie pogruchotane moralnie. A na skraju lasów, które otaczają Lapis mieszka tajemnicza staruszka Ruta ni to miejscowa wiedźma, zielarka, znachorka, osoba stroniąca od ludzi choć gotowa wspomóc tych, którzy do niej przyjda po poradę. Tłem dla życia bohaterów jest miasto LAPIS, wielowiekowa aglomeracja z mroczną historią w tle związaną z jego założycielami - braćmi, którzy dawno dawno temu zachwycili się okolicą i dominującym w terenie wapiennym skałom i zbudowali tam ośrodek miejski. Ale jak to często bywa, tam gdzie na początku jest zgoda i przyjaźń często dochodzi do rozłamu, konflikt i sporu, który kruszy najpiękniejsze więzi i relacje, także rodzinne. 

Lapis istnieje już od dawna, ale obecnie, w czasach Tobiasza i Elżbiety żyją w nim ludzie nie do końca otwarci i szczerzy, jakby bojący się mówić prawdę i spoglądać prosto w oczy swemu rozmówcy, uciekający od przeszłości - tak jakbyspojrzenie wstecz budziło nawiększe koszmary, które mogły natychmiast wkroczyć w ich życie. Dawne zatargi i niezakończone spory wciąż wiszą nad Lapis. Niestety czasy, w których żyją bohaterowie nie są łatwe bowiem nadciąga wojna i wróg zbliża się do miasta. Tobiasz jako doskonały architekt pracuje przy budowę murów i fortyfikacji, chce zrobić wszystko by ocalić to miejsce i ocalić mieszkańców. Nie mogę zbyt wiele zdradzić, bo zepsułabym Czytelnikowi te wszystkie przełomowe zdarzenia i zaskoczenia jakie wywołują. Nie spodziewałam się, że na życiu Tobiasza i Elżbiety spoczną tak  wielkie cienie doprowadzając do tragicznych zdarzeń. Wojna oczywiście nadchodzi, ale ku zaskoczeniu wszystkich staje się bardziej opowieścią o Dniu Wielkiej Bitwy - jednym dniu konfliktu zakończonego niespotykanym przerażającym wydarzeniem. Poczwara postać z legend, postać opowiadana dzieciom z pokolenia na pokolenie celem straszenia oraz wymuszenia posłuszności staje się faktem realnym. Czas tuż po bitwie jest końcem pierwszej części książki i końcem historii, która serwuje nam więcej pytań niż odpowiedzi. 

W części 2 poznajemy parę nowych głównych postaci - w zasadzie przybyszów z zewnątrz - bo wciąż jesteśmy w Lapis i na jego obrzeżach, ale mija całe 50 lat od wojny, a miasto zamawia odrestaurowanie fresków w miejscowej bibliotece oraz namalowanie nowych ukazujących historię Lapis. I tak do miasta przybywa 12-letnia Irenka ze swoim  ojcem malarzem – wdowcem pełnym smutku i żalu, dla którego to całkiem normalne, że co jakiś czas zmienia miejsce zamieszkania i podejmuje się kolejnych artystycznych zleceń. Ta dwójka zamieszka w bibliotece u wciąż żyjącego Benedykta – brata Elżbiety. Artysta z oddaniem i pasją podejmuje się nowej pracy, a mała Irenka niestety po raz kolejny musi przyzwyczaić się do nowgo miejsca i nowych ludzi. Poznaje tam rówieśnika Cyryla, która pomaga dorywczo w bibliotece Benedyktowi. Dziewczyna jest osobą bystrą, spostrzegawczą i ciekawą świata. Wjeżdżając nocą do miasta zauważa smugi światła tańczące na niebie, a pomiędzy drzewami majaczyła jakaś tajemnicza budowla. Dostrzega też dziwną staruszkę spoglądającą przy drodze na te światła. W samym budynku, który odtąd jest jej kolejnym czasowym domem, odkrywa dziwnągłęboką szczelinę w murach spętą mocnymi klamrami, z ciemności której w nocy słyszy dziwne głosy i szepty. Okazuje się, że nowe miejsce skrywa dużo tajemnic i nikt nie chce o tym mówić ani wracać do przeszłości. Ale ją takie podejście nie satysfakcjonuje. Na własną rękę zacznie stawiać odważne pytania i odkrywać karty dotyczące historii miasta, tajemniczej Poczwary, wiedźmy Ruty, ale przede wszystkim od początku chciała za dnia zobaczyć tajemniczą budowlę i jej mieszkańca. 

I tak do książki wkracza latarnia morska i jej obecność ma jak najbardziej sens, choć Lapis nie leży nad morzem. Wszystko wyjaśni się w kolejnych rozdziałach, a osobą podtrzymującą światło na wieży okazuje się Stary Tobiasz, mąż Elżbiety, która w niewyjaśnionych okolicznościach zniknęła przed laty… Tobiasz jest teraz niemową z wyboru, ale jak wiadomo wielkie traumy często tak działają na ludzi, a każdy wie że on przeżył lata temu coś przerażającego podczas Wielkiej Bitwy.

Irenka to dziewczyna, która odmieni los Lapis. Przez swoją    ciekawość, ale i wielkie serce gotowe nieść ludziom pomoc decyduje się na podjęcie wręcz heroicznych działań. I tak naprawdę nic więcej nie mogę dodać. Reszta tkwi w fabule - genialnej, wciągającej, mrocznej, ale niosącej ostatecznie ulgę i radość oraz odkupienie win. Nawet tych sprzed setek lat. Lapis nie musi być przeklęte i skazane na powolny upadek. 

Tak więc sens ilustracji latarni morskiej  na okładce I wydania i rysunku otwierającym część II książki w nowej edycji ma wielkie uzasadnienia. A dla mnie jako miłośniczki latarni morskich dało ogrom dodatkowych pięknych opisów i zdarzeń rozgrywających się w wieży.

W usta Ruty Autorka wplata trafne i piękne stwierdzenie:

[…] Latarnia przypomina mi zawsze, że każdy mrok można rozjaśnić. Wtedy czuję się bezpieczna i wiem, że nic mi nie grozi.

I w zasadzie mogłoby to być mottem całej książki. Bowiem dla miasta Lapis latarnią stała się   nastoletnia Irena, która nie bała się podjąć naprawdę odważnych misji uratowała jego przyszłości, ale i wybielenia przeszłości z tego co złe i podłe. Książka ukazuje prawdziwą ludzką    naturę oraz fakt że często naszymi decyzjami kierują te najgorsze uczucia. Ale jeśli tylko można to jakoś naprawić zawsze należy iść w kierunku świata i prawdy.

Na koniec krótka uwaga od nieuleczalnej kociary, którą  niewątpliwe jestem. W książce występuje postać rudego kota, który mieszka razem z Rutą. To miły zwierzęcy akcent, który zawsze rozgrzewał moje serec w wielu scenach rozgrywających się z tajemniczą staruszką.

Jestem oczarowana tą historią, nie przeszkadza mi zupełnie wątek tajemniczej Poczwary przełamującej konwencję powieści realistycznej, wręcz dodaje jej to uroku. Jako ludzkość lubimy tajemnice i lubimy je rozwiązywać. Tutaj rozwiazanie całej historii naprawdę każdego zaskoczy. A plan jaki ma na wszystko Irena to już prawdziwy literacki majstersztyk. Pamiętajmy to co ciemne rodzi się w gniewie i pragnieniu zemsty, nie dopuszczajmy NIGDY do takich chwil. Bohaterowie „Lapis” boleśnie odczuli na swojej historii skutki złych ludzkich emocji. 

Emilia Kiereś napisała kolejną wybitną książkę, która spodoba się starszym dzieciom i dorosłym. Ja jestem oczarowana, wciąż poruszona i nie żałuję ani jednej minuty oddanej tej lekturze. Żałuję może jednego - że tak długo dałam na siebie czekać tej książce. Ale może tak miało być. Może czekała na ten właściwy czas.I on nadszedł tej zimy.

Reasumując: LATARNICA poleca!

Podstawowe dane książki

Tytuł: „Lapis

Autor: Emilia Kiereś

Okładka i Ilustracje: Marta Rydz-Domańska

Wydawca: bis

Objętość: 376 stron

Wydanie: II (pierwsze w tej edycji)

Data premiery nowej edycji: 10 luty 2026, Warszawa

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Format: 135 x 205 mm

Kategoria wieku: +10 lat

Dostępna wersja audio

Poniżej okładka front i tył

Poniżej ilustracje rozpoczynające dwie części książki

Poniżej skrzydełko z Autorką  i strona tytułowa oraz dwa dotychczaowe wydania "Lapisu" w różnej szacie graficznej

Poniżej sesja z moją domową modelką Myszką

Fot. Latarnica/luty 2026

--------------------------------------

Dziękuję Wydawnictwu bis za możliwość zapoznania się z tą piękną książką i egzemplarz recenzencki. Więcej książek wydawnictwa znajdziecie na wydawnictwobis.com.pl


Latarnica poleca [73]

W samym środku mroźnej polskiej zimy (ech, nie było takich zim od lat!) dotarła do mnie książka „Pogoda dla puchaczy. Zima” będąca kontynuacją historii o tym samym tytule czytanej złotą jesienią. Wtedy miałam sposobność po raz pierwszy tak z bliska przyjrzeć się życiu tych ciekawych leśnych ptaków, bowiem – nie będę ukrywać – nic na ich temat nie wiedziałam. Mając w pamięci wyzwania natury jakie stawia przed nimi jesień z ogromną przyjemnością usiadłam do czytania opowieści zimowej. To chyba jedyna pora roku, która stawia całej przyrodzie tak wielkie wyzwania.

Autor Marcin Kozioł ukazuje nam dalsze losy dorastających  puchaczowych bohaterów – trójki rodzeństwa, która opuściła rodzinne gniazdo - znanych z jesiennej przygody. Zimowy czas, który zaskakuje ich nieznanymi widokami i zjawiskami pogodowymi (to ich pierwsza zima! - wszystko jest nowe, nieznane, bywa że trochę przerażające) spędzają razem: dziewczynka Bubisia i chłopaki: Bubel i Bubuś.  Jesienią przyszło im się pożegnać z bratem o imieniu Bubbo, który jako pierwszy znalazł to co jest przeznaczeniem puchaczy – odkrył gdzie jest jego miejsce na ziemi czyli usłyszał głos natury i odnalazł swój kawałek lasu. Teraz trójka rodzeństwa trzyma się razem i próbuje rozgryźć to co widzi wokół siebie. A zmiany w przyrodzie są ogromne. Nikt ich na to nie przygotował. Nawet rodzice. Co chwile coś ich zaskakuje.

Książka „Pogoda dla puchaczy. Zima” to przy okazji jednej zimowej leśnej opowieści (w której znajdziemy też elementy marzeń sennych - dzięki którym zdobędziemy wiedzę o górach lodowych i grenlandzkich puchaczach o białym upierzeniu) bardzo sympatycznie i lekko podawana wiedza o naszej krajowej przyrodzie. Mamy też epizod pełen grozy, gdy Bubisia ulega wypadkowi wskutek żartów braci, gdy staje się żywą śnieżną kulą. Bohaterowie drugiego planu – reprezentacji świata fauny (zimą poznamy m.in. ptaki jerzyki, żubry, psy wykorzystywane w psich zaprzęgach) pokazują nam jak żyją, czym się zajmują, a to wszystko dzięki treści i ilustracjom zostaje w głowie młodego człowieka. Taki sposób edukacji przez książki zawsze do mnie przemawiał. Sama pamiętam do dziś tzw najważniejsze książki dzieciństwa. One właśnie często zostały we mnie w postaci trwale zapamiętanych informacji o pewnych zjawiskach, zwierzętach, miejscach.

Książki, które pisze dla młodych czytelników Marcin Kozioł o puchaczach i ich zwyczajach podczas pór roku mogą być czytane maluchom z przedszkola a i dzieci początkujące w umiejętności radzenia sobie z tekstem drukowanym mogą po nie sięgać, bo mają małą objętość, duże liternictwo, krótkie rozdziały, wygodny format. 

Jak zawsze – w ramach cyklu – nowe rozdziały otwierają tzw. strony popularnonaukowe. Są to wyróżniające się graficznie i niepowiązane z treścią główną książki informacje podane jak najbardziej przystępnie dla młodego czytelnika o zjawiskach, które pojawiają się w zimowej puchaczowej przygodzie. Dziecko może nie do końca wiedzieć, co znaczy dane pojęcia i te wstawki mają na celu pomóc w zrozumieniu pewnych zjawisk i zdarzeń. Jest to też fajny przyczynek do dyskusji z rodzicem o tym co właśnie przeczytali. Może już sami znają któreś z opisywanych trudniejszych pojęć? 

Jako, że aktualnie czytałam tom zimowy, Autor pomaga zrozumieć takie zjawiska jak:  

– najkrótszy dzień w roku i co to znaczy dla rytmu dobowego i ilości światła, 

– czym jest sen zimowy i kogo dotyczy, 

– co to takiego góra lodowa, 

– czym jest śnieg i z czego się składa,

– lód, szron, czyli dlaczego się przewracamy przy gołoledzi,

– przepiękne barwą zjawisko zorzy polarnej – coraz częściej do zaobserwowania również w Polsce.

Książka o tematyce przyrodniczej może stać się w przyszłości dla poznających ją teraz dzieci bazą pod rozwój pasji, kierunkowe kształcenie bądź realizację w praktyce zawodów związanych z takimi naukami i dziedzinami jak: geografia, biologia, zoologia, weterynaria, leśnictwo czy meteorologia.

„Pogoda dla puchaczy” to już zamknięta 4-tomowa SERIA książek, którą łączą bohaterowie z gatunku Bubo bubo oraz następujące po sobie pory roku. Czytać można według potrzeb, aktualnej pory roku lub jak dusza zapragnie – co akurat nas w danej chwili zainteresuje. Tak czy inaczej zawsze przyswoimy sobie nową porcję wiedzy – co ciekawego dzieje się w puchaczowym świecie i lesie o danej porze roku. Książka ma aktualnie swoją II edycję. Jest pięknie ilustrowana przez Małgorzatę Piędel, która z wyczuciem oddaje cechy charakterystyczne zmian w pejzażu podczas 4 pór roku oraz przepięknie rysuje zwierzęta.

Książki o puchaczach  Wydawnictwa Bumcykcyk są dostępne również jako audiobooki w Legimi. „Pogodę dla puchaczy” (cała serię) czyta genialny Jarosław Boberek. Czysta przyjemność słuchania!

Reasumując: Latarnica poleca!

Podstawowe dane książki

Tytuł: „Pogoda dla puchaczy. Zima

Autor: Marcin Kozioł

Ilustracje: Małgorzata Piędel

Wydawca: Bumcykcyk

Objętość: 64 stron

Wydanie: II

Kategoria wieku: +5

Oprawa: twarda

Format: 170 x 245 mm

Wersja audio czyta: Jarosław Boberek

Poniżej okładka front i tył: oraz tomy jesienny i zimowy

Poniżej wybrane rozkładówki książki:

Poniżej:  śnieżna  zima to idealny czas na taką lekturę

Poniżej modelka Mysza z puchaczami - edycja zimowa:

Fot. Latarnica / 2026

_____________

Dziękuję Autorowi i Wydawnictwu BumCykCyk za możliwość zapoznania się z tą książką i egzemplarz recenzencki.


Latarnica poleca [72]

Po wizycie egzotycznego gościa w wombaciej rodzinie w 3 tomie przygód małej reporterki Malinki nadeszła pora na kolejną wielką przygodę w australijskim lesie. Tym razem głównym bohaterem nie jest przybysz z daleka, ale mieszkający niemal po sąsiedzku młody Koala. Koala to ssak z rodziny torbaczy, roślinożerca egzystujący głównie na drzewach i przesypiający 18 godzin na dobę. Popularnie nazywany jest misiem koalą bowiem wizualnie przypomina puchatego pluszaka, ale z niedźwiedziami nie ma nic wspólnego. Jak wiadomo koale to gatunek żyjący tylko na kontynencie australijskim, objęty całkowitą ochroną, bowiem liczne długie okresy suszy i przechodzących przez kontynent pożarów mocno uszczupliły populację tych zwierząt.

Poniżej koala australijski:

Fot. 2x wikipedia.org

Malinka Wombat - znana już młodszym czytelnikom ze swych reporterskich relacji - tym razem udaje się ze swoją mamą na Chi-Chi Górkę, która zawsze wprawia ją w dobry nastrój. Jej mama – malarka z zamiłowania – w pełni wyposażona w sprzęt do uprawiania sztuki na łonie natury – wędruje z córką, aby mile spędzić gorący dzień w pięknych okolicznościach przyrody. 

Po drodze zostają zaskoczone przez kogoś w przebraniu, z maską koguta na głowie. Okazuje się, że mały Koala postanowił je nieźle nastraszyć. Wyrwał się na samotną wędrówkę z rodzinnego domu mimo że jego mama bardzo się martwi nieobecością potomka.

Koala okazuje się niezłym żartownisiem i pstonikiem. Zachęca Malinkę i jej mamę do wysiłku fizycznego, ćwiczeń gimnastycznych wszelakich dyscyplin i zabawy w terenie. Mama jednak odmawia takiego wf-u, ale chętna jest wszystkich ćwiczących namalować. Dołącza do nich niezła ekipa znajomych: Pan Emu, Kangurek, Dżdżownica Matylda i brat wombaci Klops (oczywiście miłośnik klopsów). Bohaterowie przywdziewają urocze sportowe stroje i podejmują rywalizację. Ćwiczenia mają miejsce pod czujnym okiem dowodzącego tymi działaniami małego Koali. Po drodze spotykają też stadko żab z panem Ropuchem oraz ćwiczącą grupe jaszczurek Gekonów. Australijski las pełen jest aktywnych zwierząt korzystających z uroków natury.

Każdy kolejny tom cyklu o reporterce Malince to podana w przystępny sposób edukacja i pogodne treści. W prostą przygodę zwierzęcych bohaterów Autor Marcin Kozioł przemyca istotne informacje o danych gatunkach zwierząt, ich środowisku życia, kontynencie australijskim.  Dla nas europejczyków to pełna egzotyka i niewiele osób zobaczy te zwierzęta na własne oczy w ich naturalnym otoczeniu. Lasy Australii skrywają ciekawe gatunki zwierząt, które doskonale sprawdzają się jako bohaterowie książeczek dla dzieci i zabawki, które można przytulać. W niejednym domu  w pokoju dziecięcym znajdziemy koale, kapibary czy kangury.

Tradycyjnie książkę zilustrowała Monika Urbaniak. Walory wizualne w lekturach dla młodszych dzieci to podstawa. Obrazki muszą przyciągnąć zainteresowanie dziecka i w przypadku tej artystki na pewno tak jest, bowiem kolorowe kadry z życia bohaterów są pełne żywych barw, drobiazgów, które przykuwają uwagę a detale ilustracji skłaniają do tego, że można podczas lektur dodatkowo o nich porozmawiać. Ja osobiście mam wielką przyjemność oglądania tych małych dzieł sztuki. Gatunki zwierząt oddane są z precyzją ale i fantazja podporządkowana treści i przygodzie. 

Ostatnie strony książki  - to w nawiązaniu do poprzednich tytułów serii -  najważniejsze informacje na temat gatunku jakim są koale. Zebrał je słynny brat Malinki podróżnik Maksymilian (relacje z jego przygód można przeczytać w książkach z innej serii dla starszego czytelnika)  Ta wiedza w pigułce usystematyzuje to co o koalach dowie się młody czytelnik na podstawie właśnie poznanej najnowszej przygody Malinki w australijskim buszu.

Zalety serii o Malince Wombat:
- rozwija wyobraźnię
- przepiękna szata graficzna
- prosta jedna przygoda na dany tom
- edukuje o kontynencie australijskim
- przemyca w zabawnej historii wiadomości o gatunkach zwierząt
- bawi opisanymi historiami i śmieszy żartami sytuacyjnymi
- wygodny format i idealna objętość
- może być czytania lub wysłuchana

Książki Wydawnictwa Bumcykcyk są dostępne  także jako audiobooki w Legimi. „Malinkę Wombat i Koalę” czyta – podobnie jak poprzednie tomy - Dominika Sell-Kukułka. Warto sięgąć i po takie formę zapoznania się z książkami. Mogą towarzyszyć dziecku przy zabawie, być tłem dnia a jednocześnie przekazywać pozytywne treści przykuwające uwagę.

Reasumując: Latarnica poleca!

Podstawowe dane książki

Tytuł: „Malinka Wombat i Koala

Autor: Marcin Kozioł

Ilustracje: Monika Urbaniak

Wydawca: Bumcykcyk

Objętość: 32 stron

Kategoria wieku: +4

Oprawa: twarda

Format: 220 x 265 mm

Poniżej okładka front i tył oraz piękno serii:

Poniżej przepiękna wyklejka w aborygeńskim stylu, a Malinka Wombat to już wielotomowa seria:

Poniżej wybrane rozkładówki z cudnymi ilustracjami Moniki Urbaniak:

Poniżej moja modelka Mysza i jej australijska przygoda z Malinką Wombat  i Koalą:

Fot. Latarnica / 2026

________________________

Dziękuję Autorowi i Wydawnictwu BumCykCyk za możliwość zapoznania się z tą książką i egzemplarz recenzencki.

 


Latarnica poleca [71]

Jak ten czas leci! 26 marca br. miała w Polsce premiera powieści Sho Ishido o intrygującym tytule „Zaleca się kota”. Zaraz też na początku kwietnia wrzucałam na bloga recenzję - pełną zachwytu nad tą niespodziewanie rozwijającą się historią i samym pomysłem funkcjonowania kliniki wypisującej koty na recepty. A już pół roku później polski czytelnik może cieszyć się lekturą drugiego tomu i kontynuacji historii o przedziwnej klinice doktora Kokoro z Kioto. Premiera „Zaleca się kolejnego kota” miała miejsca 29 października i świeżutkie egzemplarze szybko trafiły do rąk spragnionych jej recenzentów. 

Jestem jednak przede wszystkim czytelnikiem. I jako osoba miłująca książki i sam proces czytania wyczekiwałam paczki z egzemplarzem, który dopiero co zszedł z drukarskich maszyn. Po pięknej miętowej okładce tomu 1 otrzymujemy przyjemnie ciepłą, wręcz kobiecą w kolorystyce różową okładkę tomu 2, na którym rządzą tym razem dwa przepiękne koty. Ilustrację stworzyła japońska artystka Arisa Shimoda i koty, które rysuje są urocze i takie realne. Ogromna przyjemność już od samego patrzenia na gotowy produkt czyli książkę. Ale wiedziałam już „czym to się je” i czego się po prozie Ishido spodziewać. Praktyka pokazała że nie do końca miałam rację.  Ta lektura jednak mnie po części zaskoczyła. Ale to bardzo bardzo pozytywnie.

Cóż może być przyjemniejszego nad literacką premierę w porze jesiennej, która działa jak ciepły miękki koc, rozgrzewa ciało jak korzenna herbata i ociera się o wyobraźnię czytelnika jak mruczący kot?  W zasadzie z innym nastawieniem usiądzie do niej na pewno ktoś kto jest już po lekturze tomu 1, a inaczej, kto nie ma pojęcia, że to kontynuacja i nie zna zupełnie świata, w który wkroczy po rozpoczęciu czytania rozdziału otwierającego.

Spodziewałam się większej ilości historii gabinetowych w tomie drugim,  ale Autorka (ostatecznie uznaję, że to był dobry zabieg) podarowuje nam tylko 4 opowieści, które są ze sobą splątane pewnymi nitkami jak kłębek wełny.

Mamy tu całkiem różnych bohaterów, których dzieli wiek, wykształcenie, praca i pasje. A co łączy? To że są mieszkańcami Kioto, znajdują się akurat na jakimś życiowym zakręcie, ale nie wszyscy do końca zdają sobie z tego sprawę . I to właśnie oni skądś nagle dowiadują się o istnieniu tej dziwnej klinki, do której trafi osobna naprawdę tylko potrzebująca otrzymania w niej pomocy. To coś na kształt gabinetu lekarskiego - coś pomiędzy psychiatrią, psychologią, seansem terapii dla ciała i ducha. Ale i też zdecydowanie coś więcej...

Kogo spotkamy na trudnym etapie życiowym? Bohaterką rozdziałku pierwszego jest studentka Moe Otani, jej przyjaciółka Reona i chłopak Moe - Ryuji. Dziewczyna jest tak pogubiona i nie potrafiąca trzeźwo ocenić co dzieje się w jej życiu  na tym właśnie etpie jej związku, że w klinice doktora Kokoro otrzyma trzykrotnie  przedłużoną kurację kotem zapisanym na receptę. Będą to urocze: Kotetsu, Noel i Bibi. Wszytskie koty rasy bengalskiej.

W rozdziale drugim poznamy historię emeryta w żałobie po śmierci żony - pana Tatsuya. W zasadzie odkąd został wdowcem życie dla niego się skończyło. Nie widzi w nim sensu, najchętniej siedziałby w swoim pokoju i wiódł tak monotonnie ubogą egzystencję. Nic go już nie ciszy i nie motywuje. Nawet obecność nastoletniego wnuka Hayato, który jak sowa prowadzi nocny tryb życia też uciekając w swój świat. Tym razem ożywczy zastrzyk da nie tyle zabranie kota do domu na wskazany czas co spotkanie z nim i dzwne okłady ciała w gabinecie doktora Kokoro. A  potem życie postawi na drodze życiowej emeryta i jego wnuka historię zagubionej w dzielnicy Kioto kotki sąsiadów. W tej historii po raz pierwszy pojawia się  też istotna dla tej całej historii instytucja miejskiego schroniska dla zwierząt.

Trzecia historia skupi się na postaci Reony - przyjaciółki bohaterki z pierwszego rozdziału. Uwaga! Zataczamy pomału pełny zamknięty krąg zlaeżności, relacji, akcji! Co za cudowny zabieg za strony pisarki! Reona ma brata Tomoyę - który jest zastępcą kierownika schroniska dla zwierząt. Dziewczyna czuje się w swojej rodzinie wyobcowana. Ma wrażenie że dla jej matki liczy się tylko syn. Trafia do kliniki doktora Kokoro nie wiedząc jeszcze jakie znamienne słowa tam wypowie i co okaże się jej największą bolączką. Jej to przypadnie kuracja z cudownym niskołapkim kotem Sashą rasy munchkin. Ten czas spędzony wspólnie z zapisanym na receptę zwierzakiem zakończy się nietypowo. Nic nie zdradzę!

Książkę kończy chyba najbardziej szarpiący za emocje - przynajmniej dla mnie tak było - rozdział o bracie Reony - pracowniku miejskiego  schroniska dla kotów w Kioto. Jak każda tego typu placówka finansowana przez miasto walczy z wieloma problemami kadrowymi, płacowymi, finansowymi a kotów tylko przybywa i wiele wymaga szczególnej troski, leczenia i socjalizacji. Sho Ishida nazywa tą placówkę Domem Społecznym. Ta opowieść, która zepnie książkę z początkiem mocno mną wstrząsnęła. To w niej poznamy genezę i historię miejsca znanego jako klinika doktora Kokoro (wstrząsająca opowieść) oraz będziemy świadkami relacji bohatera z czarnym jak węgiel kotem Nike - którym się w domu opiekuje. Jako kociara odebrałam to z sercem rozpadniętym na milion kawałków. Ale jest to napisane przepięknie, wręcz naturalistycznie i tak powinno pozostać. Bo życie czy to ludzkie czy kocie bywa trudne, brutalne, bolesne, nieprzewidywalne.

Tom 2 zdecydowanie ujawnia więcej faktów o pracownikach kliniki i miejscu, w którym przyjmują pogubionych ludzi. Może brzmi to za szumnie, bo w klinice jest tylko sam jeden doktor oraz jego pomocnica - recepcjonistka, pielęgniarka i zapewne bliska przyjaciółka  - pani Chitose.

Czytając kontynuację historii, którą zachwyciła mnie już pół roku wcześniej bardzo bym  chciała, aby Autorka rozbudowała jeszcze to co dała nam na tacy w tomie 2. Historia ma ogromny potencjał, ukrywa jeszcze wiele tajemnic, a przede wszystkim niesie cudowne przesłanie. Bo nie każdy wie, że na wiele bolączek tego świata wystarczyłoby po prostu zalecić / zapisać na receptę kota. To wspaniali mruczący terapeuci, którzy nas nie oceniają, ale biorą takimi jakimi jesteśmy, a często mogą dokonać cudu przewrotu w naszym pogubieniu i smutku.

Sho Ishida to japońska pisarka z Kioto z roczika 1975. Jej oba tomy książki o kotach wypisywanych na recepty stały się światowymi bestsellerami, a tom 1 został już przetłumaczony na 30 języków.

Dziękuję wydawnictwu Marginesy za recenzencki egzemplarz z dodatkiem wspaniałych kocich gadżetów (cudne naklejki, zakładka, kartki). Zobaczycie to na zdjeciu poniżej A wszystko przybyło w bijącej po oczach różowej kopercie z przepiękną naklejką z ilustracją z okładki.

Reasumując: LATARNICA poleca!

Podstawowe dane książki

Tytuł: „Zaleca się kolejnego kota

Autor: Sho Ishida

Ilustracja na okładce : Arisa Shimoda

Wydawca: Margnesy

Tłumaczenie z japońskiego: Dariusz Latoś

Objętość: 236 stron

Wydanie: I (premiera paźdzernik 2025 rok)

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Format: 135 x 210 mm

Poniżej tak oczekiwana przesyłka i jej zawratość - zestaw recenzencki <3

Poniżej okładka front i tył

Poniżej wybrane rozkładówki oraz 2-tomowa seria

Poniżej fotosesja z moją kocią modelką i terapeutką na receptę - Myszą

Fot. Latarnica / 2025


Latarnica poleca [70]

Troszkę nieswojo się poczułam biorąc do rąk książkę Marcina Kozła pt. „Psyjaciele”. Już z okładki widać, że opowieść będzie o najlepszym przyjacielu człowieka czyli psach, a mnie najmniej z nimi po drodze bo moje dorosłe życie dzielę z kolejnym już kotem i ten gatunek znam bardzo dobrze. Ale żeby nie było, że mam coś do psów. Kocham psy, jeśli tylko jest okazja to chętnie nawiązuję z nimi relację i kto wie, może kiedyś zdecyduję się na adopcję jednego. 

Ponieważ znam kilka książek o kotach - niejako będących odpowiednikami” Psyjaciół” - bowiem opowiadały również o mruczkach znanych osób oraz ich (tj. kocich) wybitnych dokonaniach i odważnych czynach - to z ogromnym zainteresowaniem otworzyłam książkę i oddalam się lekturze. To co od razu rzuciło mi się w oczy to fantastyczne ilustracje pana Marcina Minor. Już sam spis treści prezentujący bohaterów 6 opowieści kusi tak bardzo że pędzimy dalej i już zaczytujemy się w 1 rozdziale i poznajemy pierwszego psyjaciela znanej persony. 

Założeniem książeczki jest, aby prezentowane psy były zwierzętami towarzyszącymi znanych Polaków. To już ułatwia sprawę bo mamy mniej tych bohaterów do selekcji. Autor Marcin Kozioł wybrał wspaniałych przedstawicieli gatunku pies domowy - Canis familiaris. A jacy wielcy ludzie dzielili z nimi życie! Chyba nie będzie wielką zdradą tajemnicy, gdy powiem, kogo spotkamy na kartkach „Psyjaciół”. Otóż uważajcie bo bedą wielkie nazwiska!  

Poznamy psa Fryderyka Chopina o wdzięcznym imieniu Markiz (przy okazji dowiemy się i trochę o kocurze Waldku, który w tym samym domu mieszkał), setera Dolara towarzysza podróżnika Leopolda Janikowskiego (czy wiecie, że my Polacy mieliśmy rownież swoją dalekomorską kolonię???), jamnika Wykop - towarzysza pisarza Henryka Sienkiewicza, który w domu miał z resztą cały zwierzyniec w tym uprzykrzającą wszystkim życie złośliwą małpkę Maki przywiezioną z Afryki, Puka - psinę wyłącznie w TYPIE dobermana towarzysza Stefana Żeromskiego i jego rodziny - chyba najczęściej porywanego psa w historii ever, a przy okazji Puka poznajemy cudownego kota Bielaka, którego Puk traktował jak ojca, potem wskoczymy do Sulejówka i domu Marszałka Piłsudskiego, w którym żył Darek - pies w typie boksera oraz na koniec dotkniemy artystycznych kręgów Paryża i udamy się do pracowni malarki Olgi Boznańskiej, gdzie przy sztalugach towarzyszy jej ratlerek Boby la Beaute oraz… ach tutaj jest cała czereda zwierząt różnych ras: kanarek, myszy, mrówki, papuga, kawa domowa (czyli świnka morska)… I co? Niezłe towarzystwo!

Wiadomo, że biografia każdego z opiekunów tych psiaków mogłaby zająć tomy, ale tutaj skupiamy się na ich czteronożnych przyjaciołach i wybranym watkom z życia wielkich ludzi i aż trudno uwierzyć co te zwierzaki przeżyły! Czyta się to jak najlepsze książki przygodowe z szeroko otwartymi oczami i często uśmiechem na twarzy. Przygody psów i ich opiekunów są czasami tak niesamowite że aż trudno uwierzyć! Mamy w tle też i inne kraje i różne ciekawe profesje ludzi - jedynie przy Sienkiewiczu i Żeromskim powtarza się to czym się parali  - czyli pisarstwo. 

Piękne jest w tych historiach to, że psy kochają bezgranciznie więc zupełnie nie obchodzi je czy osoba, która w domu karmi, glaszcze i dba jest kimś znanym czy nie. Dla nich i tak jest całym światem. jaki posiada i tego świata chce bronić. I vice versa - psi bohaterowie są dla swoich opiekunów członkami rodziny. Tak samo rzuciliby się za nimi w morze jak za własnym dzieckiem czy współmałżonkiem.

Mnie oczywiście najbardziej ucieszyły pojawiające się w dwóch rozdziałach postacie kotów. Pełnią one bardzo ważną rolę w psich przygodach. Za to zaskoczyły mnie cale zwierzyńce towarzyszące na co dzień Sienkiewiczowi i malarce Boznańskiej. Z kart książki bije piękne relacja na linii opiekunowie - ich pies. Psyjaciele byli dla nich tak ważni ,że byli gotowi pójść w ogień, aby ich odzyskać czy pomóc w tarapatach. Od razu przypomina mi się piesek Żeromskiego, który był chyba najczęściej wykradanym pupilem.

Tak sobie myślę, że w szkole poznajemy suche fakty na temat  znanych Polaków, a jakże inaczej mogłyby przebiegać lekcje i omawianie lektur, gdyby na sale szkolne wkroczyły opowieści o zwierzęcych towarzyszach choćby autorów lektur. Uważam, że młody czytelnik zupełnie inaczej zapamiętałby daną osobę, gdyby poznał niektóre przygody związane z ich zwierzakami.

Mnie teraz zupełnie inaczej jawią się postacie opisane przez Autora. Widzę w nich poza osobami godnie reprezentującymi nasz kraj i profesje którymi się parali - wielkich obrońców zwierząt i ich praw, osoby o ogromnej wrażliwości i empatii. A skoro na mnie zrobiło to tak spore wrażenie to jestem przekonana, że Młody Czytelnik też inaczej spojrzy na te postaci. 

Jest jeden minus tej książki. Tych psich i zwierzęcych historii powiązanych z naszymi wielkimi rodakam jest ZA MAŁO! Z żalem kończyłam lekturę mając ogromny niedosyt. Przeżyłam fantastyczną przygodę móc na chwilę wejść w życie 6 psów i ich rodzin i pobyć z nimi i poprzeżywać te bardziej i mniej dramatyczne wydarzenia.  Może kiedyś powstaną „Psyjaciele” tom 2? Ja bardzo chętnie bym je przeczytała oraz szepnęła Autorowi podpowiedź/prośbę o koci odpowiednik tej książki.

Książka dostała nagrodę główną  w 21. Konkursie Świat Przyjazny Dziecku Komitetu Ochrony Praw Dziecka (luty 2023). Dużo więcej o niej można znaleźć na specjalnie dedykowanej temu tytułowi stronie: psyjaciele.pl - w tym materiały dla nauczycieli. Bowiem "Psyjaciele" są chętnie wybierane jako lektura uzupełniająca dla klas IV szkół podstawowych.

Książki Wydawnictwa Bumcykcyk są dostępne także jako audiobooki w Legimi. „Psyjacieli” czyta Leszek Filipowicz. To także wygodna i czasami dla kogoś najbardziej przystępna forma do zapoznania się z tym tytułem.

Reasumując: Latarnica poleca!

Podstawowe dane książki

Tytuł: „Psyjaciele

Autor: Marcin Kozioł

Ilustracje: Marcin Minor

Wydawca: Bumcykcyk

Objętość: 112 stron

Wydanie: I (premiera w 2022 roku)

Kategoria wieku: +9

Oprawa: twarda

Format: 205 x 270 mm

Wersja audio: czyta Leszek Filipowicz

Poniżej okładka front i tył

Poniżej cudowna psia wyklejka i spis treści

Poniżej wybrane rozkładówki książki

Poniżej  psia tematycznie fotosesja z moją kocią modelką Myszą

Wpis powstał dzięki współpracy z Wydawnictwem Bumcykcyk. Tą oraz inne książki tego Autora i Wydawcy możecie nabyć (również w opcji z autografem Autora) na stronie wydawnictwa:

https://www.bumcykcyk.com


Latarnica poleca [69]

22 września br. nadeszła kalendarzowa jesień. Jak każda pora roku rzutuje swoją obecnością na świat roślin i zwierząt. Zupełnie nie zastanawiamy się - żyjąc własnym życiem - jakie niesie to konsekwencje np. konkretnym gatunkom. Czy ktoś z nas pomyśli co jesień ma do zaoferowania puchaczom? A jest to dla nich czas ogromnych zmian życiowych. Wręcz kluczowych.

Autor Marcin Kozioł przygląda się właśnie tym sporym ptakom i stały się one bohaterami jego książeczki. Puchacze to największe sowy występujące w Polsce i na naszym europejskim kontynencie. Ich naukowa łacińska nazwa to słodko brzmiące Bubo bubo i w sumie doskonale te dwa słowa je opisują. A skoro tak się powinniśmy do nich fachowo zwracać to nie dziwi, że czterej główni bohaterowie czyli młody miot puchaczowej pary to dziewczynka Bubisia i chłopaki: Bubel, Bubbo i Bubuś. O swoich jesiennych przygodach oraz misji związanej z tą porą roku opowiada Bubuś i on jest narratorem całej opowieści.

Książka "Pogoda dla puchaczy. Jesień" rozgrywa się na dwóch poziomach. Pierwszy to główna opowieść o puchaczej rodzinie, a druga to strony naukowo-informacyjne poprzedzające każdy rozdział. Są one specjalnie graficznie i pod względem liternictwa wyróżnione i nie można ich przeoczyć. Można więc czytać je oddzielnie skupiając się tylko na warstwie edukacyjnej, a można przeplatać z akcją powieści. Jak to woli. Nic sama historia na tym nie straci.

Książka Marcina Kozła przeznaczona jest dla młodszych dzieci czytających samodzielnie (nie za duża objętość i  duże litery), ale będzie też świetną historią na dobranoc dla dzieci przedszkolnych, którym książki czytają jeszcze rodzice. Piękne ilustracje Małgorzaty Piędel idealnie oddające treść pomogą najmłodszym w głębszym odbiorze i wizualizacji osobistego świata puchaczów.

Sama byłam ciekawa czy mnie, osobie dorosłej, pożerającej literaturę wszelakich gatunków taka książka coś da, czy poruszy jakąś czułą strunę, przypomni o jesieni tej prawdziwej z ferią barw i zjawisk pogodowo-przyrodniczych. I bardzo mile byłam zaskoczona. Naprawdę niewiele wiedziałam dotąd o tym jak wygląda życie tych ptaków i co za poważne decyzje muszą podjąć jesienną porą.

Siadając w fotel z kubkiem gorącej herbaty i kotem na kolanach totalnie wciągnęłam się w historię Bubusia. Poznajemy nie tylko to co teraz się dzieje w życiu jego najbliższych, ale często narrator sięga pamięcią do czasów, gdy był z rodzeństwem mniejszy i bardziej zależny od swoich ptasich rodziców. Cała jesienna historia oparta jest na istotnym fakcie mocno odmieniającym życie urodzonych wiosną, a dorastających latem puchaczy. Otóż ich zadaniem w tej porze roku jest już opuszczenie gniazda, usamodzielnienie się i znalezienie swojego skrawka lasu. To ważna misja i każdy musi ją po swojemu przeżyć i odszukać to idealne miejsce, które uszykowała dla nich matka natura.

Mamy więc tutaj sporo emocji: smutek rozstania z rodzicami, uciechę wolnością po opuszczeniu gniazda, odkrywanie świata lasu, zachwyty tym co przynosi jesień (babie lato, mgły, kolory przyrody). Puchacze rodzeństwo rzuca się w wir przygody i poszukiwania swego miejsca. Przy okazji poznajemy inne gatunki zwierząt, owadów i ptaków, z którymi rodzeństwo wchodzi w relacje.

Na stronach stricte naukowych młody czytelnik dowie się co nieco o samym gatuku Bubo bubo, przeczyta o tym jak wyglądają młode puchacze i jak przemienia się ich uroczy puch w pióra, co to jest pogoda, skąd się biorą pory roku, co to są chmury i jakie przybierają formy oraz dlaczego przez cały rok liście nie są jednakowo zielone. Dużo tematyki, która będzie nurtować dzieci podczas jesiennych spacerów. A ta książeczka udzieli im podstawowych odpowiedzi. A może i na tyle zainteresuje jakąś dziedziną, że będą drążyć temat głębiej. Książki takie  jak "Pogoda dla puchaczy" mogą być bazą, aby rozpalić zainteresowania dzieci w kierunku geografii, biologii, zoologii czy meteorologii.

Na koniec muszę dodać że "Pogoda dla puchaczy" to SERIA książek, a łączą je bohaterowie z gatunku Bubo bubo oraz następujące po sobie pory roku. Mamy więc jako komplet cztery tomy, choć czytać je można w dowolnej kolejności. Więc w zależności w jakiej porze roku zaczynamy przygodę z Bubusiem i jego rodziną taką porę roku możemy zakupić, aby poczuć co w tym samym czasie dzieje się puchaczowym świecie i lasach.

Książki Wydawnictwa Bumcykcyk są dostępne  także jako audiobooki w Legimi. „Pogodę dla puchaczy” czyta Jarosław Boberek. Już samo to nazwisko gwarantuje moc przeżyć przy odsłuchu.

Reasumując: Latarnica poleca!

Podstawowe dane książki

Tytuł: „Pogoda dla puchaczy. Jesień

Autor: Marcin Kozioł

Ilustracje: Małgorzata Piędel

Wydawca: Bumcykcyk

Objętość: 64 stron

Wydanie: II

Kategoria wieku: +5

Oprawa: twarda

Format: 170 x 245 mm

Wersja audio: czyta Jarosław Boberek

Poniżej okładka front i tył

Poniżej wybrane rozkładówki książki

Poniżej jesienna fotosesja z moją kocią modelką Myszą, pluszowy Bubuś bardzo ją zainteresował :)

Wpis powstał dzięki współpracy z Wydawnictwem Bumcykcyk. Tą oraz inne książki tego Autora i Wydawcy możecie nabyć (również w opcji z autografem Autora) na stronie wydawnictwa:

https://www.bumcykcyk.com


Latarnica poleca [68]

Zapomnijcie o pluszowych misiach, króliczkach, kotkach, pieskach czy liskach! Teraz królową zabawek i przytulanek jest kapibara! Od kilku lat panuje szał nie tylko na maskotki, ale i książeczki c(także poważne poradnik) czy tekstylia z tym sympatycznym zwierzakiem. Każdy tom serii o Malince Wombat to zabawa i nauka poznawania jakiegoś nowego gatunku zwierząt. Jak młody czytelnik już zna wombaty to chętnie zapozna się z pozostałymi bohaterami występującymi w tych książkach dla najmłodszych.

W drugiej połowie września trafiła do moich rąk australijska opowieść "Malinka Wombat i Kapibara" Marcina Kozła. Zapewnie ktoś od razu skojarzy tą serię, był już przecież  i kangurek i inne zwierzęta w tym piękne egzotyczne papugi. Historia z kapibarą to NOWOŚĆ wydawnicza.

Kapibara to rodzaj ssaków z rodziny kawiowatych. Tak, tak czyli krewniacy naszych popularnych świnek morskich. Ale są one znacznie większe. Długość ciała może przekroczyć metr, a waga nawet osiągnąć około 70 kg. Internet jest każdego dnia zalewany filmikami z tymi słodkimi zwierzakami. W naturze występują w Ameryce Południowej i Środkowej. Poniżej przedstawiciel tego gatunku z ptakiem na grzbiecie.

Fot. Phillip Capper z Nowej Zelandii / wikipedia.org

A skoro kapibary występują w Ameryce, a akcja "Malinki Wombat" rozgrywa się w Australii to wiemy już, że do rodziny wombatów przybędzie gość z daleka. I to całkiem egzotyczny. A skąd taka Kapibara wiedziała o tatusiu i mamie oraz reporterce Malince i jej bracie Klopsiku? Otóż jak zwykle to bywa spotkał ją podczas swoich podróży brat Malinki - znany podróżnik Wombat Maksymilian (podróżniczą serię dla starszych o Maksymilianie również bardzo polecam!).

W trzecim tomie - a każdy można czytać niezależnie - rodzina wombacia szykuje się na przybycie gościa z daleka. Malinka ma jego zdjęcie podesłane przez brata liczy więc, że go rozpozna w porcie, bowiem Kapibara przybywa na wielkim statku oceanicznym. Malinka z Tatą docierają do nabrzeża dopiero co zreperowaną dwukółką i są pełni obaw czy wszystko pójdzie gładko, a przyjęcie gościa będzie należyte.

Kapibara okazuje się sympatycznym osobnikiem z małą wadą wymowy. Nie mówi literki "r" przez co rodzina wombacia jest w konsternacji czy przymykać na to oko czy dostosować się do stylu języka gościa. Brat Klops oczywiście zajął się gotowaniem, tata Wombat dał koncert na tradycyjnym instrumencie  i pobyt egzotycznego gościa upływał w miłej atmosferze do głębokiej nocy.

Ważnym elementem spotkań i biesiadaownaia są zawsze przywiezione prezenty. Kapibara przywiózł dla każdego członka wombaciej rodziny coś dostosowane idealnie pod zainteresowania i hobby jej członków. Radość była ogromna choć czasami chwilowa konsternacja dopadła nawet małą reporterkę, której charakterystycznym znakiem jest różowa kokarda na głowie. Ale co się stało znajdziecie w książeczce.

Każdy tom cyklu o Malince edukuje i śmieszy. Akcja rozgrywająca się w dalekiej Australii staje się dla odbiorcy prawdziwym egzotycznym lądem, który odkrywa dla siebie na nowo. Treści nie jest zbyt wiele, aby nie zmęczyć młodego czytelnika. On czyta tą opowieść głównie wzrokiem i uchem.  A jeśli wzrokiem to ogromne brawa dla wspaniałej ilustratorki Moniki Urbaniak. Ona tworzy prawdziwe obrazkowe cuda na każdy temat i z każdą postacią. Wspaniale się ogląda tą przygodę. A ja nie byłabym sobą gdybym na jednej ilustracji nie wypatrzyła latarni morskiej. Tym większa przyjemność dla mnie.

Książkę jak zwykle kończą najważniejsze informacje na temat gatunku jakim są kapibary. Jak zwykle wybrał je i zebrał brat Malinki podróżnik Maksymilian. To taka fajna wiedza w pigułce opatrzona świetnymi rysunkami z życia kapibar.

Książki wydawnictwa Bumcykcyk są dostępne  także jako audiobooki w Legimi. „Malinkę Wombat i Kapibarę” czyta Dominika Sell-Kukułka. Warto sięgnąć i po taką formę zapoznania się z jej treścią.

Reasumując: Latarnica poleca!

Podstawowe dane książki

Tytuł: „Malinka Wombat i Kapibara

Autor: Marcin Kozioł

Ilustracje: Monika Urbaniak

Wydawca: Bumcykcyk

Objętość: 32 stron

Kategoria wieku: +4

Oprawa: twarda

Format: 220 x 265 mm

Poniżej okładka front i tył

Poniżej wyklejka w australijskim stylu oraz strona tytułowa

Poniżej wybrane rozkładówki książki

Poniżej fotosesja z moją kocią modelką Myszą - nic bez niej w tym domu :)

Fot. Latarnica 

Wpis powstał dzięki współpracy z Wydawnictwem Bumcykcyk. Tą oraz inne książki tego Autora i Wydawcy możecie nabyć (również w opcji z autografem Autora) na stronie wydawnictwa:

https://www.bumcykcyk.com


Latarnica poleca [67]

Po rocznej przerwie od premiery „Mony Mysi”, która poprowadziła młodych Czytelników przez historię sztuki, cudowna mysia bohaterka powraca w wielkim stylu. Tym razem jako przewodniczką po X Muzie. Bowiem jej postać ściśle związana jest ze sztuką i ta sztuka mniej lub bardziej świadomie wkrada się w jej codzienne życie. Mona Mysia ma farta do wielkich dzieł. Potrafi wręcz się z nimi identyfikować i scalić. Wraz z premierą w maju tego roku zaczynamy nową przygodę w chwili kiedy Mona ma konkretne plany na najbliższy wieczór.

Wieczory można spędzać przeróżnie, ale każdy to wie, że jednym z lepszych rozwiązań jest udanie się na seans filmowy do kina. Kino to coś więcej niż budynek, w którym można obejrzeć film. To MAGIA, na którą składa się sam charakter wnętrz, rozmiar ekranu, zapachy i system nagłośnienia - przez co bodźce dźwiękowe zupełnie inaczej do nas docierają. To wszystko sprawia, że kto raz skosztował kontaktu z filmem w postaci kinowej wie, że nie zastąpi tego żaden seans domowy, nawet gdyby kupić najlepszy sprzęt i wydzielić w domu osobny pokój do oglądania.

Może dlatego - że niezwykłość odbioru obrazu i dźwięku z ekranu jest tak wyjątkowa - film i kino jako dziedziny sztuki przetrwały i z lepszym lub gorszym skutkiem wciąż nam towarzyszą. A wraz z nimi cała otoczka w postaci festiwali filmowych z prestiżowymi nagrodami czy tzw. kino niszowe, autorskie, a jednak mające swoje stałe grono odbiorców.

Mona Mysia postanowiła więc po raz kolejny skosztować filmowej przygody. Wiemy z treści, że w kinie bywa bo zna np. sekretne tajne wejście do środka. Ale żeby oddać się w całości temu przeżyciu trzeba jakoś do kina dotrzeć. I w tej chwili zaczyna się jej niezwykłą podróż - bowiem po Monę zjawia się jako środek transportu długowłosy jamnik i zamiast pędzić przez zatłoczone ulice rozpędza się by niczym samolot wznieść się w górę. I już frunie, a jego piękna sierść powiewa na wietrze, a Mona Mysia uczepiona jego karku zmierza na seans filmowy. Czy ta scenka coś wam nie mówi? Czy lot na grzbiecie ogromnego uśmiechniętego psa nie budzi skojarzeń? Czy starszym odbiorcom  nie zabije szybciej serce na wspomnienia sprzed lat i tamte emocje???

To zaledwie początek, bo takich szarpnięć emocjami i odnośników do wspomnień i obejrzanych już filmów będzie bardzo bardzo dużo. Taka jest też koncepcja tej opowieści. Wieczorna wyprawa do kina stanie się furtką do osobistego przejścia przez jego historię. Tą od samego początku, gdy bracia Lumiere zarejestrowali po raz pierwszy ruchomy obraz. Czy wszyscy pamiętamy co to było? Jeśli nie to już na wstępnych stronach ta scena ożyje na naszych oczach, a Mona Mysia również zobaczy ją na dużym ekranie. 

Na razie wszystko wydaje się naturalne (no może poza psem jako środkiem transportu), bo myszka z bardzo wiekowym przyjacielem żółwiem oglądają kolejne filmy, które chronologicznie pokazują rozwój filmu. Mamy więc kino nieme, czarno-biały obraz, muzykę graną na żywo w kinowej sali. Nawet dziś organizuje się czasami takie pokazy, aby oddać charakter i nastrój początków X Muzy.

Bohaterka świetnie się bawi i miło spędza czas. Tak bardzo wciąga ją to co się dzieje, że podejmuje taniec ze stonogą na wrotkach przez co ina sali interweniować musi nawet miejscowy kot Tosia - strażnik porządku w kinie. A jak wiadomo myszka nie za bardzo będzie chciała mieć bliski kontakt z ogromnym kotem więc postanowi szybko uciec. A gdzie? Błyskawicznie dostrzega takie jedyne miejsce - najlepszą drogę ewakuacji…

I wtedy zaczyna się dla niej prawdziwa magia kina i wielka przygoda. Podobnie jak w pierwszym tomie o obrazach znanych mistrzów Mona wpada w konkretnie filmowe historie, by stać się przez chwilę ich bohaterką i poczuć to co spotkało słynne filmowe postacie na ekranie. A czegóż my tu nie mamy jako czytelnik wraz z małą myszką! 

Łza się w oku kręci od wspomnień i emocji. Przejdziemy płynnie przez bardzo znane historie filmowe - wiele z nich to przecież to co nas poruszało najpierw w dzieciństwie, potem już jako dorosłych ludzi chodzących do kina i wciąż czujących tą ogromną ekscytację przy odbiorze filmów na gigantycznych dziś ekranach.

Dla mnie większość wspomnianych dzieł filmowych to taka filmowa jazda obowiązkowa. Polecałabym w ciemno je każdemu. Nie wiem jak można by funkcjonować we współczesnym świecie, nie rozpoznając tych charakterystycznych postaci czy scen filmowych. Nie będę odbierała przyjemności rozpoznawania konkretnych filmów Czytelnikom - myśle, że zwłaszcza tym starszym czy czytającym tą książkę młodszemu pokoleniu. Ale traficie na to wszystko co przez lata was kształtowało jako widza. Niech pierwsze podpowiedzi znajdą się już na poniższych zdjęciach prezentujących wybrane ilustracje. Tam już wszystko stanie się klarowniejsze.

Skoro jako Czytelnik dorosły miałam tak dużo przyjemności z rozpoznawania filmów, w których nasza bohaterka osobiście się znajdzie, zaczęłam się zastanawiać dla kogo tak naprawdę jest ta książka. Bo choć docelowa grupa określana jest na wiek 5-9 lat, to oczywiście tylko sugestia. Prezentowane filmy nie odgadnie kilkulatek, bo ich nie zna. No może  jeden, dwa skojarzy. Ale rodzic rozpozna już na pewno większość. Mamy więc doskonały punkt startowy, aby połączyć przyjemne z pożytecznym. 

Z jednej strony książka jest historią kina podaną w fantastyczny wizualnie  i pod względem treści sposób. Edukacyjnie dziecko dowie się jakie było kino kiedyś, jak wyglądały początki, można poopowiadać o różnicach czasów dawnych i współczesnych.  Jest to też baza startowa czy też podpowiedź do wspólnych rodzinnych seansów. Mamy więc od razu zachętę  do planowania wielopokoleniowego oglądania i dobierania odpowiedniego repertuaru.

Z drugiej strony „Mona Mysia w kinie” to wykwintny deser filmowy. Autor Marcin Kozioł wyselekcjonował różne tytuły z konkretnych epok rozwoju kina  i współczesnych gatunków filmowych i może się to przyczynić do dalszego drążenia tematu już indywidualnie. Przy okazji czytania tej książeczki dorosły Czytelnik może przypomnieć sobie filmy, które go kiedyś zafascynowały, a może i czasami zmieniły całe życie. I warto pójść tym tropem i zrobić sobie taki powrót do przeszłości i przeżyć to wszystko na nowo, zobaczyć co się zestarzało, a co wciąż powoduje szybsze bicie serca.

Sztuka filmowa jest jedną z tych najpopularniejszych, na co dzień mamy z nią najczęstszy kontakt. Dzieciaki uwielbiają kreskówki, dłuższe filmy animowane, ekranizacje ich ulubionych książek. Warto pielęgnować i podsycać w nich ten ogień uwielbienia dla kina, bo przecież staje się ono dla nas tak często odskocznią od codzienności. Wierzę, że ta książka, będzie takim ciepłym azylem dla młodych Czytelników i pobudzi do wielu dyskusji i zachęci do oglądania i wyszukania kolejnych tytułów filmowych.

Marcin Kozioł jak zwykle daje nam kawał dobrze skrojonej historii i wiem, że to będzie dla czytających wspólnie fajnie spędzony czas. Walory edukacyjne są tak przemycone, że w ogóle się o tym nie myśli, a my całkowicie wchodzimy w przygody Mony Mysi na planach kolejnych filmów. Na koniec jak zwykle wielkie gratulacje dla ilustratorki. Oj miała pani Monika Urbaniak wyzwanie zawodowe! Ale efekt końcowy wyszedł znakomicie. Gratuluję obu twórcom i nie będę ukrywać - po cichu liczę na tom 3 przygód myszki. Ciekawe tylko co ją spotka i która ze sztuk tym razem wciągnie ją w swe bogate światy.

Reasumując: Latarnica poleca!

Podstawowe dane książki

Tytuł: „Mona Mysia w kinie” (2 tom serii o myszce

Autor: Marcin Kozioł

Ilustracje: Monika Urbaniak

Wydawca: Bumcykcyk

Objętość: 48 stron

Oprawa: twarda

Format: 220 x 265 mm

Grupa docelowa: dla dzieci 5-9 lat

Poniżej okładka – front i tył

Poniżej oscarowa wyklejka oraz strona tytułowa

Poniżej okładka oraz wybrane rozkładówki książki

Poniżej fotosesja z moją kocią modelką Myszą, z którą wspólnie przeczytałyśmy tą książkę w piątkowy wieczór. Na ilustracji nr 1 poznajcie Tosię - kocicę pilnującą starego kina

Fot. Latarnica/ czerwiec 2025

Wpis powstał dzięki współpracy barterowej z Wydawnictwem Bumcykcyk.

Tą oraz poprzednią  książkę o myszce możecie nabyć (również w opcji z autografem Autora) na stronie wydawnictwa:

https://www.bumcykcyk.com


Latarnica poleca [66]

Co zrobić i jak podejść do tematu, gdy ma się napisać o książce, która jest tak niewielka objętościowo, a mimo tego wzbudza tak wiele dobrych emocji?

Są takie opowieści, które od początku chwytają za serce. Nie będę udawać, że gdyby chodziło o książkę o sekretnej piekarni - pewnie nie zwróciła by ona mojej uwagi. Ale to krótkie dodatkowe słowo, że piekarnia jest "kocia" to już czyni z tej książeczki zupełnie inną historię. I chce się ją od razu poznać i zajrzeć co takiego skrywa.

Jak wspomniałam początek był idealny. Dlaczego? Bo oto od pierwszego zdania jasne jest miejsce akcji: Tallinn - stolica Estonii. No i już mnie autorka tym ma! Mamy bowiem kraj nadbałtycki, mamy perspektywy kocie - to mi się podoba i pragnę tylko wiedzieć jak się to wszytsko rozwinie.

W jednym z niedużych, drewnianych domów o kolorze niebieskim mieszkają dwa koty: Wilbur i Pchełka. (wszystko oczywiście widzimy strona po stronie na cudownych ilustracjach). Ale to nie domek z samymi kotami. Mieszka z nimi i ich ludzka obsługa - ot zwyczajna rodzina: Mama, Tata i Helka. I w zasadzie pewnie ich życie toczyłoby swoim utartym torem, gdyby nie postanowiono, że stary piekarnik - zużyty i nieatrakcyjny już wizualnie - należy wysłać na piekarnikową emertyturę i zakupić nowy. I tak w kuchni zachodzi zmiana. Ale zanim wjechał nowy sprzęt koty odkrywają, że za piekarnikiem w ścianie jest fantastyczna tajemnicza dziura. A dziura + koty to idelany duet. Wiadomo! Kot MUSI sprawdzić i zbadać osobiście  takie miejsce - to leży w jego naturze.

Trudno pisać tak, aby jak najmniej zdradzić, bo nie będzie już uroku czytania i zaskoczenia treścią, ale pewnie każdy się domyśli, że koty odkryją coś ciekawego po tej drugiej stronie. Ale poza odkryciem nowych przestrzeni, które w końcu i porządnym kotom się znudzą musi być jeszcze jakiś super pomysł na wykorzystanie nowego terytorium. A że koty nęciły słodkości i ciasteczka to postanowiły rozkręcić biznes i mieć swoją piekarnię.

Wypieki mogą slużyć na własne potrzeby, ale mogą też dawać radość i innym stworzeniom. Koty z estońskiego domu miały wybór. Poszły zdecydownie jedyną słuszną drogą. A jaką? To już sami przeczytacie. Po drodze spotkają stada szczurów słuchające szczurzego rapu i myszy oraz różne gatunki ptaków co to okrychami ciastek nie pogardzą. Staną też na dodze biznesowej kociej konkurencji, a do ich duetu dołączy w domu wielkie kocisko Aksel.

Historia "Sekretnej kociej piekarni" wciąga w odbiorze dzieciaki, zostało to sprawdzone, przetestowane na małej grupie i chcą mieć ją czytaną i to nawet raz za razem. Ja dostrzegłam w książce Heleny Laks atuty, które spodobały się personalnie mnie -  czytelnikowi już dorosłemu i dużo czytającemu. Ale oczywiście nie każdy uzna, że to historia warta pochylenia się nad nią. A ponieważ kocham to do czego serce samoczynnie szybciej bije to w "Kociej piekarni" urzekło mnie kilka rzeczy:

  • miejsce akcji - stolica kraju nadbałtyckiego
  • bohaterowie - zaradne sympatyczne koty o wdzięcznych imionach
  • rozkręcany biznes - piekarnictwo - któż nie lubi rogalików, pączków, ciastek cynamonowych? (popularnym wypiekiem w Estonni jest tzw kringiel czyli drożdżowy wieniec cynamonowy)
  • sympatyczny obraz rodziny razem ze starszym pokoleniem - osobą dziadka który zajmuje się Helką w trakcie jej choroby
  • cudowne ilustracje Reginy Lukk-Toompere - chce się długo wpatrywać w detale rysunków i wsiąka się przez te obrazki w czytaną historię

Poniżej Tallinn - miejsce akcji "Sekretnej kociej piekarni", fot. wikipedia.org

Na koniec chciałabym dodać, że książka została wydana w ramach projektu tłumaczeniowego “Literackie zbliżenia”, dofinansowanego przez Komisję Europejską w programie Kreatywna Europa Kultura.

Reasumując: LATARNICA poleca!

Podstawowe dane książki

Tytuł: „Sekretna kocia piekarnia”

Autor:  Helena Laks

Przekład z estońskiego:  Anna Michalczuk-Podlecki

Ilustracje: Regina Lukk-Toompere

Wydawca: Wydawnictwo EZOP

Wydanie I: Warszawa 2019

Objętość: 48 stron

Oprawa: twarda

Format: 24,5 x 21,6 cm

Poniżej front  i tył okładki

Poniżej przykladowe rozkładówki

Poniżej sesja zdjęciowa z moją kotką Myszką - ogromną miłośniczką ciastek (oczywiście jest to towar w domu zakazany, ale czasami talerzyk z okruszków wyczyści)

Fot. Latarnica / maj 2025


Latarnica poleca [65]

Nie zawsze jest tak, że w cyklu Latarnica poleca pojawiają się książki otrzymane od wydawców i prezentowane tutaj na zasadzie umowy barterowej. Czasami wrzucam tutaj tytuły, które po prostu tak same z siebie do mnie przemówiły treścią lub zauroczyły stroną wizualną.

W przypadku "Jestem dużym tatą" zagrały oba czynniki. Czyli zachwyciła mnie treść oraz przepiękne nadmorskie ilustracje p. Moniki Pollak. Nie będę ukrywać w przypadku zakupu tej książki skusiła mnie latarnia morska na okładce (co sugeruje od razu też  tematykę morską, z akjcą gdzieś na wybrzeżu) oraz to że tytułowy tata udaje kota i ma kocie uszy. Zapowiadało się niezłe zestawienie ulubionych motywów. I nie zawiodłam się!

Naprawdę bardzo lubię literaturę dziecięcą i młodzieżową. Absolutnie nie stronię od takich lektur, ale muszą mieć to coś. Nie jest żadną stratą czasu poświęcić się takim książkom pod warunkiem, że coś wniosą w nasze życie. Mnie opowieść Rafała Witka dała dużo przyjemności.

Główne atuty?

1/ akcja na wyspie Bornholm plus bałtycki rejs promem w obie strony

2/ kocie akcenty na duńskiej wyspie

3/ wciągająca treść

4/ fantastycznie oddana relacja tata/ kilkulenia córka

5/ zachęcająco oddane atrakcje turystyczne wyspy

6/ przepiękna strona wizualna - ilustracje sprawiające że nie tak szybko przekładałam strony (ponizej na fotografiach dowód)

W przypadku tak niedużych objętościowo książek trudno pisać coś o treści, aby nie zdradzać za wiele, ale dla zachęty chciałabym podszepnąć że "Jestem dużym tatą" umożliwia odbycie rejsu promem na Bornholm i z powrotem (bohaterowie płynęli z Kołobrzegu) i  mamy okazję pobyć parę dni na tej bałtyckiej wyspie należącej do Danii.

Ja osobiście podczas czytania miałam uczucie jakbym sama tam odpoczywala i zwiedzała okolicę. Tak się w życiu bohaterów ułożyło, że mama musiała zostać w kraju i pracować w związku z czym ten wypad należał tylko do Taty i Małej (autor nie podaje imienia dziewczynki). Autor fantastycznie opisuje relację międzypokoleniową oraz atuty takiego wyjazdu z punktu widzenia osoby doroslej a także kilkuletniej. Każdy dostrzega na miejscu coś innego i inne aspekty tego wyjazdu ich zachwycają. Książka ma dużo ilustracji, mniej tekstu ale jest go na tyle sporo że możan mowić o mini powiesci bowiem akcja zamyka się w 13 rozdziałach.

Osobiście na Bornholmie nie byłam. Choć chciałabym tam popłynąć. mam jednak dośwoaczenie z rejsów po Bałtyku i wiem jak wyglądają kraje skandynawskie i jakie bywa ich wybrzeże i wysepki. Bornholm to ciekawy wybór jako atrakcja turystyczna. Na miejscu można zwiezdać wyspę autokarem a przy pobytach kilkudniowych czy dłuższych sprawdzają się rowery, które czekają już na turystów zaraz po zejściu z pokładu promu.

Kiedyś planując rejs na tą wyspę (niestetey nie doszedł do skutku, a miałam płynąć z Darłówka) od razu szukałam informacji czy są tam latarnie morskie. I oczywiście, że je mają, bo to w końcu wyspa i oznakowania nawigacyjne w postaci świateł są bardzo ważne. Tym bardziej warto udać się w taki rejs, który doświadczyli bohaterowie tej sympatycznej opowieści. W spisie latarni znalazłam 10 takich obiektow. Nie wszytskie są już dziś czynne, ale do fotografowana doskonałe. Na wyspie jest np. imponująca latarnia Dueodde  (południowy krańniec Bornholmu ) - to najwyższa latarnia morska w Danii. Jej wysokość wynosi 48 m i aby się wspiąć na górny taras trzeba pokonać aż 196 schodów. Latarnia jest nowoczesna, bo została zbudowana w latach 60-tych XX wieku, a w 70-tych w pełni zautomatyzowana. Poniżej zdjęcie tej latarni z wikipedia.org

Rafał Witek jest Autorem ponad 40 książek dla dzieci. Zdobył też ważne nagrody  m.in. Konkursu Literackiego im. Astrod Lindgren czy Nagrodę Literacką im. Kornela Makuszynskiego. Jeśli akurat jesteście na etapie czytania książek z dziećmi lub są już one samodzielnie czytające myślę, że warto podsunać im książki tego Autora.

Wydawca zaleca "Jestem dużym tatą" dla dzieci w wieku 6+ i przyrownuje ją swoją kameralnością i klimatem do słynnych i lubianych "Dzieci z Bullerbyn". Nie może być lepszej rekomendacji.

Poniżej wyspa Bornholm - miejsce akcji książki oraz jej położenie względem naszego wybrzeża - Google Maps

Zdecydowanie: LATARNICA poleca!

Podstawowe dane książki

Tytuł: „Jestem dużym tatą, ale czasami udaję kota”

Autor:  Rafał Witek

Ilustracje: Monika Pollak

Wydawca: Wydawnictwo Literatura

Wydanie I: Łódź 2021

Objętość: 96 stron

Oprawa: twarda

Format: 17 x 22,5 cm

Poniżej front  i tył okładki

Poniżej wewnętrzna wyklejka i spis treści:

Poniżej przykladowe rozkładówki:

Oczywiście książka była czytana i przeżywana z Myszką


Latarnica poleca [64]

[…] To Shinjuku, znikają tu i ludzie , i koty.

Długo zastanawiałam się od czego powinnam zacząć, aby w najprostszy, ale zarazem najszczerszy sposób przekazać wam, jakie emocje wzbudziła i jakie struny duszy poruszyła we mnie powieść Duriana Sukegawy „Koty z Shinjuku”. Może zacznę zupełnie nietypowo, ale ta książka, również nie jest czymś pisanym według określonego, znanego schematu i nie daje się łatwo zaszufladkować.

Aby wejść w klimat opowieści Sukegawy i się w niej wygodnie rozsiąść trzeba zrozumieć cztery  pojęcia.

Po pierwsze Shinjuku. To jedna z dzielnic Tokio - stolicy Japonii. Czym się charakteryzuje? Popularnie, gdy o niej mówimy myślimy o dużej dzielnicy rozrywkowej, biznesowej i handlowej skupionej wokół stacji o tej samej nazwie. Jest to dzielnica kontrastów. Z jednej strony nowoczesne biurowce i centra handlowe, z drugiej skupisko starych domów, w których umieszczono gastronomię i sklepiki. 

Po drugie izakaya.  Tym określeniem można nazwać coś na kształt japońskiego pubu, gdzie serwuje się zarówno alkohole jak i dość proste dania, w tym także z grilla. Często poza stolikami mają one tzw. miejsca przy barze i są nieznacznych rozmiarów.

Po trzecie Koto-lotek. To już określenie powstałe na potrzeby tej konkretnej książki, ale istotne bo od tej nieoficjalnej gry popularnej wśród bywalców jednego z miejscowych pubów wszystko się zaczyna. Hazardowa zabawa polega na bstawianiu i wytypowaniu imienia kota, który jako pierwszy objawi się klientom siedzącym przy długim barze w małym okienku widocznym naprzeciwko nich.  

I po czwarte mapa rodzinna kotów. To również pojęcie powstałe na potrzeby tej konkretnej historii. Jest to kartka papieru przywieszona do lodówki w pubie o nazwie „Karinka” w dzielnicy Shinjuku. Ukazuje i opisuje 17 kotów kręcących się wokół lokalu i pojawiających się na jego tyłach. Teren ten jest widoczny z baru przez małe okienko, a koty często zatrzymują się w nim i patrzą na pijących wewnątrz klientów. 17 kotów - 17 imion i charakterów spośród których można typować i obstawiać, by brać udział w Koto-lotku.

I te cztery słowa są niejako klamrą spinającą tą opowieść, która zaczyna się od przypadkowego przyjścia bohatera do jednej tokijskiej izakayi. Nie planował tam wejść, nie znał tego lokalu, ale znał inne analogiczne puby i często do nich zaglądał po pracy, aby odreagować stresy dnia codziennego. A rzeczywiście miał powody by szukać ukojenia, bowiem praca mocno dawała mu się we taki ze względu na osobę szefa i konkurencję oraz dociskanie wydajności i efektywności do maksimum.

W „Kotach z Shinjuku” śledzimy pewien etap zawodowy chłopaka, który marzył o pracy w mediach - radiu, czy też telewizji, chciał tworzyć i pisać dobre scenariusze. Nazywa się Yamazaki Seita choć bywalcy pubu „Karinka” będą się do niego zwracać skrótowo po prostu Yama. Jednak życie nie układa się  mu według marzeń. Ma kiepskie dorywcze zajęcia by cokolwiek zarobić, wynajmuje nieciekawą klitkę u japońskiej rodziny, a procesy rekrutacyjne do prac, z którymi chciałby związać życie odrzucają go już na etapie składania papierów, bowiem Yama jest daltonistą, a firmy medialne zaznaczają, że osoby z tą wadą wzroku nie mają czego u nich szukać. 

Tak się jednak składa, że na jego drodze pojawi się Kazuki Nagasawa znany twórca scenariuszy filmowych i radiowych mający swą własną agencję. Podczas rozmowy przy alkoholu w Karince czuje jakiś drzemiący potencjał i daje chłopakowi szanse zatrudniając go. Ma odtąd planować programy TV z wyprzedzeniam, robić dla nich tzw research i opracowywać bieżące informacje.

Można by powiedzieć, że dla Yamy to jak wygrana życiowa, ale w praktyce okazuje się, że jest wyrobnikiem pracującym ponad swoje siły 7 dni w tygodniu będąc do dyspozycji szefa 24 godziny na dobę. I zadania, które stara się dobrze realizować wcale mu nie wychodzą. A konkurencja w firmie jest ogromna i oczekiwania szefa jeszcze większe, bo liczy się tylko oglądalność i sukces.

Durian Sukegawa w przejmujący sposób ukazuje atmosferę pracy w dużej medialnej agencji w której trwa nie tylko wyścig szczurów, ale co najgorsze szef stosuje mobbing i ucieka się do przemocy wśród pracowników, nie rzadko używając agresji w postaci szturchania czy ich bicia.

Równowagą dla problemów w pracy i nieustannych porażek - bo jak wykrzyczał mu zwiedziony szef w twarz: z 50 napisanych pytań do popularnego teleturnieju wybrano tylko jedno a 49 odrzucono i wyrzucono do kosza -  stało się spotkanie z Yumą - dziewczyną pracującą za barem w Karince jak i obsługującą grill i serwującą potrawy. To dzięki niej poznał bliżej sylwetki kotów z zaplecza lokalu i nawiązał znajomości z ekscentrycznymi  stałymi bywalcami przyłączając się do zabawy w Koto-lotka. Dzięki stałym Klientom dowiedział się, że to Yume stworzyła i narysowała rodziną mapę kotów i dokarmia je regularnie.

Przypadkowe wejście do „Karinki” stało się z czasem stałym rytuałem  i bohater odwiedzał ten pub kiedy tylko mógł. Yume odkryła przez nim nowy nieznany świat - świat bezdomnych kotów z Shinjuku, który dla niej był bardzo ważny, bo ceniła ich towarzystwo bardziej od ludzkiego. Jak sama się zwierzała:

[…] Miałam kilku kolegów, przed którymi mogłam się otworzyć, ale większości ludzi nie ufałam, dlatego nawet teraz nie potrafię rozmawiać i nie bardzo wiem, na czym polega „normalność”. Lepiej czuję się w towarzystwie kotów niż ludzi.

Oczywiście w całej tej historii z czasem więź między Yamazakim, a Yume znacznie się zacieśni. Doświadczą pięknych chwil i odkryję się dla siebie nawzajem obnażając swoją przeszłość, obawy, bolączki codzienności, traumy, ułomności ciała.

Powieść Sukegawy bardzo mnie zaskoczyła na poziomie głębokiego wejścia w analizy trudnych tematów - mniej popularnych w literaturze. Aby nie zdradzać treści powiem tylko, że na kartach powieści zmierzymy się z alkoholizmem, depresją, samobójstwem, próbą morderstwa, złym i ciężkim losem bezpańskich zwierząt, mobbingiem, byciem transwestytą w uporządkowanym świecie bankowości, przemocą, molestowaniem seksualnym, dojrzewaniem w sierocińcu… Dużo tego i naprawdę mocno daje to po psychice Czytelnika. Zdecydowanie spodziewałam się lżejszej lektury, a dostałam tzw. ciężki kaliber. Ale nie piszę tego w kontekście krytycznym. Tak jak dla chłopaka Yume pokazała mu nowy nieznany śwat, tak i mnie się oczy otworzyły na aktualne problemy życia we współczesnym Tokio. Oczywiście wiele z tych problemów jest ponad narodami i płciami. Wszyscy mniej lub bardziej się o nie ocieramy lub w nie wchodzimy.

I choć patrząc na te trudne doświadczenia bohaterów można by się bardzo zdołować Autor pilnuje by ostatecznie ponad całą tą historię na wierzchu zostało podstawowe przesłanie, które próbuje nam wpoić. Podporządkowane korporacyjne życie Yamy było pracą wykonywaną dla mas, anonimowego widza i statystyk oglądalności. Czyli tak naprawdę dla nikogo. Yume starała się obudzić w chłopaku to co zawsze w nim było czyli że pisząc choćby scenariusze ma się skupić na jednostce, Nigdy nie dogodzimy wszystkim… Porusza też w nim jego poetycką cząstkę duszy, którą dawno temu uśpił, przez co w powieści mamy możliwość przeczytania również kilka pięknych wierszy o kotach.

Historia kończy się kilkadziesiąt lat później kiedy to Yamazaki i Yume mają szansę ponownie się spotkać i spojrzeć na to co chcieli zrobić ze swoim życiem, a co ostatecznie zrobili. To przepiękny mądry finał, w którym kluczową rolę odegra ręcznie przepisywany tomik wierszy pt „Koty z Shinjuku”. Idealnie podsumowuje to kilkukrotnie powtarzane przez bohatera zdanie w ostatnim rozdziale, które specjalnie powraca, aby podkreślić wagę tego stwierdzenia:

 „Czasami przyszłość umyka wszelkim wyobrażeniom”

Ostatnio dość intensywnie wkręciłam się w czytanie współczesnej prozy japońskiej i koreańskiej i jestem tymi światami zachwycona. Te książki są inne, od razu się czuje, że powstały w kulturach wschodnich. Do tego bardzo często istotą rolę odgrywają w nich koty, które dla ludzi wschodu są ważne i bardzo przez nich wielbione. To tylko każde mi dalej poszukiwać interesujących nowych tytułów i autorów z tego kręgu kulturowego.

 A co do „Kotów z Shinjuku” to zdecydowanie: LATARNICA poleca!

Podstawowe dane książki

Tytuł: „Koty z Shinjuku"

Autor:  Durian Sukegawa

Przekład:  Małgorzata Samela

Ilustracja kotów: Anna Brzezina

Wydawca: Wydawnictwo Yumeka

Wydanie I: Katowice 2025

Objętość: 204 strony

Oprawa: miękka ze skrzydełkami, okładka z lakierem wybiórczym

Poniżej front  i tył okładki

Poniżej wewnętrzna tylna okładka z mapę rodziny kotów oraz przykladowe rozkładówki

Poniżej sesja zdjęciowa z moją domową kocicą Myszką - wierną czytelniczką - bez niej nie czytałabym tyle ile czytam bo towarzystwo kota do dobrej książki to idealne dopełnienie

Recenzja powstała dzięki współpracy barterowej z Wydawnictwem Yumeka - serdecznie dziękuję za egzemplarz książki!

 


Latarnica poleca [63]

Ze zbiorami opowiadań mam problem. Od zawsze. Choć bardzo je lubię (a nie każdy miłośnik książek lubi sięgać po tą formę) zazwyczaj ostatecznie sprawiały mi zawód. Dlaczego? Statystycznie rzecz ujmując najczęściej zawierały kilka świetnych tekstów, parę średnich no i kilka takich, które całkowicie zabijały ich ostateczną ocenę. Po każdej takiej lekturze byłam zła na te słabiutkie historie, które zapadały w pamięć najdobitniej i tak naprawdę nigdy nie powinny się znaleźć w druku. Nie wiem czy w przypadku zbioru jednego autora - pisarze czasami na siłę dopisują kilka opowiadań na zlecenie wydawcy by objętość gotowej książki była obszerniejsza bądź spełniała wymogi jakiejś serii - tak czy inaczej podchodzę do takich wydawnictw naprawdę ostrożnie.

Kiedy zobaczyłam w sieci zapowiedź antologii opowiadań polskich autorów o kotach w głowie miałam tylko jedno! „Tak! Tak” Wspaniale. To kiedy premiera?” Ale za chwilę przyszło otrzeźwienie czytelnicze. Rety! Temat, który kocham i wielbię w literaturze, a który zapewne paru zaproszonych pisarzy totalnie położy i nie wyczuje klimatu. Czy wszyscy zebrani to kociarze? Czy mają pojęcie o tych zwierzakach? Dzielą z nimi pisarską codzienność? A jeśli nie, co z tego wyniknie dla książki o idei samej z siebie bardzo słusznej i pożądanej na rynku wydawniczym. Nie miałam okazji dotrzeć na specjalne spotkanie poświęcone temu wydawnictwu na Poznańskich Targach Książki w marcu tego roku. Z jednej strony żałuję, z drugiej i tak byłabym dopiero przed lekturą i niewiele wiedziała o tym co zawiera.

Od razu się przyznam. Przelatując szybko wzrokiem po nazwiskach autorów zaprezentowanych na okładce znałam i kojarzyłam tylko jedno - Katarzyny Bereniki Miszczuk.  A jak wyszło po przeczytaniu notki o tej pisarce - kojarzyłam osobę, która jest współzałożycielką Wydawnictwa Mięta - dzięki któremu trzymam teraz ten koci zbiór w rękach.

Kiedy rozpakowałam paczkę od Wydawcy lekko się przeraziłam objętością książki. Prawie 400 stron - kiedy ja to przeczytam? Nie wspominając czasie potrzebnym do ułożeniu sobie w głowie opinii, a potem przelaniu wszystkiego na słowa. A jednak 11 opowiadań i 396 stron zabrało mi z życia tylko 3 świetnie spożytkowane kwietniowe wieczory. Wędrowałam od jednej historii do drugiej i jakoś tak trudno było się powstrzymać i odłożyć książkę na półkę. Może też dlatego, że zebrani pisarze są reprezentantami przeróżnych gatunków literackich, mają odmienne doświadczenia zawodowe, inne ścieżki życiowe co ostatecznie zaowocowało totalnie nieporównywalnymi do siebie opowieściami o naszych kociskach. Poczytamy typową obyczajówkę, romans, fantasy, kryminał czy horror. A w każdej odsłonie mamy inne oblicze kota i inne role jakie mogę pełnić w życiu człowieka.

Wiadomo, że przy tego typu wydawnictwach nie ma co mówić - nawet ogólnikowo - o treści, bo zdradzi się zbyt wiele. Ale nie będę spoilerować jeśli napiszę, że oto mamy na rodzimym rynku bardzo udaną antologię tematyczną, której głównym motywem są koty. Brzmi cudownie dla kociarzy? I tak naprawdę jest!

Wychodząc z założenia, że kilka story będzie słabszych robiłam sobie krótkie notatki o każdym opowiadaniu i nadawałam mu już po przeczytaniu ocenę. Jakie było moje zdziwienie - gdy już po dotarciu do końca ostatniego 11-tego opowiadania spojrzałam na moje oceny (w skali od 1-5 gdzie 5 to najwyższa nota) i nie znalazłam ani jednego poniżej solidnej noty 4+. [!] Ewenement? Na to wygląda i wyjątek od reguły! Już nie mogę narzekać na zbiory opowiadań i wrzucać je do jednego worka.

Bardzo podoba mi się, że zawarte w „Kiciusiach, kotach, sierściuchach” teksty są tak różne, a ich motyw główny - czyli KOT - potraktowany na różnych poziomach gatunkowych. Poznawałam te historie mierząc się z silnymi emocjami. Bo wywołują one cały ich wachlarz. Był strach, rozpacz, zdenerwowanie, smutek i przyjemne ciepło rozlewające się po duszy. Nawet broniłam i łezkę przejmując się losem dwóch bohaterów. Bo koty dają nam tak wiele dobrego, a my ludzie bywamy potworami i często obchodzimy się z nimi paskudnie. Nie we wszystkich opowiadaniach koty są traktowane dobrze i godnie. Ale każda historia wciąga od pierwszej stron.

Oczywiście mam swoich faworytów. To te przy których zapisałam bez wahania notę 5. I na 11 tekstów dostało ją 7 kocich opowieści. Zaproszeni pisarze wspaniale wywiązali się z tego trudnego tematycznie zadania. Bo koty to cały złożony wszechświat i zwierzęta wciąż nie do końca oswojone i zależne od ludzi. Można by o nich tomiska pisać i nigdy do końca nie odkryć wszystkich kart. Ale to zwierzaki doskonałe, piękne same z siebie, a kiedy już nam zaufają powinniśmy czuć się najbardziej docenionymi  i wyróżnionymi istotami na ziemi.

Futrzani bohaterowie antologii „Kiciusie, koty...” to zwierzęta dzielące z nami mieszkania i domy, ale też dzikie istoty z tajemniczych światów. Jedni je kochają, a drudzy nienawidzą czy zupełnie nie rozumieją ten kotomannii jaka opanowała współczesny świat i internet. Ale nie oszukujmy się, to one rządzą mediami społecznościowymi, to ich historie często wyciskają łzy i pozwalają w dobroczynnych zbiórkach osiągnąć ogromne sumy na ich ratowanie, ale to również i one traktują nas jak osobistą służbę i nie mają z tym żadnego problemu.

Koty opanowały współczesny świat. Potrafią sprzedać niemal wszystko, zachwycają swym majestatem i tajemniczością. Nie mają wypisanych uczuć na pyszczkach. Wiem coś o tym, bo sama dzielę życie z kotką adoptowaną ze schroniska i to ona towarzyszyła mi całej lekturze „Kiciusiów, kotów, sierściuchów’. To mój drugi kot. Poprzedni również był adopciakiem po przejściach. I nadal czuję ze wiele mam jeszcze do odkrycia o tym gatunku.

Czy zachęcałabym do przeczytania tego zbioru Wydawnictwa Mięta? Kociarzy namawiać nie trzeba, równie mocno jak koty większość z nich kocha książki, więc ten tytuł jest obowiązkowym w ich biblioteczkach. A każdy inny Czytelnik i miłośnik książek? Według mnie te teksty się obronią i spodobają, bo to kawał dobrego pisarstwa. Jeśli ktoś lubi opowiadania powinien sięgnąć i po nie, a może odkryje nawet w nich dla siebie koty, które nie wzbudzały dotąd żadnych emocji.

Na koniec muszę dorzucić jeszcze mój zachwyt warstwą edytorską. Tom jest przepięknie wydany - sztywna oprawa, tłoczenia, przepiękna okładka ze świetnie uchwyconymi mruczkami robi swoje! Aż chce się przesuwać po papierze dłońmi. Do tego każde opowiadanie zaczyna się indywidualną ilustracją z kotem. Sama przyjemność oglądania i brawa dla ilustratorki. Wydawca do tego zachwytu dorzucił jeszcze niespodziankę w przesyłce egzemplarza recenzenckiego, bowiem w książce znalazłam zakładkę i naklejkę, a sam tom był opasany sznurkiem z słodką zawieszką z kotem. Bardzo mnie to szarpnęło za serducho jako kociarę.

Reasumując LATARNICA poleca!

Podstawowe dane książki

Tytuł: „Kiciusie, koty, sierściuchy” - antologia

Autor: różni autorzy: Tomasz Betcher, Karolina Głogowska, Magdalena Kruszewska, S.J. Lorenc, Ewa Małecki, Katarzyna Berenika Miszczuk, Joan Neumann, Aga Sana, Wojciech Wojnicz, Marek Zychla, Izabela Żukowska

Ilustracje: Marta Róża Żak

Wydawca: Wydawnictwo Mięta

Wydanie I: Warszawa 2025

Objętość: 396 stron

Oprawa: twarda, szyta, z tłoczonymi napisami

Poniżej front  i tył okładki, wyklejka z kocimi łapkami oraz spis treści

 

Poniżej wybrane strony książki i przepiękne ilustracje otwierające kolejne opowiadania

Poniżej moja ulubiona modelka i towarzyszka wszystkich lektur – kotka Mysza i jej chwile z "Kiciusmiami, kotami, sierściuchami

Recenzja powstała dzięki współpracy barterowej z Wydawnictwem Mięta

Tak wspaniale wyglądała przesyłka z antologią, która do mnie dotarła i zaskoczyla miłymi kocimi dodatkami


Latarnica poleca [62]

Dla kociarzy była to zapewne najbardziej oczekiwana premiera wiosny tego roku. Odkąd w mediach społecznościowych na kilka tygodni wcześniej zaczęły pokazywać się reklamy z przyciągającym uwagi zdjęciem czarno-białego kotka na uroczym i stonowanym miętowe tle z dopiskiem Zaleca się kota nikt z miłośników tych zwierząt nie przeszedł wobec tej informacji obojętnie. Ja od razu zapisałam sobie w kalendarzu datę premiery i dosłownie odliczałam dni. Niestety czasami bywa tak, że jak na coś bardzo czekamy i z góry zakładamy, że będzie to produkt najwyższej klasy może przyjść wielkie rozczarowanie. Z ogromnymi obawami sięgnęłam po książkę z piękną okładką, z której patrzyły na mnie dwa urocze kocie pyszczki. Nie chciałam rozczarowania, chciałam idealnej lektury dla miłośnika kotów, takiej która niesie ciepło, nadzieję i jest po prostu fantastyczną i wciągającą historią. 

Co dostałam w zamian?

Wydawca absolutnie miał rację wrzucając na rodzimy rynek tą książkę. Będąc już bestsellerem w Japonii, gdzie jak wiadomo koty darzy się szczególnym uczuciem i czułością, w Polsce również musiała się sprawdzić i trafić prosto w serce każdego kto dzieli swoje życie prywatne czy zawodowe z tymi niezwykłymi zwierzętami. 

Jak z każdą nową książką, pierwsze kilkanaście czy kilkadziesiąt stron to czas poznawania się, wyczucia stylu, klimatu, rozpoznania terenu, po którym będziemy się z bohaterami poruszać czy gatunku literackiego. Mnie to rozglądanie się po nieznanej okolicy zajęło zapewne ponad 20 stron pierwszego rozdziału, ale potem już poczułam o co w tym chodzi i w jakie zakamarki ludzkiego i kociego życia chce nas poprowadzić autorka.  No i wpadłam po uszy w jej opowieść! 

Zaleca się kota” tworzy 5 różnych (choć nie tak do końca) historii. Akcja rozgrywa się w Kioto i kluczowym jej elementem jest niepozorny budynek w ciemnym zaułku, gdzie na piętrze trafia się prosto pod drzwi pewnej klinki, o której przekazują sobie informacje ludzie tzw marketingiem szeptanym. Czasami przypomina to zabawę w głuchy telefon, informacje są ciut modyfikowane i zmieniane, ale kto chce i naprawdę tego potrzebuje trafi pod te właściwe drzwi, a one się dla niego otworzą. 

Czym jest klinika Kokoro? To takie jakby połączenie gabinetu psychologiczno-psychiatrycznego. Ale jeśli ktoś myśli, że polega to na wielokrotnym powracaniu pacjentów i długich rozmowach czy sesjach z lekarzem to bardzo się myli. Wizyty tam są bardzo krótkie i odbywają się niemal w pośpiechu. Trafiają do niej ludzie z problemami, tacy którzy już wcześniej przeszli przez wiele innych terapii i całą gamę leków zaleconych przez lekarzy psychiatrów. Jednak nadal borykali się z codziennością i nie radzili problemami w życiu. Toteż są bardzo zaskoczeni, gdy zostają postawieni przed aktem jedynej słusznej metody stosowanej w Kokoro. Na wszystkie bolączki tego świata wypisuje się tam receptę na kota. Koty dobierane są pod pacjenta i jego bolączki i w zależności od sytuacji wydawane są na czas określony od kilku do kilkunastu dni. "Klient" wychodzi z budynku z transporterkiem z kotem i dużą papierową torbą z tzw. zestawem startowym (kuweta, żwirek, miseczki, karma).

Aż sama poczułam zaskoczenie, gdy pierwszy pacjent dostał kota w celach terapeutycznych. Zastanowiłam się jak ja sama bym się czuła nie mając dotąd zwierzaka, nie znając kotów, a tu nagle takie zalecenie z góry od lekarza. Uwierzcie, prawie wszyscy bohaterowie 5 uroczych  historii są totalnie zszokowani takim obrotem sprawy. A mamy tu naprawdę różne postacie z różnych środowisk i zupełnie inne życiowe perypetie. 

W „Zaleca się kota” Sho Ishida przedstawia nam młodego pracownika ogromnego biura maklerskiego, w którego w pracy stosuje się mobbing, mamy też kierownika call-center, który nie radzi sobie z nową podesłaną i narzuconą odgórnie przełożoną; w trzeciej historii bohaterką jest córka, która jako nieletnia trafia do Kokoro wraz z matką, bowiem w jej szkole utworzyły się dwie frakcje w klasie i trzeba przynależeć do jednej z nich, co budzi w niej rozterki, bo nie identyfikuje się z żadną grupą. Czwarta opowieść pokazuje nam życie ambitnej pani projektant, która tworzy ekskluzywną galanterię - głównie torebki - by po jej historii przejść do ostatniej bohaterki - tradycyjnej japońskiej gejszy, która nie ma własnego dom, ale pracuje i żyje w tzw. domu gejsz kształcącym przyszłe adeptki tego zawodu.

Jak widać zupełnie inne środowiska, inne problemy, inne oczekiwania życiowe. Ale wszystkich połączy fakt, że w ich życie wkroczą koty. Koty jako lek na wszystko, koty jako stabilizator emocji, terapeuci, wywoływacze uśmiechu i panaceum na bezsenne noce i niechęć zmierzenia się z każdym kolejnym dniem.

Jestem ogromnie zaskoczona uniwersalnością tej powieści i jej ciepłem. Jest w tej książce tyle dobrych emocji pojawiających się w życiu bohaterów od chwili, gdy wracają z transporterkim z kotem do swoich domów. Oczywiście to wszystko nie działa tak prosto jak pstryknięcie włącznika światła, ale jednak obecność stworzenia tak cudownego jak kot sprawia, że zaczynają zupełnie inaczej patrzeć na rzeczywistość i odradzają się w nich dawno zapomniane uczucia i emocje. Bywa, że po długich miesiącach po raz pierwszy zaczynają się uśmiechać, odczuwać nad czymś zachwyt i mają poczucie odpowiedzialności za drugą, słabszą istotę. Koty leczą nie tylko tych ludzi, ale uzdrawiają atmosferę w ich rodzinach, miejscach pracy - w zasadzie tak jak ja to na co dzień obserwuję wśród znajomych. Jakże to często obecność czworonożnego przyjaciela zmienia na lepsze wszystko.

Autorka (rocznik 1975) jest zdecydowanie miłośniczką tych zwierząt i doskonałą ich obserwatorką. Ogromnie mnie rozczulały te strony, na których były opisywane pierwsze wspólne chwile kotów z ludźmi, których miały leczyć. Jakże wiele tam trafnych obserwacji, najdrobniejszych gestów, mowy kociego ciała. Jak się to czyta czuje się miękkie futro pod dłonią, słychać delikatne mruczenie, bije w nas ciepło ich ciała, oczami wyobraźni zachwycamy się doskonałością proporcji budowy, jego zwinnością, cichym stąpaniem po naszej codzienności na cudownych słodkich kocich łapkach (tak bardzo, że będą zawodową inspiracją pani projektant z 4 rozdziału). Takie drobne spostrzeżenia i oczywistości cieszyły moje czytelnicze oczy jak nigdy:

[...] "Z jednej strony przyciąga uwagę, z drugiej jest cichutka... Takie chyba właśnie są koty" - pomyślał Shuta. (rozdz. 1, str 23)

[...] - To właśnie działanie kotów. To uczucie, że nie chce się wypuszczać z rąk ich ciepła, zostaje w sercu na zawsze. (rozdz. 4, str 212)

Mam wrażenie, że „Zaleca się kota” może u Czytelników na całym świecie spełnić dwojakie zadanie (a nie przesadzam, bo prawa do publikacji sprzedano do 30 krajów!). Z jednej strony po książkę sięgnie każdy kociarz, bo on już wie, że wobec zła tego świata najlepiej maszerować ramę w ramię z kotem, że jego obecność czyni naprawdę cuda. Z drugiej strony ja kupowałabym tą książkę jeszcze „niezakoconym” osobom, a borykającym się z różnymi bolączkami ducha czy ciała wierząc, że może odkryją w swoim sercu te magiczne drzwi i dopuszczą do siebie myśl, po prostu zaryzykować i adoptować kota.

Ogromnym atutem jest też pozytywne przedstawienie zawodu weterynarza (ważnym elementem tej historii jest klinika dla zwierząt starszego już pana o ogromnym doświadczeniu) oraz informacje o prokocich organizacjach i schroniskach, gdzie można znaleźć przyjaciela na całe życie. Sho Ishida zastosowała również w swojej powieści zabieg, który bardzo lubię w książkach - mianowicie, że w niepołączonych pozornie ze sobą historiach bohaterowie się gdzieś ze sobą na dalszym planie spotykają, mijają, wchodzą w większe i mniejsze interakcje. Mała podpowiedź, zwróćcie uwagę na imiona bohaterów i kotów, pod koniec książki wszystko zacznie się wam pięknie jak w prawie gotowych puzzlach układać w jeden klarowny obraz. Naprawdę finał zrobił na mnie wrażenie, a poza tym dwa wieczory spędzone z tą książką uważam za jedne z najlepszych od tygodni.

Zaleca się kota” otoczyło mnie jak mięciutki koc i i rozgrzało jak gorąca herbata, a na dodatek ja już miałam podczas całej tej lektury moją własną kocią terapeutkę na kolanach. W ogóle nie mam wątpliwości, że tak po prostu, po ludzku jednym z najważniejszych zaleceń życia jest to proste stwierdzenie: ZALECA SIĘ KOTA.

Na koniec optymistyczna wiadomość dla tych, którzy są już po lekturze i wciąż pozostają z błogim uśmiechem na twarzy. Jest już kontynuacja tej powieści, a na polski rynku wyda ją to samo wydawnictwo Marginesy. Już nie mogę się doczekać.

Reasumując: LATARNICA poleca!

Podstawowe dane książki

Tytuł: „Zaleca się kota

Autor: Sho Ishida

Ilustracje: Arisa Shimoda

Wydawca: Wydawnictwo Marginesy

Wydanie I: Warszawa 2025

Objętość: 260 stron

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Poniżej front  i tył okładki

Poniżej wybrane strony książki

Poniżej moja ulubiona terapeutka i lek na wszytsko - kotka Mysza i jej chwile z "Zaleca się kota"

Recenzja powstała dzięki współpracy barterowej z Wydawnictwem Marginesy

Tak wyglądała tajemnicza przesyłka, która do mnie dotarła a w niej cudowny zestaw recenzencki


Privacy Preference Center