Tak się jakoś złożyło, że w sierpniu zaczęłam czytać pokaźne tomiszcze na temat historii kurortu Sopot. I zaczynając tą lekturę nie przypuszczałam, że już w I połowie września odwiedzę to niezwykłe miasto.

A Sopot znam od lat 70-tych XX wieku odkąd przez kilka lat z rzędu rok w rok bywałam w Trójmieście na wakacjach z dziadkami. Nocowaliśmy w Gdańsku lub Gdyni lecz punktem obowiązkowym było kilka wizyt w Sopocie.

Już wtedy to miasto wydawało mi się takie niepolskie – ze względu na swój odmienny charakter i otwarcie na świat oraz wrażenie pobytu w luksusowym europejskim kurorcie.

Kiedy wiedziałam już, że ze względu na wrześniowe uroczystości rozewskie będę na nich obecna postanowiła podczas krótkiego 2-dniowego pobytu na wybrzeżu koniecznie odwiedzić Sopot. Byłam w nim ostatnio dobrych parę lat temu. Może 5 a może i 7. Zapomniałam już wiele detali, chciałam zobaczyć co się zmieniło.

Niestety pogoda w piątek 9 września nie dopisała. Po wyjściu z popularnej SKM-ki na stacji Sopot zaczęło padać i cały dzień był już taki przeplatany mżawką, deszczem lub nisko wiszącymi ciemnymi chmurami. Ani promyka słońca.

Koniecznie chciałam podejść pod latarnię morską (wieża zakładu leczniczego ze światłem), a potem ze względu na aurę udaliśmy się pieszo w kierunku Gdyni promenadą lub plażą – w zależności co narzucała nam droga.

Dziś chciałabym fotograficznie pozostać tylko w Sopocie. Poniżej trochę zdjęć pstrykniętych mimo niesprzyjającej pogodzie. Samej latarni poświęcę osobną galerię. Dziś pojawi się z dalszej perspektywy.

Fot. Latarnica / wrzesień 202