Zaczynam dziś nowy cykl blogowy. W zasadzie zabierałam się do niego od czasu ukazania się recenzji z cyklu Latarnica poleca (odc. 37) w lutym br. Do pomysłu wrzucania od czasu do czasu takich osobistych, subiektywnych myśli na temat moich magicznych miejsc skłoniła mnie lektura bardzo przyjemnego Przewodnika osobistego – wielbiciela latarń – Tomka Stochmala. O jego książce możecie przeczytać tutaj:

A zainspirowanych moim tekstem zachęcałabym również do kupna tej książki (raz i innych tego autora) i zbierania – choćby tylko w głowie – swoich własnych ukochanych miejsc w Polsce i na świecie.

Założyłam, że z mojej strony nie będą to rozwlekłe, bogato ilustrowane wpisy. Forma książki drukowanej Tomka tego zdecydowanie wymaga. Ale blog autorski rządzi się swoimi prawami. Będą to raczej „zajawki” inspirujące do własnych poszukiwań.

Dlatego chciałabym wzbogacać je maksymalnie 1-3 zdjęciami i nie wypisywać obszernie historii tych miejsc. Kogo zainteresują w przestrzeni internetu lub bibliotek znajdzie wszystko co potrzebne. Ot, po prostu moje krótkie myśli, odczucia, doświadczenia w skojarzeniu z konkretnym miejscem czy obiektem.

Wrzucane tu magiczne miejsca będą prezentowane bez żadnego klucza czyli ich kolejność nie ma najmniejszego znaczenia. Znaczenie jest jedno – są dla mnie na swój sposób wyjątkowe.

To tyle tytułem wprowadzenia. Najwyższa pora na pierwsze miejsce z konkretnym obiektem.

Miejsce: ŚWINOUJŚCIE

Obiekt: Stawa Młyny zwana popularnie i potocznie „wiatrakiem”

Fot. Tomasz Lerczak / styczeń 2004

Stawa Młyny – bardzo popularny znak nawigacyjny, figurujący na wielu przedmiotach, oznakowaniach i publikacjach związanych z tym miastem. Dla mnie jest jak wspomnienie najlepszych wakacji i ma posmak dzieciństwa.

Przez kilkanaście lat Świnoujście było dla mnie drugim najbardziej schodzonym miastem poza rodzinnym Poznaniem. Od wieku przedszkolnego do lat szkoły średniej niemal co roku letnie wakacje spędzałam właśnie tam. Mieszkałam w jednym domów wczasowych usytuowanych przy samej promenadzie nadmorskiej i przy wtedy tzw. głównym wejściu na plażę z króciutkim molo.

Stawa Młyny były celem codziennych pieszych wycieczek czy to lasem czy plażą (najczęściej jednak plażą) a jednocześnie były takim ogranicznikiem i metą wędrówek, bowiem za nimi był już tylko kanał portowy z wpadającą do morza Świną. Sam wiatrak bardzo mnie zawsze interesował od środka i nigdy nie udało się tam zajrzeć. Wiele lat później, dopiero w dobie internetu, odkryłam zdjęcia z tym co kryją jego mury.

Ileż to godzin siedzenia na falochronie na różnych jego odcinkach spędziłam wiem tylko ja. Mogłam tak bez końca patrzeć na ruch statków towarowych i pasażerskich (ech te marzenia o Skandynawii i dostatkach życia w wolnym świecie!).

Falochron z wiatrakiem o poranku, w południe, popołudniu, po zmierzchu nie miał przede mną tajemnic. Tam marzyłam, tam odpoczywałam po kolejnym zakończonym roku szkolnym, tam miałam obawy co do przyszłości w realiach kraju lat 70-tych i 80-tych XX wieku, tam zazdrościłam ludziom machającym do nas z ogromnych promów do Ystad. Czułam że dla nich otwiera się jakaś ogromna szansa i życie którego nigdy nie poznam.

I ostatnia refleksja. kto był w Świnoujściu ten wie, że z falochrony zachodniego patrząc na jego wschodni odpowiednik w i w głąb portu doskonale widać latarnię morską. Wtedy zupełnie niedostępną, na zabronionym do poruszania się cywilom, ogrodzonym terenie portu. A jakże kuszącą! To był ten zalążek trwałej miłości do latarni morskich. Codziennie się w nią wpatrywałam a myśli krążyły maniakalnie wokół tego jak w niej jest, jaka jest jej najbliższą okolica, jaki widok rozpościera się z laterny (oczywiście wtedy nie znałam jeszcze tego pojęcia).

Jak wiadomo to co jest niedostępne, zakazane kusi najbardziej. Więc ten zakazany portowy owoc musiał w kolejne lata zaiskrzyć i wybuchnąć. Tam w dzieciństwie zakiełkowała moja pasja i miłość która trwa nieprzerwanie do dziś.

Kiedy po raz pierwszy po II WŚ otworzono (po gruntownym remoncie) w sierpniu 2000 roku dla turystów wieżę latarni – razem z siostrą wybrałyśmy się do Świnoujścia pociągiem, a potem stateczkiem wycieczkowym białej floty – który kursował właśnie tylko w tym celu: do latarni i z powrotem. To było niesamowite przeżycie. I wszystkie imaginacje i tajemnice stanęły przede mną otworem. Ale to już opowieść o latarni, a nie o Stawie Młyny. A niechaj to pozostanie opowieść o wiatraku.

Fot. Joanna Organek / 2020