Nie przypominam sobie, abym w cyklu Latarnica poleca pisała w przeszłości o jakimś filmie. Ale może taki rzadki przypadek miał miejsce. Tym razem nie mogę się oprzeć i byłoby to coś nienaturalnego dla tematyki tego bloga, gdybym pominęła powstanie filmu „Lighthouse”, mającego swą światową premierę w maju 2019 roku.

Ja miałam przyjemność zobaczyć film po premierze w Polsce – w grudniu 2019. I tak byłam mile zaskoczona, że znalazł się jakiś odważny dystrybutor, bo ten film jest zdecydowanie niszowy, a nie nastawiony na zarabianie pieniędzy.

Tak naprawdę trudno o nim mówić czy pisać. Jest tak wielowymiarowym obrazem, że uważam iż każdy zobaczy w nim coś innego. A odniesień do choćby mitologii i legend morskich jest w nim wiele. Trudno też go jednoznacznie przypisać do konkretnego gatunku filmowego. Po prostu nie da się. Film płynnie przechodzi od obyczaju do dramatu, przez horror, kryminał aż do studium psychologicznego ludzkich wynaturzeń.

Jedno jest niezaprzeczalne – to zupełnie inne kino i inny odbiór obrazu filmowego dla widza. Nie mamy tam zamkniętej historii wiodącej od punktu A do Z. Nie wiemy co jest prawdą, a co imaginacją, co jawą a co snem. Ale każda z tych płaszczyzn ma taki klimat i siłę wyrazu przemawiającą obrazem, dźwiękiem i grą aktorską, że na samo wspomnienie od razu mam ciarki.

Tak, dźwięk tego filmu to zdecydowanie osobna kwestia. Kto jest wrażliwy na hałas może szybko poczuć dyskomfort. Tutaj nie znajdziemy oryginalnej muzyki napisanej specjalnie do filmu. Jest za to kakofonia dźwięków tak głośno nagranych, że od początku rozsadza widzowi czaszkę. Huczy wiatr, szumią sztormowe fale, wyją buczki przeciwmgłowe, chałupa latarników się rozpada, maszyneria latarni pracuje pełną parą, mewy krzyczą… Po prostu obłęd.

Idealnie się to synchronizuje z akcją i opowiadaną historią. Na jej temat nie powiem ani słowa. To trzeba zobaczyć. A co mamy? Jest latarnia i dwóch latarników (swoją drogą niezwykle poprowadzona scena zmiany załogi latarni), jest wyspa i ocean. Na wyspie mały klaustrofobiczny świat. To wystarczy dla kogoś, kto lubi takie klimaty. A wszystko na dodatek tylko w czerni i bieli i nie na klasycznym obrazie panoramicznym, ale zbliżonym do kwadratu. Do tego tak piękne kadry, że śmiało zdjęcia z tego filmu wieszałabym na ścianie jako obrazy.

A gra aktorska? Cóż… Dla mnie bohater grany przez Dafoe to jego najlepsza rola. Oczywiście trudno przy tym aktorze mówić o słabych kreacjach filmowych, ale tutaj wbił mnie w kinowy fotel. I ten archaiczny piękny język, te długie jakby pełne melodii kwestie. To film tylko do oglądania z napisami! To trzeba słyszeć.

Miłą niespodzianką jest gra partnera Dafoe – Roberta Pattisona. Aktor młodego pokolenia poradził sobie i udźwignął rolę. Obydwoje całkowicie przykuwają nasz wzrok i zachwycają. Widz wchodzi w tą historię i ten świat. Ale to też jeden z takich filmów, które albo się kocha albo nienawidzi.

Rozmawiałam o „Lighthouse” ze znajomymi, którzy podjęli wyzwanie i są wśród nich i tacy którzy totalnie go nie rozumieją, inni nie są wstanie obejrzeć do końca, ale są i tacy jak ja – oczarowani. Na szczęście. Podsumowanie nie mogłoby więc być inne – po prostu Latarnica poleca!

Poniżej podstawowe dane:

– reżyseria: Robert Eggers
– scenariusz: Robert Eggers / Max Eggers
– gatunek: Dramat / Horror
– produkcja: anada / USA
– premiera: 19 maja 2019 (świat)
– premiera Polska – grudzień 2019
– w rolach głównych: William Dafoe i Robert Pattison
– czas trwania: 1 godz. 52 minuty

Poniżej plakaty reklamujące film, ze strony oficjalnej filmu

Poniżej zdjęcia z facebookowej strony filmu:

Fotografia główna wpisu, fragment oficjalnej strony www: https://a24films.com/films/the-lighthouse

Poniżej link do zwiastunów:

Trailer nr 1: https://www.filmweb.pl/video/Zwiastun/nr+1-50820

Trailer nr 2: https://www.filmweb.pl/video/Zwiastun/nr+2-51334