Latarnica poleca [80]
Nie będę ukrywać, odkąd w 2022 roku tuż po premierze przeczytałam „Zapiski wrednego kota” Wojciecha Cesarza i Katarzyny Terechowicz - lekturę w ramach ukochanego cyklu o grzecznym psie – wiedziałam, że będę bardzo, ale to bardzo wyczekiwać kontynuacji. Malamut Winter to super bohater, ale odkąd serię przejął wredny kot Marian (dziki tygrys zgarnięty z Bieszczad) to dla mnie jako kociary zrobiło się już obłędnie. I tak po 4 latach wiosną tego roku Marian powraca w wielkim stylu w 7 już tomie pt. „Śledztwo wrednego kota”.
Przygody i codzienność tej prozwierzęcej rodziny (4 dwunogów + 5 zwierzaków: dwa psy, dwa koty, jeden chomik) jest według mnie jedną z najlepszych wielotomowych opowieści na rynku o koegzystencji człowieka ze zwierzętami domowymi, towarzyszącymi nam na co dzień. Wspólna próba życia – a często nawet przeżycia – napisana jest lekko i z takim humorem, że nie uwierzę iż jakiś Czytelnik i zwierzolub nie zakocha się w tych perypetiach od pierwszego rozdziału pierwszego tomu.
Obecnie do moich rąk trafiło najnowsze wydawnictwo, które jest niejako bezpośrednim pociągnięciem historii z tomu 6, gdzie kochany obrońca domowego ogniska malamut Winter schodzi ciut na dalszy plan, a królem historii (ba! wiadomo, gatunek zobowiązuje) zostaje kot Marian przywieziony swego czasu z wakacji w górach. Polecam siegnąć do wcześniejszych tomów by zapoznać się z jego historię i tym jak wziął ludzi na litość i spojrzenie biednego kotka. Klasyczne techniki manipulacji, z których koty mają doktoraty i profesury w chwili swoich narodzin.
W „Śledztwie wrednego kota” powracamy do znanego już domu i jego mieszkańców. Kogóż mamy do obserwacji? Gatunek ludzki reprezentuje 4-osobowa rodzina: Henryk, Hanka oraz dwójka potomstwa – nastolatki Julka i Alek. Pod jednym dachem żyją z nimi alaskan malamut Winter, Rudy – nieduży beczułkowaty piesek, gabarytowo 1/3 malamuta, Bagira (Bagi) – kocica, która nieustannie denerwuje kocura, chomik Popcorn – galopujący w swym kołowrotku oraz mistrz i narrator tego tomu – kot Marian (Marianek, Maniuś, Maniutek). Tymczasowo w historii pojawia się gadająca papuga Dżongo (bardzo zabawny epizod), zostawiona pod opieką dwunogów na czas pobytu jej opiekunki na kontynencie australijskim. Niezła ekipa prawda? Z tego mogą wyniknąć tylko kłopoty i wielka komedia omyłek.
Marian – jak widać po obu tytułach tomów, w których przejął władzę i stał się narratorem historii – jest wrednym kotem. To oczywiście klasyczny, powszechnie funkcjonujący stereotyp i często występujący przymiotnik, kiedy ktoś próbuje opisać tak powszechny w polskich domach gatunek Felis catus. Co gorsza, mimo tak niedobrej opinii koty w czasach współczesnych stały się najpopularniejszymi zwierzętami domowymi. I każdy kociarz i opiekun wie, że nie są one wredne ani złośliwe z założenia i natury. Tak to tylko bywa odczytywane po ludzku, bez znajomości kociego behawioru. Nic bardziej mylącego! Popatrzmy na Mariana. Zgarnięty z terenu dzikiej przyrody jest leniwym, rozpieszczonym kanapowcem, dla którego sensem życia jest pełna miska (i to nie byle czego!) oraz nieograniczona swoboda – czyli nieustanne otwierane i zamykane na komendę drzwi tarasowe czy sterowana pilotem brama garażowa. Bowiem co podjazd do domu to inna nawierzchnia niż taras czy ogród, a to wszystko ma ogromne znaczenie dla dobrego samopoczucia pana kota.
Marian w tej historii postanawia trochę bardziej zaktywizować swój żywot i przyjrzeć się wielu aspektom życia rodzinnego – wliczając do rodziny także zasoby zwierzęce – a tym samym prowadzi wiele śledztw, które wymagają rozwiązania i dotarcia do źródeł domowych konfliktów, tajemnic, dziwnych ludzkich zachowań, które dla kota są absurdalne. Mamy tu kilkadziesiąt krótkich rozdziałów, w których Marian niczym koci Sherlock Holmes węszy co też stoi u podnóża pewnych zjawisk i w każdych okolicznościach potrafi dopatrzeć się zagadki do rozwiązania. Ale nie myślcie, że taki z niego nietypowy kocur – robotny, że ho ho i nadaktywny. Marian między stawianiem sobie kolejnych egzystencjonalnych pytań potrzebuje dużo czasu na drzemki w ulubionym fotelu na tarasie (akurat jego zamiłowanie do mebli zawsze pokrywa się z fotelami czy kanapami wybieranymi przez Henryka), pilnowanie pustej miski i regularnych pór karmienia, stałych arii głodowych i miauczenia dla samego wydawania z siebie tych jakże rozpraszających ludzi tonów. A nocą musi oczywiście strzec bezpieczeństwa śpiących. Czasami to wymaga poskakania po człowieku. Ale nikt tego nie doceni! Jest przekonany o swojej wielkiej życiowej roli strażnika rodziny i nawet czuje się w obowiązku strzeżenia malamuta Wintera.
Marian widzi świat po kociemu (to oczywiście jedyna słuszna wizja rzeczywistości) i często przez to jego interesy i próby naprawy sytuacji nie idą w parze z punktem widzenia Henryka czy Hanki. Doprowadza to do wielu spięć i konfliktów, w których winnym zawsze będzie kot lub koty (Bagirka chętnie włącza się w domowe psoty i intrygi), ale zazwyczaj wszystko uchodzi jej na sucho. Za to Marian bywa oskarżany o wszystko! Ale kiedy Duzi mają problemy to aż nadto często pragną wtedy przytulać swoje domowe stado. Dla Mariana nie ma nic gorszego niż namolne dotykanie jego futra czy – o zgrozo - podnoszenie znienacka i branie na ręce. Wtedy bój się człowieku wyroku łapek sprawiedliwości wyposażonych w śmiercionośne pazury.
Autorzy genialnie, lekkim stylem i z ogromną porcją humoru oddają nasze relacje z domowymi pupilami. Ludzka rodzina nakreślona jest trafnie i pokazuje tą dwutorowość podejścia do „wychowania” zwierząt. Gdy jeden człowiek krytykuje czy karci drugi natychmiast bierze w obronę poszkodowanego – z góry uznając winę swojego partnera. Bo przecież nie może potworem okazać się piesek czy kotek. To prędzej mąż, żona czy dziecko mają problem i są prowodyrami konfliktów.
W 7 tomie cyklu mamy m.in. poza czasowym pobytem z bohaterami w ich domu kolorowej gadającej papugi akcję z dzikimi ptakami, wiewiórkami, zamknięciem Mariana w szopce z artykułami budowalnymi na posesji sąsiada, w domu dochodzi do testu nowych drzwi z klapką dla kotów, kurier przywozi drogą mającą dać szczęście kotom interaktywną mysz, nadchodzą święta i do salonu zostaje wstawione ogromne drzewko bożonarodzeniowe, w okolicy wprowadzają się nowi sąsiedzi z kotem Baltazarem i wiele innych codziennych zmagań typowych dla rodzin ze zwierzakami. Cudowną historią wywołującą salwy śmiechu jest profesjonalna rodzinna sesja fotograficzna w ogrodzie, efekty której miały zawisnąć w ramce w salonie. A jak wyszło sami przeczytajcie.
Nasz bohater Marian ma cięty język, ostre riposty, nie owija nic w bawełnę i nieustannie jest oburzony, że ani Henryk ani Hanka nie doceniają jego ogromu pracy i nieustannej ochrony domowego miru. Ludzie są dla niego zagadką, bo wszystko widzą na opak, a tak w ogóle to życie z nimi jest nieustanną próbą dręczenia i prześladowania biednego kota. Podobnie jak w „Zapiskach wrednego kota” niemal każdy rozdział kończy się podsumowaniem i oceną opisanej sytuacji przez Mariana. W prosty sposób przyznaje punkty za pożądane reakcje i krótko i w punkt osądza strony konfliktu. Bo każdy dzień to ścieranie się światów ludzko-zwierzęcych i psio-kocich albo i kocio-kocich (przecież Bagirka to wstyd dla kociego rodu a on musi bytować z nią pod jednym dachem!). Chomik Popkorn ma akurat tutaj najmniej do powiedzenia i jest izolowany od tego całego towarzystwa z futrem.
Na koniec muszę podkreślić jeszcze mój zachwyt ilustracjami pani Joanny Rusinek – który towarzyszy mi podczas lektury całej serii od 2011 roku. Jej kreska i sposób ukazywania bohaterów jest idealnym dopełnieniem. Piękne okładki to również jej autorstwo. Maniuś i Bagi są cudownie nakreśleni a ich mimika i spojrzenia wywołują u mnie uśmiech i rozbawienie. Książki Wojciecha Cesarza i Katarzyny Terechowicz są adresowane do grupy wiekowej 8-12 lat, ale uważam że każdy dorosły czytelnik również doceni ich zabawność oraz trafność i będzie miał ogrom przyjemności z ich czytania. Książka poza wersją drukowaną dostępna jest również jako e-book i audiobook - czytany i interpretowany przez Jana Marczewskiego.
Reasumując: Latarnica poleca!
Podstawowe dane książki
Tytuł: „Śledztwo wrednego kota"
Autor: Wojciech Cesarz, Katarzyna Terechowicz
Ilustracje: Joanna Rusinek
Seria: To lubię!
Wydawca: Wydawnictwo Literatura, Łódź 2026
Objętość: 192 strony
Wydanie: I
Kategoria wieku: +9 - +12
Oprawa: twarda
Format: 150 x 210 mm
Poniżej okładka front i tył:
Poniżej piękna wyklejka przednia i tylna, strona tytułowa i spis treści:
Poniżej wybrane rozkładówki książki:
Poniżej dwa tytuły z 7-tomowej już serii - w których narratorem jest kot Marian:
Poniżej sesja z moją modelką Myszką - charakterna jak Bagirka i Marian razem wzięci:
Fot. Latarnica / kwiecień 2026
Dziękuję Wydawnictwu Literatura za możliwość zapoznania się z tą piękną książką i egzemplarz recenzencki. Więcej książek wydawnictwa znajdziecie na wydawnictwoliteratura.pl
Latarnica poleca [79]
Jeśli zaczniemy myśleć o tej książce wnikliwie odczytując jej przewrotny tytuł to od razu będziemy wiedzieć, że ta historia przyniesie nam opowieść o relacji starej jak świat, a co najmniej relacji znanej od starożytności - kiedy to czczono tam koty jak bogów - gdzie nie człowieka ma swojego kota ale to kot ma człowieka. I na wiadomych zasadach - jako służbę dostosowującą się reguł gry. A reguły ustala i „pisze” swym zachowaniem właśnie domowy KOT. W tym konkretnym przypadku to kot miał swojego Dziadka. Owszem, jest i Babcia, ale to Dziadek jest przedstawicielem tej bystrzejszej odnogi ludzkości bowiem w moc ujął co chce od niego kot i jak ma mu służyć aby wszystko szło gładko i prosto bez większych konfliktów. Bo uwierzcie - kto nie ma kota to może nie wie - ale zatargów z naszymi mruczkami zaprawdę nie chcemy mieć, a tym bardziej wchodzić z nimi na ścieżkę wojenną, gdy dzielimy wspólnie dom i życie. Z góry ta walka będzie skazana na porażkę. A jaka dokuczliwa…
Regina Golińska-Barancewicz (prywatnie opiekunka kotów Nikity i Diega - prototyp bohatera tej historii) w „Dziadku naszego kota” wciąga nas w pasjonującą historię opieki nad kotem - rzez tzw czynnik zewnętrzny, niezaznajomiony dokładnie z obiektem opieki - czyli klasyczna sytuacja, którą przeżyło (oby bez uszczerbku na duszy i ciele) wiele polskich rodzin, gdy dziadkowie wyjeżdżają podreperować zdrowie nad morze a w tym czasie opiekę nad pupilem przejmują dorosłe dzieci i wnuki. Taki schemat działań mamy i tutaj co oczywiście się bardzo chwali, że rodzina chce w tym czasie podjąć trud dogodzenia kotu, dla którego nieobecność najbliższych to duży stres i smutek. Jak wiadomo koty to zwierzęta ponad wszystko ceniące rytuały i stały plan dnia. Taki naprawdę stały, bez odchyleń. Kiedy tego nagle braknie czują się bardzo zagubione, nieszczęśliwe i mogą nawet podupaść na zdrowiu. Nikt by tego nie chciał. Zatem córka Dziadka z dziećmi deklaruje, że na czas nieobecności rodziców zajmą się domowym jedynakiem, aby nie byłemu smutno i źle.
Wszystko wydaje się być na dobrej drodze, ale… nie mamy do czynienia z potulnym, zastraszonym tygryskiem. Nie jest to też kot o długim stażu w tej rodzinie. Jak dowiadujemy się w początkowym rozdziale Kot (bo takie imię jest używane, gdy mowa o naszym, bohaterze) to przedstawiciel rasy ragdoll - o sporych, puchatych gabarytach, długowłosy - co jak się okaże stwarza w pewnych okolicznościach niemałe problemy - ale jak mówi charakterystyka rasy: ufne, łagodne, towarzyszące człowiekowi na każdym kroku. Hm… czy rozpoznaję w tych cechach Kota? Nie do końca, bowiem Dziadkom trafił się naprawdę charakterny egzemplarz. Królowie, faraonowie czy cesarzowie przy nim to mało wymagający władcy.
Nowi czasowi opiekunowie (choć to nie jest adekwatne słowo, bo bedą musieli harować jak najniżej stojąca w hierarchii służba czy niewolnicy) chyba nie do końca zdają sobie sprawę na co się piszą. Dziadkowie wyjeżdżają nad Bałtyk, a dla ułatwienia sprawy i szybkiego dotarcia się w pierwsze trudne dni Dziadek zostawia w kuchni 15-stronicową „instrukcję obsługi” pana Kota, co by jak najmniej jemu było źle, a im jak najlżej. Czyżby?
Powieść zaczyna się od letnich wakacji. Wtedy rodzina w komplecie spędza miło czas, wyjeżdża rownież na wakacje nad morze syn nawet zaliczy fajny letni obóz. Mamy tam Mamę, tatę, syna i córkę. Oraz w szybki tempie do stanu liczebnego rodziny dochodzi kanarek i chomik. Miała być świnka morska ale Mama obawiała się czy ptaszek nie przypłaci tego życiem. Na kota czy psa absolutnie nie wyrażali zgody. Ale kotek jest u dziadków. Więc jak to fajnie będzie choć czasowo tam zamieszkać i się nim zająć. Plan był sympatyczny i bajkowy. Wyjeżdżała Mama z dwójką dzieci. Co mogło pójść nie tak. Wręcz idylla.
Czar pryska, gdy zaczynają czytać sobie na głos nakazy i zakazy, których mają się trzymać podczas wspólnego mieszkania z Kotem, przy okazji zapoznają się z zasadami karmienia, czyszczenia kuwety, czasu rozrywki, higieny i snu. Tak, nawet higieny i niech was nie zmyli wiedza że koty same dbają o swoją czystość. Kot ma z tym jeden malutki, ale bardzo doskwierający ludziom problem.
Praktyka pokazała, że przez rok Kot nie do końca dogadywał się z Babcią i nie był zachwycony tym jak się nim opiekuje, ale gdy raz wydarzyła się okazja i Babcia wyjechała na krótko to w tym czasie nastąpiła niesamowita zmiana i doszło do uraldu. Paktu czy jak to inaczej nazwać i odtąd dziadek i Kot byli największymi przyjaciółmi i tylko dziadek wiedział co Kotu do szczęścia potrzeba i tak odtąd postępował. Dla Kota to był idealny układ. Dziadek służył tak jak Kot zagrał - nieważne jak wymyślne były jego wymagania. Nie chcę za bardzo nawet na przykładach podawać co życzył sobie kot, bo zepsuję całą przyjemność czytania i to lektury przy której gwarantuję, ze będziecie wybuchać salwami śmiechu. A kto ma w domu kota czy koty to wszystko przełoży sobie na swoje relacje i ∂oświadczenia. I na pewno się w tym odnajdzie i poczuje jak u siebie. Bo jak mocno byśmy publicznie nie chcieli się do tego przyznać - prawda jest jedna - służymy kotom uniżenie i bez zająknięcia. Nie wszystkie - ale spore grono przedstawicieli kotowatych maksymalne nami manipuluje.mają z tego doktorat a nawet profesurę.
Mama z dzieciakami wpadła z deszczu pod rynnę. Nie mogła uwierzyć co mają psy tym kocie robić. Pierwsze dni i noce to była katorga, orka i mordęga. Wrażliwsze dzieci martwiąc się o stan Kota i to że dziadek by się tym martwił naprowadzały mamę na prostą i błagały by trzymała się zasad. Ona jednak uważała, ze dziadek dał się całkowicie zamknąć pod koci pantofel a raczej kocią łapę i zwariował robiąc te wszystkie rzeczy. Ale jak praktyka pokazała, nawet przy ludzkim buncie Kot sobie doskonale radzi i zna techniki takie które szybko nauczą ludzi, że nie warto z nim zadzierać.
Najciekawsze jest to jak przez kolejne rozdziały będziemy świadkami przemiany. Początkowa katorga usługiwania Kotu według spisanych zasad przeradza się nie tylko w sprawne działanie co daje szczęśliwego kota w domu ale i zaczyna pobudzać do usprawnienia jeszcze tych relacji, polepszenia bytu kota i czynienia wielkich zakupów. Finałem historii będzie 15 punktów spisanych prze mamę dla dziadka powracającego do domu znad morza. Genialne trafne i takie życiowe w kontekście całej tej historii.
Bardzo podobają mi się imina jakie nadali Kotu bohaterowie. Narratorem opowieści jest syn. Kot dla babci był zawsze Łobuzem (szybko wychodzi na jaw dlaczego), dla Mamy Kitku, dla syna Share Khan (tygrys z „Księgi dżungli”) a dla jego młodszej siostry Ulki to po prostu - i to się wypowiadała na jednym wydechu - PuszystyOgonekNiebieskieOczkoOstryPazurek. NIe zdziwicie się gdy to imię zmieni się minimalnie po przygodzie z kuwetą i niezbędną akcją kąpielową na PuszystyOgonekNiebieskieOczkoBardzoOstryPazurek. Kto próbował myć / kąpać/ czyścić kota ten wszystko wie.
O samej strukturze książki muszę powiedzieć dwa słowa. Mamy tu tylko 10 rozdziałów ale czytając je zmienia się momentami czcionka i sposób narracji. Generalnie o czasie pobytu w domu dziadków opowiada ich wnuk. Jest to wciągające i czyta się jednym tchem ale gdy przechodzimy do fragmentów gdy do głosu dochodzi Kot i jego sposób widzenia świata i relacji z ludźmi to jest to prawdziwy pisarski majstersztyk Autorki. Śmiałam się non stop. Książka poprawi humor w najczarniejszy dzień, jest opowieścią dla całej wielopokoleniowej rodziny, mogłaby być czytana na głos wspólnie i komentowana, a jeśli odbywa się to w zakonnym domu to gwarantuje salwy śmiechu.
Bardzo podobają mi się też ilustracje z Kotem Huberta Grabczaka. Świetnie oddał mimikę kocią i pełną paletę jego odczuć w stosunku do niezsubordynowanych ludzi. Kot mówi o nich: „śmieszne dwunożne istoty”, „zastępczy człowiek”, „mój osobisty człowiek”. Tylko o dziadku mówił” „Mój ukochany Człowiek”. Książeczka pokazuje też znane zjawisko, że nawet najtwardsi przeciwnicy kotów albo tacy, którzy uważają że są w stanie kocha wychować i dostosować pod swoje reguły życiowe prędzej czy później poniosą sromotną porażkę, a jeszcze jest bardzo prawdopodobne że staną się takimi samymi ślepymim wyznawcami kotów jako gatunków jak cala reszta ludzkości.
Autorka genialnie to wszystko wplata w rozwój wydarzeń, stopniuje napięcie, humor, a my jako czytelnicy dajemy się całkowicie wciągnąć w tą przygodę. Jako kociara jestem zachwycona i polecę ten tytuł każdemu miłośnikowi mruczków. Może ktoś bez kota uzna wymagania Kota za dziwactwa i fanaberie, ale dla mnie to wszystko było tak klarowne i oczywiste.
Reasumując: Latarnica poleca!
Podstawowe dane książki
Tytuł: „Dziadek naszego kota"
Autor: Regina Golińska-Barancewicz
Ilustracje: Hubert Grajczak
Seria: To lubię!
Wydawca: Wydawnictwo Literatura, Łódź 2026
Objętość: 112 strony
Wydanie: I
Kategoria wieku: przedszkolny/wczesnoszkolny (+9, +12))
Oprawa: twarda
Format: 150 x 210 mm
Poniżej okładka front i tył:
Poniżej piękna wyklejka i spis treści:
Poniżej wybrane rozkładówki książki, w tym moja ulubiona historia z nocnym krojeniem rybki dla Kota :)
Poniżej sesja z moją modelką Myszą - adopciakiem ze schroniska:
Fot. Latarnica / marzec 2026
Dziękuję Wydawnictwu Literatura za możliwość zapoznania się z tą piękną książką i egzemplarz recenzencki. Więcej książek wydawnictwa znajdziecie na wydawnictwoliteratura.pl

Latarnica poleca [65]
Nie zawsze jest tak, że w cyklu Latarnica poleca pojawiają się książki otrzymane od wydawców i prezentowane tutaj na zasadzie umowy barterowej. Czasami wrzucam tutaj tytuły, które po prostu tak same z siebie do mnie przemówiły treścią lub zauroczyły stroną wizualną.
W przypadku "Jestem dużym tatą" zagrały oba czynniki. Czyli zachwyciła mnie treść oraz przepiękne nadmorskie ilustracje p. Moniki Pollak. Nie będę ukrywać w przypadku zakupu tej książki skusiła mnie latarnia morska na okładce (co sugeruje od razu też tematykę morską, z akjcą gdzieś na wybrzeżu) oraz to że tytułowy tata udaje kota i ma kocie uszy. Zapowiadało się niezłe zestawienie ulubionych motywów. I nie zawiodłam się!
Naprawdę bardzo lubię literaturę dziecięcą i młodzieżową. Absolutnie nie stronię od takich lektur, ale muszą mieć to coś. Nie jest żadną stratą czasu poświęcić się takim książkom pod warunkiem, że coś wniosą w nasze życie. Mnie opowieść Rafała Witka dała dużo przyjemności.
Główne atuty?
1/ akcja na wyspie Bornholm plus bałtycki rejs promem w obie strony
2/ kocie akcenty na duńskiej wyspie
3/ wciągająca treść
4/ fantastycznie oddana relacja tata/ kilkulenia córka
5/ zachęcająco oddane atrakcje turystyczne wyspy
6/ przepiękna strona wizualna - ilustracje sprawiające że nie tak szybko przekładałam strony (ponizej na fotografiach dowód)
W przypadku tak niedużych objętościowo książek trudno pisać coś o treści, aby nie zdradzać za wiele, ale dla zachęty chciałabym podszepnąć że "Jestem dużym tatą" umożliwia odbycie rejsu promem na Bornholm i z powrotem (bohaterowie płynęli z Kołobrzegu) i mamy okazję pobyć parę dni na tej bałtyckiej wyspie należącej do Danii.
Ja osobiście podczas czytania miałam uczucie jakbym sama tam odpoczywala i zwiedzała okolicę. Tak się w życiu bohaterów ułożyło, że mama musiała zostać w kraju i pracować w związku z czym ten wypad należał tylko do Taty i Małej (autor nie podaje imienia dziewczynki). Autor fantastycznie opisuje relację międzypokoleniową oraz atuty takiego wyjazdu z punktu widzenia osoby doroslej a także kilkuletniej. Każdy dostrzega na miejscu coś innego i inne aspekty tego wyjazdu ich zachwycają. Książka ma dużo ilustracji, mniej tekstu ale jest go na tyle sporo że możan mowić o mini powiesci bowiem akcja zamyka się w 13 rozdziałach.
Osobiście na Bornholmie nie byłam. Choć chciałabym tam popłynąć. mam jednak dośwoaczenie z rejsów po Bałtyku i wiem jak wyglądają kraje skandynawskie i jakie bywa ich wybrzeże i wysepki. Bornholm to ciekawy wybór jako atrakcja turystyczna. Na miejscu można zwiezdać wyspę autokarem a przy pobytach kilkudniowych czy dłuższych sprawdzają się rowery, które czekają już na turystów zaraz po zejściu z pokładu promu.
Kiedyś planując rejs na tą wyspę (niestetey nie doszedł do skutku, a miałam płynąć z Darłówka) od razu szukałam informacji czy są tam latarnie morskie. I oczywiście, że je mają, bo to w końcu wyspa i oznakowania nawigacyjne w postaci świateł są bardzo ważne. Tym bardziej warto udać się w taki rejs, który doświadczyli bohaterowie tej sympatycznej opowieści. W spisie latarni znalazłam 10 takich obiektow. Nie wszytskie są już dziś czynne, ale do fotografowana doskonałe. Na wyspie jest np. imponująca latarnia Dueodde (południowy krańniec Bornholmu ) - to najwyższa latarnia morska w Danii. Jej wysokość wynosi 48 m i aby się wspiąć na górny taras trzeba pokonać aż 196 schodów. Latarnia jest nowoczesna, bo została zbudowana w latach 60-tych XX wieku, a w 70-tych w pełni zautomatyzowana. Poniżej zdjęcie tej latarni z wikipedia.org

Rafał Witek jest Autorem ponad 40 książek dla dzieci. Zdobył też ważne nagrody m.in. Konkursu Literackiego im. Astrod Lindgren czy Nagrodę Literacką im. Kornela Makuszynskiego. Jeśli akurat jesteście na etapie czytania książek z dziećmi lub są już one samodzielnie czytające myślę, że warto podsunać im książki tego Autora.
Wydawca zaleca "Jestem dużym tatą" dla dzieci w wieku 6+ i przyrownuje ją swoją kameralnością i klimatem do słynnych i lubianych "Dzieci z Bullerbyn". Nie może być lepszej rekomendacji.
Poniżej wyspa Bornholm - miejsce akcji książki oraz jej położenie względem naszego wybrzeża - Google Maps
Zdecydowanie: LATARNICA poleca!
Podstawowe dane książki
Tytuł: „Jestem dużym tatą, ale czasami udaję kota”
Autor: Rafał Witek
Ilustracje: Monika Pollak
Wydawca: Wydawnictwo Literatura
Wydanie I: Łódź 2021
Objętość: 96 stron
Oprawa: twarda
Format: 17 x 22,5 cm
Poniżej front i tył okładki
Poniżej wewnętrzna wyklejka i spis treści:
Poniżej przykladowe rozkładówki:
Oczywiście książka była czytana i przeżywana z Myszką

































































