Latarnica poleca [77]

Jeśli ktoś kocha tak jak ja astronautykę, misje kosmiczne i... koty to nie ma możliwości by zapomniał o wydanym w 2023 roku  przez Wydawnictwo Bis 1 tomie przygód Kociołka - astroMIAUty. Tak, trzy lata minęły raz dwa, jak misja kosmiczna i pobyt bohaterów na orbicie, a ja w końcu doczekałam się kontynuacji. Prawie, że biegnąc dopadłam na początku marca paczkomatu i wyszarpnęłam z przegródki kopertę z "Nową misją astroMIAUty". Od razu po rozpakowaniu było oglądanie ilustracji, przekartkowywanie, wąchanie świeżego druku i głębokie oddechy by uspokoić walące serce. Ale stało się. Książka już przeczytana (oczywiście w towarzystwie kota drzemiącego na kolanach) i wypada mi teraz zebrać myśli i pomyśleć tak globalnie o drugiej kosmicznej przygodzie kota Kociołka.

Podejrzewam, że musi to być coś wspaniałego mieć taką całościową kontrolę nad ostatecznym dziełem, bowiem Autorka Marta Rydz-Domańska nie tylko pisze teksty, ale i je ilustruje (i to jak!). A ma w domu niezłego gagatka modela, który idealnie służy jako baza do książkowego bohatera. Zatem obserwując dalej kociego towarzysza losu dała się ponieść fantazji i ponownie wysłała Kociołka w kosmos. Podejrzewam że etykietka astroMIAUty przylgnęła już na trwałe i nie będziemy mogli spodziewać się ziemskich przygód kocurka a poznamy teraz i w przyszłości tylko jego pozaziemskie przygody. Dla mnie to wielki atut, bo połączenie tych dwóch światów to coś co mnie fascynuje i bardzo cieszy.

Myślę, że każdy opiekun kota chciał kiedyś (a zapewnie nie raz i nie dwa) wysłać swojego mruczka w kosmos. Dość miał już jego psot, pobudek w środku nocy, arii wczesnoporannych, przekopów kuwetowych ladym świtem na drugą stronę ziemskiego globu. Ta, sama miewam czasami takie pomysły. Ale kota Kociołka nikt nie wysyła na orbitę księżyca bo ma go dość i chce się go pozbyć. Wręcz odwrotnie. W drugim tomie jest już o to bardzo proszony. Jak pamiętamy z pierwszej przygody trafił na stację kosmiczną przypadkiem. Po tym co przeżył i jak wpłynął na jej przebieg nikt już teraz nie będzie się migał od jego obecności. Obłaskawiony stosownymi argumentami (jedzonko, zabawki, obecność swojej Pańci) wyrusza na pokład znanej już sobie orbitującej stacji (sam miewa dylematy czy dom to już ta stacja czy to co zostawił na ziemi) w towarzystwie identycznej ekipy, a więc jak na kota warunki idealne - bo wszystko jest znajome i niejako już okocone. A rutyna i znane opisane przez pocieranie pyszczkiem wnętrza i urządzenia to to co mruczki lubią najbardziej, aby czuć się dobrze i pewnie.

Co mogę napisać o aktualnej przygodzie astroMIAUty? Nie chcę oczywiście za dużo zdradzać, bo po co psuć zabawę i przyjemność przechodzenia przez kolejne rozdziały. Tajemnicą nie jest, że bohater po raz drugi bierze udział w kosmicznej misji. Tym razem nie jako pasażer na gapę, ale pełnoprawny chciany członek załogi. Jak bardzo zależało Agencji Kosmicznej by zwerbować Kociołka? Bardzo bardzo! Czego najlepszym dowodem jest skonstruowanie specjalnie na tą okazję kociego transportera w kształcie pojazdu kosmicznego. Transporter jest nawet personalizowany, bo przy wejściu widzimy tabliczkę „Pierwszy astroMIAUta”. Jak się okaże w kolejnych rozdziałach - fakt zaproszenia Kociołka był kluczowy - bo oczywiście że nic nie może się udać bez kociej ingerencji. W historię drugiej misji Autorka wplata ciekawe informacje związane z pobytem człowieka w kosmosie. Dowiemy się tym razem o tzw. kosmicznych śmieciach, stanie nieważkości, niebezpieczeństwach czyhających na stację gdy aktualizuje się oprogramowanie, sposobach na ratowanie zanieczyszczonej wody oraz co można zrobić, gdy ludzki załogant czuje się źle psychicznie. Mamy też miły akcent dotyczący naszego kosmonauty Sławosza Uznańskiego-Wiśniewskiego, który był drugim Polakiem w kosmosie, a wszystko działo się w minionym 2025 roku. Kto śledzi astronautyczne nowinki ten wie. W „Nowej misji astroMIAUty” przeczytacie o zdarzeniach, które są niebezpieczne,  a tym samym my jako czytelnicy zaczynamy odczuwać pewien dyskomfort, będą też akcenty smutne, alarmujące, ale dla równowagi pojawi się wiele przemiłych żartów z Kociołkiem w roli głównej. Bo gdzie kot tam i uśmiech.

Chciałabym również podkreślić, że każdy kociarz rozpozna, że Autorka dzieli swoje życie z mruczącym sierściuchem. To jak o nim pisze (różne zachowania, rytuały, reakcje w określonym kontekście zdarzeń, detale wyposażenia kociego ekwipunku - np. ważność obecności pluszowej myszki ponad wszystko, kuchnia jako najbardziej strategiczne pomieszczenie) od razu pozwala rozpoznać „swego” człowieka, który niejedno z kotami już przeżył i widział. Nas kociarzy mało co zadziwi. Kot domowy - Felis catus - to tak nieprzewidywalne zwierzę, że jeśli wrócilibyśmy do domu, a kot rozmawiałby na środku pokoju z kosmitą - uszłoby mu to w granicach normy. Jeszcze dołożylibyśmy im obu tylko do miski aby nie chodzili głodni. Tak więc oddanie cech bohatera jest idealne i pozwala się tak bardzo poczuć jak u siebie w domu, choć jedyną innością będzie to, że nasze koty nie lecą w kosmos. Ale to przecież drobiazg!

Na koniec chciałabym po lekturze obu tomów przygód Kociołka sformułować dla krnąbrnych i mało bystrych (w stosunku do kotów!)  ludzi 5 PRAW astroMIAUtyki. Może wejdą kiedyś w naukowy kanon wiedzy.

1/ Misja kosmiczna w składzie wyłącznie ludzkim skazana jest z góry na niepowodzenie.

2/ Gdzie astronauta nie może tam astroMIAUTE pośle.

3/ Na niedyspozycję załogi jedyna i słuszna metoda - kototerapia.

4/ Zabawa z kotem na pokładzie stacji może podsuwać najlepsze rozwiązania dla naprawy problemów bieżących  i o wadze kosmicznej mogących wpłynąć na bezpieczeństwo i realizacje celów misji.

5/ Agencja kosmiczna NASA powinna na stałe zatrudniać na etatach koty jako najbardziej fachową pomoc ogarniającą całościowo prace naziemne przed lotem jak i te wykonywane w kosmosie.

Myślę, że wprowadzając w życie te postulaty bylibyśmy spokojniejszy o rozwój astronautyki i przebieg każdej nowej misji, a procent niebezpieczeństwa zmalałby znacząco. Kociołek pokazuje na każdym kroku, że obecność kota jest kluczowa w przestrzeni kosmicznej. Żegnając się z bohaterem, który musi odpocząć i dojść do siebie po kolejnej ważnej misji ja nieśmiało już wypatruję kolejnego tomu jego przygód. Bo loty w kosmos to nasza przyszłość, a astronautyka jest bardzo rozwojową dziedziną nauki. Ogromna prośba do Autorki: my Czytelnicy i miłośnicy kotów chcemy więcej! Mrauu!

A co do okładki i ilustracji  - w przypadku pani Marty muszę to zawsze podkreślić - jest fantastyczna w tym co robi. Ogląda się każdą stronę jak obrazek, który można by samodzielnie oprawić i powiesić na ścianie, a kolejne odsłony tej przygody to jak kadry dokumentu relacjonujące wydarzenia na stacji. Przepiękne i tak bardzo w mojej estetyce! Sam kot - rewelacja. 100% kota w kocie.

Reasumując: Latarnica poleca!

Podstawowe dane książki

Tytuł: „Kocioł nowa misja astroMIAUty" (tom 2 cyklu)

Autor: Marta Rydz-Domańska

Ilustracje: Marta Rydz-Domańska

Wydawca: Wydawnictwo BIS, Warszawa 2026

Objętość:  72 strony

Wydanie: I

Kategoria wieku: przedszkolny/wczesnoszkolny (ok. 4–8 lat)

Oprawa: twarda

Format: 165 x 235 mm

Poniżej okładka front i tył:

Poniżej Kocioł to już seria - obecnie mamy już dwa tomy i urocza wyklejka:

Poniżej wybrane rozkładówki i przepiękne zakładki opracowane by umilić nam lekturę:

Ponizej sesja z moją domową modelką i moim burym "kociołkiem" - kotką Myszą (i Myszka pozazdrościła Kociołkowi i została astroMIAUtką):

Fot. Latarnica / marzec 2026


Dziękuję Wydawnictwu bis za możliwość zapoznania się z tą piękną książką i egzemplarz recenzencki. Więcej książek wydawnictwa znajdziecie na wydawnictwobis.com.pl

Zainteresowanych zachęcam po zajrzenia do archiwalnego wpisu z marca 2024 z recenzją 1 tomu przygód Kociołka:

https://latarnica.pl/2024/03/27/latarnca-poleca-vol-55/

 


Latarnica poleca [76]

Tak się złożyło, że w krótkim odstępie czasu przeczytałam dwie książki skierowane do młodego czytelnika, w których ważną dla akcji rolę odgrywało schronisko dla zwierząt. Dwie opowieści, dwie różne historie i odmienne spojrzenie na placówkę dla zwierząt bezdomnych. Po poważniejszej (w mojej opinii) powieści „Bury i Bary. Wilk z lasu i pies ze schroniska” otrzymałam książkę pt. „Raz, dwa psy cztery” Agnieszki Elbanowskiej (obie od Wydawnictwa Bis) – obszerniejszą objętościowo (140 stron), ale zdecydowanie zabawniejszą historię, której humoru dodają główni bohaterowie, w tym szczególnie jeden, zatwardziały optymista i kawalarz jamnik Jupi.

Tytułowe cztery psy poznajemy w okolicznościach nie najlepszych dla ich codziennego bytu. Wszyscy są aktualnie podopiecznymi schroniska dla zwierząt – placówki podupadającej, niedofinansowanej, która wymagałaby gruntownych remontów i zmian organizacyjnych. Schronisko prowadzi dojeżdżający do niego codziennie pan Dyrektor, który lawiruje między nałożonymi na niego przepisami, a pozaprawiem – byle tylko spiąć finansowo kolejny miesiąc i nie dopuścić do potwornych zaniedbań. Ale realia są okrutne. Idzie zima, schronisko jest niedogrzane (brak środków na uruchomienie ogrzewania), karma byle jaka i ledwo starczająca, opieka weterynaryjna na minimalnym poziomie, a chętnych do adopcji tyle co kot napłakał. Stan liczebny zwierząt rośnie (straż miejska wciąż dowozi z licznych interwencji kolejne znalezione lub odebrane psy), a Dyrektor staje na głowie by sprostać obowiązkom, tym bardziej, że nieubłaganie nadciąga kolejna kontrola z urzędu miasta jego skromnej placówki. Od tego i ewentualnie przyznanego dofinansowania zależy jego zawodowy byt i los zwierząt. 

Z braku środków na pracowników od godzin popołudniowo-wieczornych do rana psy są bez nadzoru. Pozamykane w zimnych klatkach próbują przetrwać ten wielogodzinny czas albo szaleńczym szczekaniem i ruchem (w końcu on rozgrzwa) albo notorycznym snem i odwróceniem się plecami do całego świata.

Pośród wielu podopiecznych – w klatkach sąsiadujących ze sobą, a tym samym umożliwiających rozmowy - przebywają nasi bohaterowie, każdy niosący bagaż swojej indywidualnej historii przybycia do schroniska i niechętnie o niej opowiadający. 

Kogo poznamy bliżej? 

Jamnik Jupi – wieczny pocieszyciel, optymista, bomba energii kochająca ludzi – z chorobą kręgosłupa, którą może uleczyć tylko kosztowna operacja oraz z zanikami pamięci, które schowały traumatyczne zdarzenia z przeszłości; nieuleczalnie zakochany w Szarlocie z sąsiedniej klatki

Szarlota – rasowa psia diva, modelka wystawowa i elegantka o ciężkim charakterze, zawsze pierwsza w kolejce do adopcji, bo przecież rasowca ludzie wybierają najszybciej nie bacząc na inne jego cechy, wielokrotna recydywistka powrotów do schroniska, marząca po prostu o wolności

Buldog angielski Dżordż – dobrze zbudowany, starszy wiekiem, o zerowej kondycji, wielkiej silnej i twardej głowie gotowej wyważać kraty, miłośnik snu i odpoczynku, tęskniący za swoim Profesorem z którym dzielił kiedyś życie, pragnący odkryć jak naprawdę wyglądał premier Winston Churchill bo bywa do niego porównywany – przez co wierzący w swą inteligencję i niezwykłe strategiczne podejście do rzeczywistości

Kundzia – psi mieszaniec przez co ma silne geny, odporność  i niezłomność z działaniu; jej celem jest wydostanie się z placówki i odszukanie swojej pani Heni, która trafiła do placówki leczniczej, a rodzina nie chciała przejąć opieki nad pozostawionym w domu psem

Wszystkie cztery psy połączy szybko jedna IDEA: wielka ucieczka i spełnianie swoich marzeń! Chcą to dokonać grupowo, bo co kilka głów to nie jedna. Ale życie zaczyna rzucać im kłody pod łapy. Pierwszą jest szybka adopcja Szarloty i zniknięcie jej z orbity życia zakochanego jamnika. Jupi tym bardziej jest teraz zmotywowany do działań i chętny do porzucenia swej klatki. Swą energią zaraża pozostałych towarzyszy niedoli. Ale uciec z terenu schroniska wcale nie jest tak łatwo...

„Raz, dwa psy cztery” to awanturnicza, pełna akcji i niespodziewanych zwrotów powieść drogi. To wielka ucieczka w psim wykonaniu, zakłaczona sierścią, rozszczekana, rozmerdana ogonami. Szkoda zdradzać cokolwiek z fabuły, bowiem spod pióra Autorki wyszła wielka przygoda do śmiechu i wzruszeń. Dzięki niesamowicie pogodnemu charakterowi Jupiego wiele sytuacji ma posmak lekkości i humoru sytuacyjnego mimo dramatycznych starć ucieczkowiczów z tym co przyniesie im los poza murami schroniska. Bo uciekinierom nie jest lekko. Ciągle pakują się tarapaty, doskwiera im głód, zimno, zagubienie w terenie. Ale od czego mają Jupiego! Ten pies nie pozwoli nikomu się załamać i stracić humor.

Agnieszka Elbanowska nie stroni w swej książce od poważnych tematów. Ale są one podane Czytelnikowi tak przystępnie i tak sprytnie wplecione w akcję, że ciężar pewnych zjawisk nie odczuwa się bardzo dotkliwie. A mamy tu przemycone w psią przygodę opisy sytuacji zwierząt w kiepsko dotowanych schroniskach, problem nieprzemyślanych adopcji i szybkich zwrotów adopcyjnych – często z błahych powodów, zjawisko ludzkiej bezdomności i odrzucenia społecznego, znieczulica rodzin wobec zwierząt towarzyszących członkom swojej rodziny i masowe ich oddawanie lub porzucanie.

Jak pokazuje historia naszych odważnych uciekinierów często więcej empatii i serca okaże ci ktoś kto nie ma wiele lub nie ma prawie nic. Marzenia bohaterów są sterem ich działania, potrafią wtedy dokonywać rzeczy wielkich i heroicznych  – nawet prowadzić samochód! Nie wierzycie? Koniecznie przeczytajcie. Kiedy jedno z nich zaczyna wątpić w słuszność ich działań czy sens marzeń zawsze zostanie postawiony do pionu i zmotywowany.

Nie zdradzę czy 100% psich marzeń zostało spełnionych, czy wielka wyprawa osiągnęła cel i gdzie dotarła zgrana ekipa, a może po drodze każde podążyło osobno za swoim marzeniem?

Na sam koniec muszę podkreślić mój ogromny zachwyt okładką, ilustracjami oraz zakładką do książki, a wszystko pięknie opracowane graficznie i ilustracyjnie spod ołówka pani Niki Jaworowskiej-Duchlińskiej. Jestem oczarowana psimi bohaterami – jak każdy rysunek oddaje ich charakter i witalność albo dostojność. Od razu poszukałam w internecie więcej prac tej artystki. Tworzy wspaniałe obrazy.

Książka ma objętość 140 stron więc dla bardzo początkujących czytających dzieci będzie zbyt dużo tekstu, ale do wysłuchania jest idealna w każdym wieku, a i dorosły czytelnik znajdzie w tej lekturze dla siebie ogromną przyjemność czytania i bez pamięci zanurzy się w przygodzie, która rozwiewa wiatr we włosach. Bo pęd ku wytyczonym sobie celom to jej cecha, a my możemy się jedynie temu z boku przyglądać i poczuć również wielką ochotę na to by bez obaw sięgać do celów i nie iść przez życie w pojedynkę. Wielka wyprawa na kilkanaście łap pozostawi nas z uśmiechem na twarzy.

Reasumując: Latarnica poleca!

Podstawowe dane książki

Tytuł: „Raz, dwa, psy cztery"

Autor: Agnieszka Elbanowska

Ilustracje: Nika Jaworowska-Duchlińska

Wydawca: Wydawnictwo Bis

Objętość: 140 stron

Oprawa: twarda

Grupa wiekowa: 6-8 lat

Format: 165 x 235 mm

Poniżej okładka front i tył:

Poniżej strona tytułowa oraz bohaterowie:

 

Poniżej wybrane ilustrowane rozkładówki:

Poniżej sesja z moją kocią modelką Myszką:

Fot. Latarnica / marzec 2026


Dziękuję Wydawnictwu bis za możliwość zapoznania się z tą piękną książką i egzemplarz recenzencki. Więcej książek wydawnictwa znajdziecie na wydawnictwobis.com.pl


Latarnica poleca [75]

Kiedy w zimny jesienny dzień pod koniec 2025 roku zobaczyłam w internecie okładkę nowej książki z wydawnictwa Bis - coś szarpnęło mnie za serce. I był to skutek podziałania na mnie okładki i widniejących na niej zwierząt oraz podtytułu książki. A chodzi o opowieść dla dzieci Aleksandry Struskiej-Musiał o tytule „Bury i Bary. Wilk z lasu i pies ze schroniska”. O ile z psami ze schroniska sama mam na swoim koncie doświadczenia, o tyle wilka w naturze nigdy nie widziałam. A jednak doskonale wybrała Autorka swoich bohaterów, bo jakby nie patrzeć to dwa zwierzęce światy, które mają ze sobą coś wspólnego, a jednak są z zupełnie innych krańców bieguna podobieństwa. 

Lektura skrojona jakby na moje zainteresowania, bo od dziecka kocham świat zwierząt  zarówno ten dziki i nieujarzmiony jak i ten oswojony, bardziej znany, związany z towarzyszącymi nam na co dzień zwierzętami domowymi. Oczywiście bardziej znam psy i koty, a przyroda dzika to wielka zagadka, o której z przyjemnością czytam i odkrywam jej tajemnice. Z odległej przeszłości i mroków dzieciństwa pamiętam oczywiście postać wilka z Czerwonego Kapturka (och jak się go bałam!), czytanego mnie i siostrze przez tatę „Białego kła” Jacka Londona oraz już samodzielnie lata później „Nie taki straszny wilk” Farleya Mowata. 

Byłam ciekawa historii - można by pokusić się takim uogólnieniem - dwóch wilków: tego dzikiego drapieżnego ssaka z gatunku Canis lupus zamieszkującego lasy Eurazji (Bury) oraz wilka - jak czasami mawiamy o psach owczarkowatych np. o owczarku niemieckim (Bary). Jednak ten nasz książkowy to pies w typie wilka czyli mieszanka kilku ras z dominującą tą, która wpłynęła na jego wilczy wygląd. Jak sama pisze autorka opisując Barego to taki wilczur z domieszką husky, a może i jeszcze dokładką innej rasy psów dużych.

Wiedząc, że częścią tej historii będzie wątek schroniskowy wiedziałam, że prędzej czy później dopadną mnie podczas czytania silne emocje. Stało się to już na samym początku książki, bo wtedy odkrywamy, że piesek Bary trafia pod bramę instytucji opiekującej się bezdomnymi zwierzakami jako zwierzę niechciane, niepotrzebne, potraktowane bardziej jak rzecz, której można się łatwo pozbyć.

Przez ostatnie tygodnie wszyscy miłośnicy zwierząt w Polsce obserwują wiele pozytywnych zmian mających na celu poprawę ustawy o ochronie praw zwierząt i odkrywanie do publiczej wiadomości zjawisk „patoschonisk” czy „patohodowli”- placówek z założenia mających być DLA zwierząt w realnym świecie, a działających często wręcz odwrotnie. Tym bardziej ucieszyłam się, że schronisko trafiło na karty opowieści skierowanej do młodego czytelnika. Zapewne część dzieci je zna, bo mają w domu swoich czworonożnych przyjaciół właśnie z takich placówek. Ale dla innych będzie to coś nowego i powinny wiedzieć, że są takie ośrodki.W naszym domu zawsze funkcjonowała tradycja, że zwierzęta adoptuje się z miejskich schronisk, bo są przepełnione i wiele czeka na wymarzony dom.

Z samej treści książki nie chcę wiele zdradzać. Bo cała przyjemność czytania to nieustanne zadawanie sobie pytania : I co dalej z Burym? Co wydarzy się w życiu Barego?” i odkrywanie na kolejnych kartach jak kolejne lata życia wpływają na obu bohaterów.

Fantastycznym zabiegiem jest pokazanie nam niejako równolegle upływu tego samego okresu czasu dla dzikiego wilka z lasu i miejskiego psa mieszańca w typie wilka. Możemy sobie porównać przebieg życia zwierzęcego dziecka w stadzie i odpowiedzieć sobie na pytanie:  jaki los może mu zgotować człowiek będący wyżej w ewolucji i mający niejako z założenia sprawować opiekę nad zwierzętami. Miarą naszej cywilizacji i poziomu rozwoju jest nasz stosunek do zwierząt. Niestety bardzo często daleko nam do wzorowych opiekunów braci mniejszych.  Bywamy najokrutniejszym gatunkiem na tej planecie i potwornie mi wstyd za takich ludzi, którzy krzywdzą bezbronne istoty i wykorzystują swoją przewagę. 

Malutki Bury mógł cieszyć się życiem w rodzinnym stadzie, zaznał ciepła ciała wilczej matki, opiekuńczość ojca przynoszącego z polowań pokarm, cieszył się obecnością rodzeństwa, z którym razem odkrywał świat, ale i bawił się jak to dziecko. Nie był samotny, bo miał swoje stado i rutynę dnia. Dorastał jak jego już podrosłe rodzeństwo i tak samo przyjdzie się rozwijać kolejnym miotom. Niestety jedyne niebezpieczeństwo dla wilczego stada stanowi człowiek. Z nim często najsilniejszy osobnik może przegrać. Wilki starają się więc człowieka omijać szerokim łukiem i nie wchodzą mu z własnej woli w drogę. Zapach ludzki jest dla nich odrażający i wywołujący strach. Może dlatego tak niewielu z nas spotkało je na swojej drodze.

W tym samym czasie, gdy malutki Bury biegał po lesie i spał przytulony do bliskich w norze pod pniami drzew Bary zaznał od człowieka już na starcie życia przykrych doświadczeń. Gdzieś, w jakimś domu został uznany za niepotrzebnego, oderwany od swojej psiej mamy, choć jeszcze powinna go karmić swoim mlekiem i w chłodną noc podrzucony w kartonie pod schronisko.Tam zajęli się nim pracownicy i zaangażowany wolontariat karmiący go strzykawką czy butelką, przydzielający zastępczą psią mamę oraz innego młodego pieska - żywiołową jak on Mańkę - do zabawy i poprawnego psiego rozwoju.

Każdy kto miał styczność ze schroniskami wie, że młode zwierzęta: szczeniaki i kocięta mają większe szanse na adopcje. Ludzie wolą brać młode osobniki choć takie 2-3 letnie to również wspaniali towarzysze, niby już dorośli ale wciąż pełni energii, zdrowi, ciekawi świata i człowieka. Ale faktem jest, że szczeniak taki jak Bary - jak się okazało okaz zdrowia i  psiej energii - szybciej znajdzie dom stały. I tak się na drodze życiowej Barego się oczywiście dzieje. Wypatrzy go para Kasia i Wojtek, którzy zakochają się w psiaku i sprawią, że stanie się cząstką ich życia jako pełnoprawny członek rodziny.

Autorka pokazuje nam tą dobrą stronę adopcji i ten wymarzony wzorcowy model domu dla zwierzaka. Jednocześnie edukuje czytające czy słuchające tej opowieści dzieci jak powinniśmy zajmować się naszymi futrzastym przyjaciółmi, co jest w ich życiu istotne i rozwijające. Mamy tutaj wspaniałe zestawienie dzikiej przyrody (reprezentuje ją wilk Bury) i przyrody udomowionej (reprezentowanej przez psa Barego). Do każdego z tych gatunków należy podchodzić inaczej, ale każdemu należy się szacunek i respektowanie ich naturalnych praw i potrzeb. W przyopadku wilków muskmy też pamiętać by dbać o ich dom czyli ich środowisko naturalne, bo jeśli je zniszczymy wyginie ich gatunek. A to dzieje się na całym świecie przez działalność człowieka cały czas.

Na plus dla kociarzy mamy w tej historii i postać mruczącego towarzysza Barego - kota Chipsa, który w dniu jego adopcji był już rezydentem w tej rodzinie. Bary znał zapach kotów jeszcze ze schroniska i na szczęście nie miał z nimi złych skojarzeń.

I tak jako obserwatorzy z karty na kartę towarzyszymy kolejnym latom dorastania, dojrzewania i zmierzania ku jesieni życia naszych obu bohaterów. Powiem szczerze, że bardzo dużo o życiu dzikich wilków nie wiedziałam. Tym bardziej parę razy byłam zaskoczona niektórymi faktami i z ciekawością czytałam jak dorastają, opuszczają stado, zakładają swoje wilcze rodziny (Bury odnajduje swoją wilczycę Strzałę)  i nowe stada i powtarzają ten schemat, który toczy się w przyrodzie od dawna. Jedynym czarnym punktem na ich drodze może być człowiek. Dobrze, że i o tym oraz skutkach działania człowieka pisze Autorka. Przez to historia jest realistyczna i niczego sztucznie nie koloryzuje, a raczej edukuje i wskazuje na dobre i złe strony życia każdego z bohaterów tej książki.

Przy okazji czytania zachwycałam się kolejnymi ilustracjami Marty Rydz-Domańskiej, której możliwości znałam już wcześniej z innych książek i nadal pozostaje jej wielką wielbicielką. Przepiękne rysunki wilka i psa w ich naturalnym otoczeniu (las, dom) są zaletą podnoszącą jakość książki i dodającą smaczku. Czyta się i ogląda z największą przyjemnością. 

Niestety - w mojej osobistej opinii - „Bury i Bary” to nie jest ani zabawna, ani lekka lektura. Po drodze oba zwierzaki doświadczają jednak zdarzeń trudnych, kładących na ich życiu głęboki cień. Prześledzimy ich losy do zmierzchu ich życia. Tak jak narodziny czy to wilka z lasu czy psiego miotu w ludzkim domu w zasadzie poza otoczeniem niczym się nie różnią, tak kiedy przychodzi pora odejścia z tego świata i jest ono naturalne i związane z podeszłym wiekiem - i tutaj wilk i pies zostawia za sobą ziemskie życie tak samo - śmierć nie pyta i nie rozróżnia czy byłeś zwierzęciem towarzyszącym czy żyłeś w dzikiej naturze. Mamy więc ukazane w „Burym i Barym” wszystkie tak ważne aspekty życia zwierząt od narodzin do odejścia - by pomiędzy tą klamrą spinającą życie zobaczyć jak mogą potoczyć się losy tych dwóch bliskich, a jednak jakże oddalonych już od siebie gatunków. Już jako dorosłe osobniki wilk i pies w typie wilka mają istotne różnice fizyczne, które są uwarunkowane tym jaki tryb życia prowadzą (jako szczenięta miały najwięcej podobieństw). O tym również wspomina i uczy nas Autorka - tym bardziej chciałabym podkreślić ogromne walory edukacyjne tej książki.

„Bury i Bary” dużo mnie nauczyli. Nie podchodziłam do tej opowieści jak do książki z której wyniosę tyle wiedzy. A jednak ta wiedza fantastycznie wnika w bardzo ciekawą historię obu bohaterów. Wręcz jest tak dobrze wpleciona, że nie czuje się, abyśmy choć na chwilę opuszczali główny nurt powieści. Wnikamy w tą historię z całym wachlarzem emocji, martwimy się, wzruszamy, uśmiechamy, drżymy ze strachu. Cóż może być lepszego nad książkę, która wywołuje taki wachlarz emocji? Mnie po raz kolejny talent, wyobraźnia i styl pisania pani Aleksandry Struskiej-Musiał oczarował i pozwolił odlecieć daleko stąd. Nie było mojego fotela do czytania, herbaty, koca i kota na kolanach. Przez dwa wieczory (bo celowo podzieliłam sobie czytanie na dwa dni) przebywałam wieczorami w dzikim lesie odczuwając na własnej skórze zmienność pór roku i w schronisku, a potem sympatycznym domu bardzo odpowiedzialnych opiekunów. 

Reasumując: Latarnica poleca!

Podstawowe dane książki

Tytuł: „Bury i Bary. Wilk z lasu. i pies ze schroniska

Autor: Aleksandra Struska-Musiał

Ilustracje: Marta Rydz-Domańska

Wydawca: Wydawnictwo BIS, Warszawa 2025

Objętość: 64 stron

Wydanie: I

Kategoria wieku: +5

Oprawa: twarda

Format: 123 x 165 mm

Poniżej okładka front i tył:

Poniżej wyklejka i wybrane rozkładówki:

Poniżej sesja z moją kocicą Myszką, która zawsze towarzyszy mi przy lekturze:

Drugi wieczór czytania...

I po lekturze - sesja z książką :)

Fot. Latarnica / luty 2026


Dziękuję Wydawnictwu bis za możliwość zapoznania się z tą piękną książką i egzemplarz recenzencki. Więcej książek wydawnictwa znajdziecie na wydawnictwobis.com.pl

 


Latarnica poleca [74]

Przyjmując zaproszenie od Wydawnictwa Bis na napisanie recenzji z powieści Emilii Kieraś „Lapis” zastanawiałam się czy istnieje jakakolwiek nić łącząca tą książkę z profilem mojego blogu i osobistymi zainteresowanymi. Po cichu wierzyłam że tak, patrząc na intrygującą ciemną sylwetkę latarni morskiej na okładce, bowiem - tu będzie wyznanie - ta powieść była już    na stałe gościem mojej domowej biblioteczki w swym I wydaniu z 2021 roku, ale od jakichś 2 lat czekała na tzw. swoją chwilę. Czyli ten moment znany wielu nałogowym Czytelnikom, gdy książka stanowczo zawoła z półki i krzyknie mi prosto do ucha: „Teraz chcę być czytana!”.

Nie wiem kiedy nadeszłaby ta chwila i szansa dla „Lapis” (zawsze troszeczkę odstraszała mnie objętość 420 stron  - i od razu galopada obaw: „Kiedy ja to szybko przeczytam? Przecież tyle książek papierowych i ebooków czeka w kolejce!”). Ale życie samo podsunęło mi szansę nie do odrzucenia. Skoro właśnie ukazało się nowe, odmienione szatą graficzną   II wydanie i mogę o nim napisać to grzechem byłoby z tego zrezygnować. A jeśli latarnia morska jest w jakiś sposób powiązana z treścią „Lapisu” to nie może być bardziej trafnie dobranej książki do profilu mojego bloga. Zaryzykowałam i od razu powiedziałam TAK na taką propozycję. Ta zgoda z góry też niejako wymuszała natychmiastowe sięgnięcie po książkę i zanurzenie się w jej treści. Przecież najpierw trzeba uważnie zapoznać się z dziełem, potem poukładać sobie wszystko w głowie i ostatecznie usiąść do pisania. Bywa, że trudno się zebrać, bywa że w głowie nie formują się    żadne konstruktywne zdania, ale… tym razem było całkiem inaczej. 

Dziś będąc już po lekturze (a moje obawy co do poruszanej tematyki i objętości były po prostu głupim tłumaczeniem się przed samą sobą, bo czytanie „Lapis” zabrało mi tylko 2,5 wieczora) zupełnie nie mam w pustki w głowie. Wręcz odwrotnie - natłok myśli bombarduje, emocje szarpią,  bo jedno można powiedzieć na pewno: „Lapis” nie pozostawia Czytelnika obojętnym wobec tej historii z pogranicza baśni, legendy, opowieści historycznej z nutą dreszczyku, ale i romantyzmu. Ale po kolei. Bo jest tego wiele: pełen wachlarz skrajnych emocji, które co rusz zaskakują i nawet gdy robi się    już    zbyt późno głowa podpowiada: „Ci… jeszcze tylko jeden rozdział.” I tak od rozdziału do rozdziału skończyłam czytanie w sobotnią noc (weekend to chyba najlepszy czas na spokojne lektury bez presji wstawania do pracy i myślenia o innych codziennych obowiązkach).

Po pierwsze Autorka:  Emilia Kiereś. Nie znałam jej książek aż do chwili, gdy z racji poznańskich akcentów  trafiło od Wydawcy do mnie jej „Cacko” powieść wielopokoleniowa o poznańskiej rodzinie w klimacie świąt Bożego Narodzenia. Tak, tamtego  oku Pani Kiereś odmieniła moje święta i dokonała prawdziwego cudu wigilijnej nocy. Zatem wiedziałam już, że potrafi zagrać na emocjach jak nikt inny i trafia w czułe punkty dostarczając wzruszeń, ale i głębokich przemyśleń o życiu i relacjach.

Tak było i tym razem choć formuła powieści „Lapis” jest zupełnie inna. To nie realistyczna powieść o historii wyimaginowanego miasta. To baśń, to legenda, to tajemnicza historia wyszeptywana kolejnym pokoleniom. Opowieść z mrocznym drugim dnem, z przerażającą Poczwarą, której imienia się nie wymawia, w której więcej jest ciemności niż w niejednej głębokiej jaskini czy starej porzuconej studni. 

Po drugie – zbytnio nie spoilerować. Od razu wiedziałam, że ogromnym wyzwaniem będzie napisać o tej książce tak, aby nie zdradzić nic z zaskakujących zwrotów akcji, bo najdrobniejsze ujawnienie fabuły może zepsuć całą przyjemność   czytania. To właśnie te zwroty akcji i odkrywanie kolejnych kart jest dla Czytelnika najbardziej ekscytujące. A zagadki do rozwiązania mamy na każdym kroku. W zasadzie w głowie rodzi się co rusz więcej pytań niż otrzymujemy odpowiedzi. Bałam się, że Autorka może o czymś zapomnieć - tak bogato nafaszerowała postacie i zdarzenia w niedopowiedzenia, które w końcu powinny się    nam objawić w całej swej klarowności. Postaram się zatem NIC nie zdradzić z kluczowej fabuły i obym się jakimś stwierdzeniem nie zagalopowała za daleko. Bo sama byłabym zła, gdyby przed czasem ktoś ujawnił mi tajemnice bohaterów, miasta i tajemniczej Poczwary.

Akcja „Lapis” zamknięta jest w dwóch zasadniczych częściach rozgrywających się w różnych okresach czasu, a dokładnie dzieli je pół wieku. W części 1 poznajemy głównych bohaterów tego dramatu, bowiem od razu trzeba zaznaczyć, że historia nie jest lekka i pogodna choć dotyczy miłosnego związku miejskiego architekta Tobiasza Hiro i jego wybranki - żony Elżbiety oraz postaci jej brata miejskiego bibliotekarza Benedykta. Ta para (mieszkająca za murami miasta w uroczym domku pośród drzew) to główna oś i wokół niej rozgrywa się tragiczna w skutkach historia o zdradzie, ludzkiej nienawiści, zakłamaniu, strachu, ucieczki od odpowiedzialności za swoje czyny. Miastem rządzą w tym czasie burmistrz i Hrabia Less - postacie totalnie pogruchotane moralnie. A na skraju lasów, które otaczają Lapis mieszka tajemnicza staruszka Ruta ni to miejscowa wiedźma, zielarka, znachorka, osoba stroniąca od ludzi choć gotowa wspomóc tych, którzy do niej przyjda po poradę. Tłem dla życia bohaterów jest miasto LAPIS, wielowiekowa aglomeracja z mroczną historią w tle związaną z jego założycielami - braćmi, którzy dawno dawno temu zachwycili się okolicą i dominującym w terenie wapiennym skałom i zbudowali tam ośrodek miejski. Ale jak to często bywa, tam gdzie na początku jest zgoda i przyjaźń często dochodzi do rozłamu, konflikt i sporu, który kruszy najpiękniejsze więzi i relacje, także rodzinne. 

Lapis istnieje już od dawna, ale obecnie, w czasach Tobiasza i Elżbiety żyją w nim ludzie nie do końca otwarci i szczerzy, jakby bojący się mówić prawdę i spoglądać prosto w oczy swemu rozmówcy, uciekający od przeszłości - tak jakbyspojrzenie wstecz budziło nawiększe koszmary, które mogły natychmiast wkroczyć w ich życie. Dawne zatargi i niezakończone spory wciąż wiszą nad Lapis. Niestety czasy, w których żyją bohaterowie nie są łatwe bowiem nadciąga wojna i wróg zbliża się do miasta. Tobiasz jako doskonały architekt pracuje przy budowę murów i fortyfikacji, chce zrobić wszystko by ocalić to miejsce i ocalić mieszkańców. Nie mogę zbyt wiele zdradzić, bo zepsułabym Czytelnikowi te wszystkie przełomowe zdarzenia i zaskoczenia jakie wywołują. Nie spodziewałam się, że na życiu Tobiasza i Elżbiety spoczną tak  wielkie cienie doprowadzając do tragicznych zdarzeń. Wojna oczywiście nadchodzi, ale ku zaskoczeniu wszystkich staje się bardziej opowieścią o Dniu Wielkiej Bitwy - jednym dniu konfliktu zakończonego niespotykanym przerażającym wydarzeniem. Poczwara postać z legend, postać opowiadana dzieciom z pokolenia na pokolenie celem straszenia oraz wymuszenia posłuszności staje się faktem realnym. Czas tuż po bitwie jest końcem pierwszej części książki i końcem historii, która serwuje nam więcej pytań niż odpowiedzi. 

W części 2 poznajemy parę nowych głównych postaci - w zasadzie przybyszów z zewnątrz - bo wciąż jesteśmy w Lapis i na jego obrzeżach, ale mija całe 50 lat od wojny, a miasto zamawia odrestaurowanie fresków w miejscowej bibliotece oraz namalowanie nowych ukazujących historię Lapis. I tak do miasta przybywa 12-letnia Irenka ze swoim  ojcem malarzem – wdowcem pełnym smutku i żalu, dla którego to całkiem normalne, że co jakiś czas zmienia miejsce zamieszkania i podejmuje się kolejnych artystycznych zleceń. Ta dwójka zamieszka w bibliotece u wciąż żyjącego Benedykta – brata Elżbiety. Artysta z oddaniem i pasją podejmuje się nowej pracy, a mała Irenka niestety po raz kolejny musi przyzwyczaić się do nowgo miejsca i nowych ludzi. Poznaje tam rówieśnika Cyryla, która pomaga dorywczo w bibliotece Benedyktowi. Dziewczyna jest osobą bystrą, spostrzegawczą i ciekawą świata. Wjeżdżając nocą do miasta zauważa smugi światła tańczące na niebie, a pomiędzy drzewami majaczyła jakaś tajemnicza budowla. Dostrzega też dziwną staruszkę spoglądającą przy drodze na te światła. W samym budynku, który odtąd jest jej kolejnym czasowym domem, odkrywa dziwnągłęboką szczelinę w murach spętą mocnymi klamrami, z ciemności której w nocy słyszy dziwne głosy i szepty. Okazuje się, że nowe miejsce skrywa dużo tajemnic i nikt nie chce o tym mówić ani wracać do przeszłości. Ale ją takie podejście nie satysfakcjonuje. Na własną rękę zacznie stawiać odważne pytania i odkrywać karty dotyczące historii miasta, tajemniczej Poczwary, wiedźmy Ruty, ale przede wszystkim od początku chciała za dnia zobaczyć tajemniczą budowlę i jej mieszkańca. 

I tak do książki wkracza latarnia morska i jej obecność ma jak najbardziej sens, choć Lapis nie leży nad morzem. Wszystko wyjaśni się w kolejnych rozdziałach, a osobą podtrzymującą światło na wieży okazuje się Stary Tobiasz, mąż Elżbiety, która w niewyjaśnionych okolicznościach zniknęła przed laty… Tobiasz jest teraz niemową z wyboru, ale jak wiadomo wielkie traumy często tak działają na ludzi, a każdy wie że on przeżył lata temu coś przerażającego podczas Wielkiej Bitwy.

Irenka to dziewczyna, która odmieni los Lapis. Przez swoją    ciekawość, ale i wielkie serce gotowe nieść ludziom pomoc decyduje się na podjęcie wręcz heroicznych działań. I tak naprawdę nic więcej nie mogę dodać. Reszta tkwi w fabule - genialnej, wciągającej, mrocznej, ale niosącej ostatecznie ulgę i radość oraz odkupienie win. Nawet tych sprzed setek lat. Lapis nie musi być przeklęte i skazane na powolny upadek. 

Tak więc sens ilustracji latarni morskiej  na okładce I wydania i rysunku otwierającym część II książki w nowej edycji ma wielkie uzasadnienia. A dla mnie jako miłośniczki latarni morskich dało ogrom dodatkowych pięknych opisów i zdarzeń rozgrywających się w wieży.

W usta Ruty Autorka wplata trafne i piękne stwierdzenie:

[…] Latarnia przypomina mi zawsze, że każdy mrok można rozjaśnić. Wtedy czuję się bezpieczna i wiem, że nic mi nie grozi.

I w zasadzie mogłoby to być mottem całej książki. Bowiem dla miasta Lapis latarnią stała się   nastoletnia Irena, która nie bała się podjąć naprawdę odważnych misji uratowała jego przyszłości, ale i wybielenia przeszłości z tego co złe i podłe. Książka ukazuje prawdziwą ludzką    naturę oraz fakt że często naszymi decyzjami kierują te najgorsze uczucia. Ale jeśli tylko można to jakoś naprawić zawsze należy iść w kierunku świata i prawdy.

Na koniec krótka uwaga od nieuleczalnej kociary, którą  niewątpliwe jestem. W książce występuje postać rudego kota, który mieszka razem z Rutą. To miły zwierzęcy akcent, który zawsze rozgrzewał moje serec w wielu scenach rozgrywających się z tajemniczą staruszką.

Jestem oczarowana tą historią, nie przeszkadza mi zupełnie wątek tajemniczej Poczwary przełamującej konwencję powieści realistycznej, wręcz dodaje jej to uroku. Jako ludzkość lubimy tajemnice i lubimy je rozwiązywać. Tutaj rozwiazanie całej historii naprawdę każdego zaskoczy. A plan jaki ma na wszystko Irena to już prawdziwy literacki majstersztyk. Pamiętajmy to co ciemne rodzi się w gniewie i pragnieniu zemsty, nie dopuszczajmy NIGDY do takich chwil. Bohaterowie „Lapis” boleśnie odczuli na swojej historii skutki złych ludzkich emocji. 

Emilia Kiereś napisała kolejną wybitną książkę, która spodoba się starszym dzieciom i dorosłym. Ja jestem oczarowana, wciąż poruszona i nie żałuję ani jednej minuty oddanej tej lekturze. Żałuję może jednego - że tak długo dałam na siebie czekać tej książce. Ale może tak miało być. Może czekała na ten właściwy czas.I on nadszedł tej zimy.

Reasumując: LATARNICA poleca!

Podstawowe dane książki

Tytuł: „Lapis

Autor: Emilia Kiereś

Okładka i Ilustracje: Marta Rydz-Domańska

Wydawca: bis

Objętość: 376 stron

Wydanie: II (pierwsze w tej edycji)

Data premiery nowej edycji: 10 luty 2026, Warszawa

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Format: 135 x 205 mm

Kategoria wieku: +10 lat

Dostępna wersja audio

Poniżej okładka front i tył

Poniżej ilustracje rozpoczynające dwie części książki

Poniżej skrzydełko z Autorką  i strona tytułowa oraz dwa dotychczaowe wydania "Lapisu" w różnej szacie graficznej

Poniżej sesja z moją domową modelką Myszką

Fot. Latarnica/luty 2026

--------------------------------------

Dziękuję Wydawnictwu bis za możliwość zapoznania się z tą piękną książką i egzemplarz recenzencki. Więcej książek wydawnictwa znajdziecie na wydawnictwobis.com.pl


Latarnica poleca [59]

Czy można przeżyć magię świąt Bożego Narodzenia już w pierwszej połowie listopada? Ale tak z całą mocą: ze wzruszeniem, ciepłymi wspomnieniami, zapachami sprzed lat, twarzami bliskich, którzy już odeszli, rodzinnymi historiami o ciężkich i lepszych czasach? Odpowiedź jest krótka: Można! Bo sama tego doświadczyłam. I zupełnie nie spodziewałam się, że święta wkroczą do mojego domu i życia w tym roku tak szybko. A wszystko za sprawą przesyłki, która trafiła do moich rąk 9 listopada. 

W niepozornej kopercie od warszawskiego Wydawnictwa BIS, tuż przed oficjalną premierą, która miała miejsce 12 listopada, przybyła książka Emilii Kiereś „Cacko” zapowiadająca lekturę w klimacie świąt, które nadchodzą coraz większymi krokami. A pogoda za oknem jeszcze temu przytakuje podsyłając coraz chłodniejsze podmuchy wiatru i temperatury opadające słupkiem rtęci coraz bliżej ku zeru. Zatem jesień weszła w fazę przygotowywania się do zimy. A skoro zima to coraz bliżej ten wyjątkowy czas w roku…

Jeszcze tego samego wieczoru usiadłam w ulubionym do lektur fotelu (najlepszy zakup mojego życia!) z kocem na kolanach, na który natychmiast wskoczył kot i uruchomił głośne mruczenie, a ja popijając herbatę z malinami, plastrem pomarańczy i miodem otworzyłam okładkę „Cacka” i… odleciałam w inny świat.

Fakt, Wydawca poinformował mnie, że szykuje wzruszającą i piękną opowieść o świętach z moim rodzinnym miastem Poznań w tle, ale nie takiej dawki emocji i nagle odkopanych własnych wspomnień sprzed dekad się spodziewałam. Nie będę udawać że jest inaczej - dotychczas nie miałam sposobności skosztowania prozy Emili Kieraś, choć nazwisko nie jest mi obce, bo od lat na liście książek do kupienia czeka jej „Lapis”. Myślę, że teraz szybko to nadrobię. Bo jak wiadomo apetyt wzrasta w miarę jedzenia.

Nie jest mi łatwo zebrać w słowa ten cały wszechświat myśli i emocji jakie obudziła lektura „Cacka”. Na pewno nie przypuszczałam, że ta lektura będzie swoistą podróżą w przeszłość i odnajdywaniem we własnym życiu wielu odpowiedników doznań i sytuacji bohaterów tej zimowej opowieści. Jakby nagle ktoś odkrył zakurzony karton ze wspomnieniami i otworzył mi go pod samym nosem. Przez dwa wieczory (bo tyle zajęła mi lektura i z premedytacją podzieliłam ją sobie na weekend) nie było mnie w moim pokoju. Nie było mnie też w roku 2024. Ale na pewno nadal byłam w Poznaniu, ale jakże innym, jakże przechodzącym przemiany, ulegającym powiewowi historii i tego co przyniosły dziesięciolecia od początku XX wieku.

Bo „Cacko” to nie tylko opowieść bożonarodzeniowa, ale to kawał historii naszego kraju, choć w tym przypadku sprowadzony do miasta Poznań, w którym dzieje się akcja. A akcja obejmuje ponad 100 lat - zaczynając się w roku 1911,  a kończąc w 2014 - kiedy to miasto i nasz kraj przeszły tak wiele zmian. A wszystko zamknięte w ramy historii jednej rodziny państwa Jacynów, których poznajemy w chwili rozpoczęcia swojego poznańskiego życia, bowiem podejmują się przeprowadzki do dużego miasta z pobliskiej Wrześni. A ta ogromna zmiana ma miejsce właśnie w Boże Narodzenie. Kiedy mały Ambroży wysiada z mamą na stacji kolejowej Poznań jest wtedy miastem Posen. A ich sąsiadami na Łazarzu zostaną niemieckie rodziny. 

Dalsze losy bohaterów i następnych pokoleń Jacynów poznamy w kluczowych momentach historycznych i podczas świąt Bożego Narodzenia spędzanych w jakże innych okolicznościach, a czasami i innych miejscach. Emilia Kiereś zaprowadzi nas także do Poznania w roku 1918, kiedy to miasto szykuje się na przybycie kompozytora Ignacego Paderewskiego. Później przeskoczymy do 1944 i czasu II wojny światowej kiedy to bohaterowie przebywają w rodzinnym majątku Nadorzyce. Dalej prosto z tragicznych doświadczeń wojennych przenosimy się na ulicę Zieloną w Poznaniu, gdzie święta 1981 roku naznaczone są ogłoszeniem stanu wojennego. By prawie, że zakończyć tą wędrówkę w roku 2014 - w zupełnie już innym Poznaniu i zupełnie innej Polsce w mieszkaniu przy placu Cyryla Ratajskiego. Napisałam „prawie”, bo epilog tej książki zamknie krąg zdarzań ponownie w roku 1911, by wyjaśnić nam co tak naprawdę wtedy się wydarzyło i jak ponad stuletnia bombka choinkowa z sklepiku niemieckiego handlarza Hansa Neumanna (wciąż obecna w rodzinie i zawieszana raz w roku na świątecznym drzewku) trafiła w ręce taty Ambrożego i stała jego głównym prezentem dla syna podczas ich pierwszych świąt w Poznaniu. 

Myślę, że nie przypadkowo powieść bożonarodzeniowa „Cacko” jest taką historią pętlą. Bo jakże inaczej miałaby przebiegać historia tej rodziny jeśli nie po trajektorii kuli - skoro wspólnym elementem każdego Bożego Narodzenia, które poznajemy jest właśnie tytułowe cacko - przepiękna i delikatna szklana bombka odbijająca w sobie wszystkie przeszłe wigilie tej rodziny i zebrane wtedy przy wigilijnym stole osoby. 

Cacko państwa Jacynów było tym wyjątkowym przedmiotem przechowywanym i wędrującym wraz z rodziną nawet gdy nadeszły najcięższe czasy. Od razu zaczęłam się zastanawiać czy i w mojej rodzinie mamy taki przedmiot. Stare bombki z okresu dzieciństwa , jeszcze zachowane po dziadkach nie przetrwały. Ale jest taki porcelanowy aniołek, który od dziesięcioleci trafia na czubek choinki. Jego obecność przypomina nam o osobach, których już z nami nie ma, skłania ku wspomnieniom i opowieściom o dawnych świętowaniu. Sama pamiętam - jako osoba z rocznika 1973 - trudność zdobywania produktów żywnościowych w latach 70-tych  i 80-tych XX wieku, pamiętam stan wojenny, niepewność, strach, potwornie mroźne i śnieżne zimy, szarość ulic i pustki w sklepach. Ale tamte święta mimo trudnych czasów w naszym kraju wspominam też najcieplej - bo gromadziliśmy się całą kilkupokoleniową rodziną  i było naprawdę wyjątkowo. I w moim odczuciu bogato. Nigdy już takie wigilie później w latach 90-tych nie wróciły. A zapach pomarańczy do dziś kojarzy mi się wyłącznie z tymi trudno zdobytymi przez mamę, ale zawsze obecnymi te kilka dni w roku.

Podczas lektury zastanawiałam się dla kogo właściwie jest ta opowieść. To, że wyjątkowo poruszy osoby urodzone w latach 70-tych i 80-tych XX wieku to pewne. Bo mocno dotyka tego co sami przeżyli i jeszcze na świeżo pamiętają wojenne opowieści dziadków z okupowanego Poznania.  I w zasadzie chciałam początkowo napisać, że nie wiem czy to dobra historia dla dzieci… Ale jednak się teraz z tego wycofuję. „Cacko” Emilii Kiereś to najlepszy możliwy sposób by przybliżyć młodym pokoleniom historię, ale w tak niezwyklej otoczce jaką jest magia świąt, na którą dzieci tak czekają. Daje to szansę pokazania, że nie zawsze Boże Narodzenie było takie jak jest teraz i trzeba o tym pamiętać i dbać by nie wróciły czasy biedy, głodu, wojny i niedostatku. Książka przepięknie też zachęca do pielęgnowania własnych rytuałów świątecznych i znalezienia sobie - może nawet dopiero dziś - swojego rodzinnego cacka - czegoś co przetrwa dla następnych pokoleń. Bo warto pielęgnować tradycję i wartości rodzinne i o tym też jest ta książka. O relacjach które są i przetrwają ponad wszystkimi kłodami jakie rzuci nam los pod nogi.

Na koniec muszę jeszcze dodać, że mnie kilka razy dopadło zeszklenie się oka i raz popłynęły nawet łzy ogromnego wzruszenia podczas czytania, bo jednak mocno odnajdywałam się w losach tej rodziny i pobudzały one głęboko pochowane wspomnienia. Ale doświadczałam też uśmiechu pod nosem, kiedy moglam sobie w duchu powiedzieć - „Rety u nas też tak było na święta!”, „My również mieliśmy takie bombki” , „My też chętnie graliśmy w grę planszową zwaną Grzybobranie”!. Cóż to były za czasy!

„Cacko” Emilii Kiereś to cudowna powieść o rodzinie, w której możemy się przeglądać i dostrzegać własne korzenie i losy naszych przodków. To jak oglądanie starego albumu zdjęć - zakurzonego, pełnego wygasłych twarzy ludzi, bez których nie byłoby dziś nas. Do tego w tle mamy pięknie podaną historię Poznania (w końcu Autorka mieszka właśnie w tym mieście i zna je najlepiej) co może też zaciekawić czytelników z innych regionów Polski. Dodatkowym atutem tej publikacji są cudowne i idealnie oddające treść ilustracje pani Edyty Danieluk.

Nie spodziewałam się tak emocjonalnej, ciepłej i doskonale napisanej powieści, która zadowoli starszych i młodszych. Z przyjemnością będą ją polecać na prezent bożonarodzeniowy, bo dzięki jej wielopokoleniowemu czytaniu nasze święta w roku 2024 mogą się tylko wzbogacić duchowo i pobudzić do wielu dobrych działań.

Reasumując: Latarnica poleca!

PS. Dziękuję Wydawnictwu BIS za przysłanie egzemplarza recenzenckiego, który odmienił we mnie końcówkę tego roku i wniósł szybciej niż zwykle nastrój i magię świąt.

Podstawowe dane książki

Tytuł: "Cacko - opowieść bożonarodzeniowa"

Autor: Emilia Kiereś

Ilustracje: Edyta Danieluk

Wydawca: Wydawnictwo BIS

Objętość: 168 stron

Oprawa: twarda

Format: 170 x 240 mm

Poniżej  front i tył okładki:

Poniżej sesja inspirowana lekturą z własnym bożonarodzeniowym cackiem

Poniżej wybrane rozkładówki z przepięknymi ilustracjami Edyty Danieluk

Książka posiada też piękną klimatyczną wyklejkę w bożonarodzeniowym klimacie - obcowanie z takim pięknym wydawnictwem jest czystą przyjemnością

Egzemplarz "Cacka" przyjechał do nas w zimną, ponurą listopadową sobotę. Ale swoim przybyciem odmienił ten dzień, a nawet cały weekend. Nagle spłynęła na nas magia świąt i nawet kotka Mysza bardzo się zainteresowała tym co kryje się za tą kuszącą okładką


Latarnica poleca [vol. 55]

To miała być taka recenzja jak zwykle. Ot zebrane myśli na temat książki, którą z przyjemnością przeczytałam. Ale już czuję, że musi tu wkroczyć trochę prywatnej historii i taka będzie ta opowieść o Kociołku - nowości Wydawnictwa bis -  mająca dla mnie swoje korzenie o wiele, wiele wcześniej niż teraźniejszość. Bo jak tylko zobaczyłam zapowiedź i okładkę "Kocioł - pierwszy astroMIAUta" od razu przypomniałam sobie o swojej pierwszej kosmicznej zwierzęcej książce, która bardzo mnie ukształtowała. Ale to mogłam dostrzeć dopiero z perspektywy lat i upływu czasu.

Dawno, dawno temu kiedy Monika była jeszcze małą Monisią zaczytywała się w książeczce "Szare Uszko" Mieczysława Piotrowskiego (a najpierw wsłuchiwała w jej treść,  bo nie potrafiła jeszcze czytać). Pokochała głównego bohatera zajączka, który sprzeciwał się okrutnym działaniom myśliwych, a ostatecznie trafił do szkoły dla zwierząt, w której uczono latać w przestrzeni kosmicznej. Co ważniejsze Szare Uszko po edukacji w szkole dla astronautów zakwalifikował się do lotu w kosmos i wyruszył rakietą poza ziemię by ujrzeć z bliska twarz księżyca.

Poniżej moja ukochana książeczka z dzieciństwa:

Ta historia była dla mnie tak czarująca i znacząca, że kosmos, astronautyka, astronomia, obce cywilizacje i kolonizacja kosmosu pojawiły się w moich wyborach książkowych i filmowych przez całe życie bardzo często. Po drodze pojawiło się i marzenie o studiowaniu astronomii, ale jednak poziom nauk ścisłych byl dla mnie - jako humanistki - nie do przejścia.

Nic dziwnego, że zalotne spojrzenie kota Kociołka z okładki książeczki pani Marty Rydz-Domańskiej natychmiast sprawiło, że serce zabiło mi mocniej. Bo coż mi mogła ta lektura ofiarować? Podwójne szczeście w postaci bohatera, który należy do mojego ulubionego gatunku zwierząt jak i kosmiczną wyprawę! Nic więcej do pełni szczęścia mi nie potrzeba! Duet KOT-KOSMOS to to, co gwarantuje szybkie bicie serca, uśmiech na ustach i nieziemskie emocje.

Nie będę ukrywać - jako "konsument literatury" - nieznane książki czy niesprawdzonych autorów zdecydowanie oceniam najpierw po okładce czy tytule. Tutaj od razu aż zaiskrzyło! Ze stacji kosmicznej spogląda na mnie sympatyczny Kocioł - kot astroMIAUta, a w przestrzeni kosmicznej wędruje pracownik stacji. Cudowne kolory, wspaniala kreska, styl który od razu mi przypasował no i to cudne oryginalne imię kota! Natychmiast książkę zamówiłam i nie mogłam się doczekać na paczkę.

Kiedy trzymałam już w dłoniach historię astroMIAUty aż mnie kusiło, by rzucić wszystko i od razu zagłębić się w lekturze. A ponieważ miałam rozpoczęte inne książki zaczekałam parę dni i z wielką lubością, w ukochanym fotelu, z kubkem herbaty w dłoni oddałam się tej kosmicznej opowieści. Plan był taki by sobie dawkować i za szybko nie dotrzeć do celu, ale... plany jak to plany, a życie swoje. Zapadłam się dosłownie w tej historii i na jeden wieczór oddałam kosmosowi i stacji z kotem na pokładzie.

Nie podejrzewałam jak wielu silnycn emocji mi dostarczy, jak bardzo będę się martwić, denerwować, bać ale i również uśmiechać, przytakiwać, a chwilami wręcz mruczeć przy niej. A jako, że czytaniu towarzyszyła moja kotka Mysza leżąca na kolanach to i ona usłyszała wiele fragemntów tej książeczki.

"Kocioł - pierwszy astroMIAUta" ma w sobie wszekkie cechy książki idealnej. Świetna, trzymająca w napięciu historia - pięknie przyprawiona informacjami ze świata nauki, które zupełnie nie odbiera się jako suchych informacji z astronautyki. Mamy wspaniałego, sympatycznego bohatera - nierasowego kota o wdzięcznym imieniu Kocioł, który jak to każdy kot z własnej ciekawości i wygody dobrego spanka może nagle znaleźć się w bardzo niekomfortowej sytuacji. Stacja kosmiczna to nie najlepsze środowisko bytowania dla domowego kota. Nagle rodzi się wiele problemów - choćby w kwestiach żywienia czy załatwiania swoich potrzeb fizjologicznych.  Obecność Kociołka totalnie zaskakuje pracowników stacji, ale stając przed tym faktem będą musieli po prostu dostosować swoje zadania i obowiązki tak, by kot mógł ten czas spędzić po kociemu i mając zaspokojone swoje potrzeby.

Kocioł jest cudownym stworzeniem, zaskarbia sobie załogę, ma do dyspozycji kosmiczny ogród w którym są prowadzone badania biologów nad uprawą roślin w tak innych niż ziemskie warunki. Po drodze przyjdzie nam i bohaterom zmierzyć się z kosmiczną przygodą mrożącą krew w żyłach i nic już więcej nie zdradzę. Ale tak czy inaczej lektura tej książki to sama przyjemność. Jej treść wciąga, fascynuje miejscem akcji, a strona wizualna czyli ilustracje Autorki są cudowne. Z przyjemnoscią wpatrywałam się w każdą i błądziłam wzorkiem po detalach i sylwetce Kociołka.

Śmiało mogę powiedzieć, że przy lekturze tej książki przyjemność znajdą nie tylko dzieci, ale i dorośli. Jedyny minus to taki, że opowieść za szybko dobiegła końca. Z przyjemnością poczytałabym więcej,  a sam Kocioł jest tak fajnym bohaterem, że mógłby pojawić się w jakiejś inneg książkowej historii i przeżyć kolejne przygody - choćby miały być tylko ziemskie.

Reasumując: Latarnica poleca!

Podstawowe dane książki:

Tytuł: Kocioł pierwszy astroMIAUta

Autor: Marta Rydz-Domańska

Ilustracje: Marta Rydz-Domańska

Wydawca: Wydawnictwo bis

Objętość: 64 strony

Oprawa: twarda

Format: 165 x 235 mm

Poniżej okładka – front i tył

Poniżej wybrane rozkładówki książki

Poniżej sesja z moją kocią modelką Myszą - wspaniale się nam razem czytało o Kociołku i przeżywało kosmiczne przygody.


Latarnica poleca [vol. 54]

Chyba nikt nie ma wątpliwości, że w końcówce XX wieku, a już na pewno w XXI wieku koty rządzą internetem i naszym życiem. Trudno jest się oprzeć urokowi tych mięciutkich istot o wielkich oczach, którymi potrafią wyprosić u człowieka niemal wszystko na zawołanie. Kochamy koty w filmach, w literaturze, w reklamie i na opakowaniach stosowanych produktów. Wiadomo – kot sprzeda dziś wszystko samą swoją obecnością. A życie u jego boku nigdy nie będzie już takie samo i podobne do tego z okresu „przed posiadaniem kota”. Sama to wiem i już trudno mi wyobrazić sobie jak wygląda żywot bez współdzielenia go z tą istotką na czterech łapkach.

Podobne podejście do życia ma rodzina bohaterki książeczki „Minka i jej kocie przygody” Anny Bichalskiej. Bo nie tylko dzielą swoje życie z malutką i pełną szalonych pomysłów kotką Minką, ale i jej rodzeństwem Łatką i Szarusiem i kocią mamą Łapką. Z kociakami jak z małymi dziećmi – żywe srebra gotowe czerpać z życia ile się da, ciekawskie i chętnie stawiające czoła wyzwaniom, nawet jeśli nie do końca zdają sobie sprawę z ich skutków.

Minka jest najbardziej ciekawska i odważna. Gdy rodzeństwo śpi nocą wtulone z futerko mamy wsłuchując się z jej równy oddech, bicie serca i czerpiąc kojące ciepło koteczka gotowa jest na nocne zwiedzanie mieszkania i odkrywanie nieznanych przedmiotów, zapachów i wysokości. Bo wysokie ciągi komunikacyjne to kotki lubią zbadać. Inaczej stamtąd widać świat i można zaczaić się na rodzeństwo. Dewizą życiową Minki jest, że życie jest pełne niespodzianek i fascynujących zjawisk. I one tak bardzo ją kuszą że jest w stanie prowadzić samotne nocne badania choćby kosztem swojego snu. Przecież kotki – w przeciwieństwie do ludzi - mają ten komfort i odeśpią wszystko za dnia!

Książka Anny Bichalskiej w kilku niedługich rozdziałach idealnie oddaje pomysłowość małego kota mieszkającego z ludźmi w jednym mieszkaniu. Wszystko może go zainteresować. Ludzki umysł nie potrafi nawet sobie wyobrazić jak atrakcyjne mogą być zupełnie niepozorne przedmioty. Z kociej perspektywy kwiatki doniczkowe to dżungla, wiadro z wodą ocean, zasłona ścianka wspinaczkowa, a odkurzacz to straszny wyjący potwór, choć można go okiełznać i się z nim zaprzyjaźnić. Ale to trzeba być tak odważną kotką jak Minka. 

Autorka doskonale oddaje pozytywne wartości jakie wnosi w nasze życie kot. Ludzka rodzina Minki – a zwłaszcza dziewczynka Lusia – ma wiele rozrywki z samej obserwacji pomysłów koteczki. Minka jako ta odważniejsza bywa prowodyrem zabaw z rodzeństwem podsuwając im różne scenariusze zabaw w mieszkaniu. Najlepsze są zdobywania nowych – niedostępnych dotąd – obszarów. A że czasami po wejściu nie da się już zejść to inna sprawa.

Dla kogo jest ta opowieść o sympatycznej odważnej kotce? Na pewno dla młodszych dzieci. Jeśli same mają kota odbiorą te historie przez pryzmat własnych doświadczeń. Jeśli nie mają, może książka będzie dobrym wstępem do rozmów o wprowadzeniu do rodziny zwierzęcego przyjaciela. Dużą czcionka będzie wygodna dla dzieci już czytających ale sprawdzi się również w wieczornych czytaniach przed snem przez rodzica.

Na koniec muszę podkreślić atuty wizualne tej publikacji. Bo książki jak jedzenie też często kupuje się a na pewno sięga po nie patrząc na okładkę. To ona przykuwa nasz wzrok i woła z półki. A na okładce widzimy prześliczną słodką koteczkę. Chce się od razu zajrzeć do środka. Jestem zachwycona ilustracjami Anety Krella-Moch! Wszystkie kotki z obrazków są tak słodkie a ich oczka i spojrzenia czarujące. Wygodny format i sztywna oprawa ułatwia śledzenie ilustracji przez dziecko podczas czytania np. w łóżku. Jeśli ta historia Wam się spodoba z pewnością poszukacie innych książek Anny Bichońskiej. Zajrzyjcie koniecznie na ofertę na stronie wydawcy (www.wydawnictwobis.com.pl).

Reasumując: Latarnica poleca!

Podstawowe dane książki:

Tytuł: Minka i jej kocie przygody

Autor: Anna Bichońska

Ilustracje: Aneta Krella-Moch

Wydawca: Wydawnictwo bis

Objętość: 84 strony

Oprawa: twarda

Format: 165 x 235 mm

Dziękuję Wydawnictwu bis za egzemplarz recenzencki.

Poniżej okładka - front i tył

Poniżej wybrane rozkładówki książki

Poniżej sesja z moją kocią modelką Myszą – która cierpliwie wysłuchała w dwa wieczory historii o kotce Mince

Fot. Latarnica / marzec 2024


Latarnica poleca [vol. 53]

Mają wiele uroku książkowe cykle, bo zapewniają, że przy końcówce lektury nie żegnamy się z bohaterami i ich światem na zawsze. Jeśli książka jest dobra, jeśli postacie wzbudzają w nas pozytywne emocje, a ich życie jest takie, w którym chętnie jako czytelnik się odnajdujemy, to dobijając do ostatniej strony lektury czuje się ogromny żal. Opuścimy znany teren i ruszymy w nieznane. A czasami uczucie tęsknoty jest tak dominujące, że nie wiemy czy będziemy chcieli przeskoczyć w inny literacki świat. Doświadczałam tego stanu od dziecka i mam nadal już jako dorosły czytelnik.

Na szczęście istnieją cykle. I cyklem jest też "Ulica Pazurkowa". Miałam tą świadomość zaczynając czytać tom pierwszy i zapoznając się z historią rodziny Kociejków. Poznajemy ich w chwili wyjątkowej. Po pierwsze ta historia dzieje się  tuż przed i w święta Bożego Narodzenia (a kto zaprzeczy i nie przyzna wyjątkowości tej porze roku?). Po drugie, los rodziny za chwilę bardzo się zmieni. A to za sprawą nieplanowanej wizyty kota Ogryzka i jego apetytowi na karpia. Podwójny życiowy fikołek! Niecodzienność wkraczająca w codzienność!

I tak odkrywamy, że na ulicy Pazurkowej jest nieduży wielorodzinny dom. W domu tym poza Kociejkami mieszka i kilka innych rodzin oraz osób samotnych, które próbują jakoś te swoje sąsiedzkie układy, swady i zgody klocek po klocku na co dzień poukładać. Ale jak wiadomo ile ludzi tyle charakterów, temperamentów i poziomów relacji.

Życie codziennie domu na Pazurkowej wywraca do góry nogami kot. Ale czy to kogoś dziwi? Skoro koty rządzą światem to co dopiero jednym domem. Taki tam fikuśny rudzielec skrada natychmiast serca Kociejków i ich dzieci, ale obecność kota szybko staje się  już nie tylko ich sprawą. Ona płynnie przejdzie na każdego mieszkańca tego niewielkiego domostwa. Nie dość, że kot wzbudzi różne emocje i odkryje prawdziwe twarze kociarzy i antykociarzy to po prostu pewnego dnia Ogryzek tak jak nagle się pojawił tak zniknie!

NIe jest moim zamiarem opowiadanie tej historii, bo cała radość to jej odkrywanie karta po karcie. Od karpia i Ogryzka się zaczyna, ale idzie swoim torem dalej i tak mając na półce już cały cykl (w chwili obecbej 4 tomy) możemy wskoczyć w życie bohaterów i w inne pory roku. Nie dość, że mamy stały zestaw postaci (mieszkańców domu przy Pazurkowej) to na plan wchodzą i nowi bohaterowie (także zwierzęcy). W kolejnym tomie poznamy nowych lokatorów (a jak i dlaczego jest nagle wolne mieszkanie to już sami doczytacie). Rodzina Nowicjuszów przybywa z synkiem i swoim psem Pierogiem, a Karolek idealnie pasuje jako kolejny chłopiec do zgranej paczki dzieciaków z domu przy Pazurkowej.

W tomie 2 i 3 (Nowi lokatorzy oraz Matylda i Klopsik) mamy porę letnią. Cudowny czas wakacji kiedy dziecaki mogą sobie wymyślać od samego rana zabawy, kiedy pogoda pozwala na bieganie w terenie, a okolica ulicy Pazurkowej całkiem fajna, bo i w pobliżu Lasek Kocimiętki, Kocia Polanka, Różany Stawek i ulice o wdzięcznych nazwach: Majerankowa, Jabłkowa, Truskawkowa czy Nagietkowa. Od razu miałam jakieś takie luźne skojarzenia do cudownego własnego okresu wakacji z lat szkoły podstawowej, kiedy zachwyciłam się lekturą "Dzieci z Bullerbyn". Tak samo ciepłe emocje, grupka przyjaciół, zabawy i wspólne przygody.

Najnowszy tom 4 (Zaklinacz kotów) ukazał się w 2023 roku i dostał nagrodę Książki Roku 2023 portalu granice.pl. Z niego to dowiemy się m.in. jak można poradzić sobie ze spanikowanym kotem na drzewie oraz pomalutku dorastamy wraz bohaterami dziecięcymi. Lokatorzy domu przy Pazurkowej wciąż są dla siebie jak jedna rodzina i łączą ich wspólne cele, pasje oraz zwierzęta. Suszarnia - poza latem, kiedy najchętniej odwiedzany jest domek pod drzewem w ogrodzie - jest miejscem spotkań dzieciaków, ale i regularną miejscówką na omawianie bieżących spraw wszystkich mieszkańców. Z resztą popatrzcie na nią na ilustracjach. Aż chce się tam pójść!

Patrząć jak rozwija się akcja spodziewam się kolejnych tomów i nie bedę ukrywać, że chętnie już bym poznała ciąg dalszy. "Ulica Pazurkowa" to przesympatyczna opowieść dla młodszych i starszych. Czytelnik w każdym wieku coś odkryje dla siebie i ma szerokie spektrum postaci z kilku pokoleń - więc zawsze można się z kimś zidentyfikować. Podoba mi się, że opowieści Aleksandry Struskiej-Musiał poza główną osią akcji poruszają ważne problemy i zjawiska takie jak nasz stosunek do zwierząt, osób starszych, wzajemna opieka międzypokoleniowa, uczynność, tolerancja dla inności, niepełnosprawność, akceptacja wśród rówieśników, ucieczka od problemów w swój wąski świat, współpracwa w grupach, rozwiązywnaie konfliktów u dzieci i dorosłych.

Książki z tej serii mogą wnieść dla dziecka wiele dobrych treści, podsuwających nienachalnie różne rozwiązania w sytuacjach, które każdy z nas kiedyś przeżywał. Główne opowieści każdego tomu są wciągające, lekko i dobrze napisane. Aż sama się zdziwiłam jak bardzo mocno i głęboko wskoczyłam w ten świat i się w nim rozgościłam jako niewidzialny obserwator/ czytelnik.

Bardzo polecam te książki na prezenty dla dzieci. Są wspaniałe na tzw. wieczorne lektury przed snam i do polekturowej dyskusji. Zadowolą młodych miłośników psów i kotów. A może wspomogą czasami tak trudne rodzinne rozmowy na temat tego czy przygarnąć psa lub kota. Autorka pokazuje jkak wiele dobrego wnoszą w nasze życie zwierzęta i jak pozytywnie potrafią nas odmienić.

Na koniec muszę jeszcze podkreślić, że tekst dopełniają cudowne ilustracje, a sztywna oprawa i poręczny format z dużą czcionką pomagają w dobrym odbiorze i np śledzeniu treści przez oglądanie obrazków w czasie gdy dorosły czyta książkę dziecku.

Reasumując: Latarnica poleca!

Na cykl "Ulica Pazurkowa" składają się 4 tomy przygód bohaterów mieszkających w jednej kamienicy przy tytułowej ulicy

4 tomy mają nie tylko przepiękne ilustracje ale i cudowne, dobrane graficznie wyklejki okładek

Poniżej okładki cyklu front i tył

Podstawowe dane książki:

Tytuł: Ulica Pazurkowa

Podtytuł: tom 1 Na tropie Ogryzka, tom 2 Nowi lokatorzy, tom 3 Matylda i Klopsik, tom 4 Zaklinacz kotów

Autor: Aleksandra Struska-Musiał

Ilustracje: Monika Rejkowska (tom 1-3), Katarzyna Zielińska (tom 4)

Wydawca: Wydawnictwo bis

Objętość: 64 strony

Oprawa: twarda

Format: 165 x 235 mm

Poniżej przykładowe rozkładówki z wnętrza książki:

Nie byłoby recenzji, a już na pewno nie ominęłaby ona  tzw. kociej historii, gdyby nie pozowałaby z tymi egzemplarzami moja doświadczona kocia modelka Mysza.

Dziękuję Wydawnictwu bis  za egzemplarze recenzenckie (tom 1 i 4) i możliwość szybkiego zapoznania się z tym cyklem!

Fot. Latarnica / luty 2024


Privacy Preference Center