Są takie książki lub autorzy, po które nigdy bym nie sięgnęła, gdyby nie jakiś atut powodujący iż jednak przełamuje niechęć i próbuję. Tak było zdecydowanie z trylogią Liliany Fabisińskiej.

Jej książek w ogóle nie znałam, o autorce w ogóle nie słyszałam. Obyczajówki współczesnych polskich pisarzy? Nie moja działka. Zupełnie przypadkowo na facebooku, we wpisie znajomego mieszkającego w Helu znalazłam okładkę jednej z nich i informację że pan się w tym zaczytuje i jakie to jest dobre bo świetnie ukazuje współczesny Hel i jego różne znane miejsca i realia. Hel? W książkach? Hm… dało mi to do myślenia.

Jeśli mężczyzna czyta coś co należy do nurtu tzw. babskiej literatury i jeszcze chwali to coś musi być na rzeczy. szybko zaczęłam szukać w internecie informacji czy aby nie są to jakieś rodzime harlequiny bo tego bym chyba nie zniosła i natrafiłam na wiele bardzo pochlebnych opinii o twórczości autorki. zaczęłam o nią rozpytywać oczytane znajome i okazało się zeznają, czytają, polecają…

Takie zbiorowe zachwyty nie mogły więc być zupełnie przypadkowe. Powzięłam decyzje. Raz kozie śmierć. Spróbuję ten pierwszy tom. W końcu jeśli nawet jest marny to chociaż Hel mi wszystko zrekompensuje bo znam go – podobnie jak cały Półwysep – dość dobrze i chyba autorka mnie niczym nie zaskoczy.

A jednka zaskoczyła. Paroma historiami dotyczącymi historii Helu jak i poziomem tej trylogii bo – jak nigdy w życiu – przeczytałam całą trylogię ciurkiem. Dodam, że zawsze lubiłam robić sobie tzw. płodozmiany literackie. Nawet przy ukochanych autorach NIDGY nie czytywałam ich cykli jeden po drugim. A tu takie zaskoczenie i życiowy wyjątek.

Ten wpis nie ma być recenzją ani jednego tomu ani cyklu. Więc nie będzie dużo o tym co znajdziecie w tych trzech pokaźnych objętościowo tomach, które czyta się szybko jak niewielkie książeczki. Ale będzie jednak z mojej strony ogromna pochwała. Nie wiem czy sięgnę po inne, niezależne powieści pani Fabisińskiej nie dziejące się w Helu. Pewnie nie, a może spróbuję jeszcze jakąś, kiedyś… Ale ta trylogia (swoją drogą okładki mnie urzekły jak i pojęcie Czarci Cypel jako jedno z miejsc w Helu) ma w sobie moc.

Po pierwsze to nie typowe obyczajówki, a raczej historia, której główna oś ciągnie się przez trzy tomy i rozstrzyga naprawdę wielkim zaskakującym finałem w „Zielarni” (broń Boże niech nikt nie czyta w innej kolejności czy pojedyncze wyrwane z kontekstu bo straci bardzo dużo!). To nie babska obyczajówka, bo w każdej części mamy również zagadkę kryminalną. Ale największym atutem serii są bohaterowie (fantastycznie nakreśleni i jakże z różnych światów – właśnie tacy jak pies z kotem) oraz Hel. Czasami go więcej (najwięcej w tomie II), czasami mniej, ale gra niebagatelną rolę w tej opowieści (jedna z bohaterek jest jego mieszkanką i prowadzi na głównym deptaku przy ulicy Wielkiej zakład fotograficzny).

Kto zna Hel, kto tam jeździ na wakacje rozpozna wiele miejsc i… nawet miejscowych ludzi. Nie ma w książkach latarni morskiej, ale jest także okolica Helu (Jastarnia, Puck, Kuźnica czy Jurata). Wszystko tak sprawnie i świetnie napisane, że totalnie nie moglam się od czytania oderwać.\r\n\r\nI jeszcze jeden atut. Po lekturze poleciłam cykl znajomemu. Jest od lat moim guru czytelniczym, bowiem czyta takie ilosci książek wszelakich gatunków, że ja z kilkudziesięcioma tytułami w roku to mała myszka przy nim jestem. Zatem przyjacielski test miał mi dać miarodajny wynik.

Dlaczego? Bo namówiłam faceta na czytanie czegoś co z pewnością z założenia jest skierowane bardziej do damskiego czytelnika, bo czyta naprawdę dużo i zachwycał się wielkimi dzielami literatury światowej, więc byle czytadło go nie zwiedzie na manowce. Bo woli góry niż morze, więc Hel nie będzie atutem.

I co? Jaki wynik eksperymentu? Pełen zachwyt oraz szczere  ochy i achy nad cyklem „Jak pies z kotem”. Nic dodać już nie muszę.

Zatem kto ma chęć, kto jest odważny, kto nie dyskryminuje z góry tego typu literatury lżejszej sięgajcie po prozę pani Liliany Fabisińskiej, albo chociaż po tą trylogię. Mocne wrażenia gwarantowane jak i uśmiech i refleksja. Zupełnie nie spodziewałam się po sobie takiego efektu, ale kocham miłe rozczarowania literackie. To tyle z mojej strony. Po prostu Latarnica poleca!

PS. Już później przetestowałam cyklem „Jak pies z kotem” kolejne koleżanki i było jeszcze lepiej. Nawyzywały mnie, że zafundowałam im totalnie przyklejenie do książek i zapomniały o całym świecie póki nie poznały zakończenia.  A żeby je poznać trzeba mieć za sobą jakieś ok. 1500 stron, bo średnio tom liczy ok. 500. Ale do odważnych świat należy. Odnajdziecie się w tej historii!

Poniżej okładki trylogii J. Fabisińskiej, fot. ze strony pisarki na Facebooku